Miesiąc: Październik 2014

R.D. Wingfield, Frost i Boże Narodzenie


Inspektor Jack Frost to kolejny z wielkich detektywów. Tym dziwniejsze jest to, że nie zyskał on większej popularności w naszym kraju. Wydane przed kilku laty książki można dziś znaleźć w tanich księgarniach wyprzedających książki zalegające magazyny. W telewizji też nie uświadczymy bardzo dobrego serialu telewizyjnego. Postaram się udowodnić, że Frost naprawdę zasługuje na uwagę i uznanie.

R. D. Wingfield, Frost i Boże Narodzenie

R. D. Wingfield, Frost i Boże Narodzenie

Siła prozy R.D.Wingfielda polega na jego zdolności do budowania niezwykle wciągających fabuł, które odznaczają się mocnym opisem rzeczywistości. Fikcyjne miasto Denton, gdzie mieszka i pracuje bohater jego cyklu, jest miastem pełnym zła. Czasami może nawet tego zła jest zbyt wiele, bo kiedy w okolicy grasuje naraz gwałciciel, seryjny morderca i włamywacz obrabowujący domy samotnych starszych kobiet, to mamy wrażenie zbytniej teatralności. Nie można jednak odmówić autorowi prób uczynienia z Denton miejsca wszelkiego zła, które pozostaje dość bliskie rzeczywistości. W jego świecie istnieją narkomani, prostytutki, bezdomni, życiowi nieudacznicy tuż obok tak zwanych „dobrych domów”, gdzie przemoc fizyczna czy psychiczna jest dużo trudniejsza do wykrycia, bo na zewnątrz cieszą się przecież dobrą opinią. Pisarz przy tym nie wartościuje, a ściślej rzecz biorąc – nie wartościuje z góry. Niejednokrotnie każe mówić swojemu bohaterowi, że ściganie zabójcy bezdomnego narkomana jest równie istotne jak złapanie mordercy szanowanego przez wszystkich człowieka. Bo ten bezdomny to też człowiek.

Realizm widoczny jest także w podejściu do pracy policji. Niedobory etatów, zbyt mało pieniędzy, rywalizacja o zasługi, zbyt duża ilość biurokratycznych przepisów. W tym wszystkim policjanci nigdy nie mają tak dobrze, by zajmować się tylko jedną sprawą. Nawet jeśli szukają szajki pedofilów porywających młodych chłopców, mają do rozwikłania kilka innych spraw. Pracują – a przynajmniej niektórzy z nich – niemal nieustannie. Za niewielką pensję decydują się poświęcić swoje życie wykonywaniu swoistego rodzaju misji.

Największym misjonarzem jest detektyw inspektor Jack Frost. Jego życie to służba, zwłaszcza od śmierci żony. Początkowo załamany, próbuje potem ułożyć sobie życie osobiste, ale zazwyczaj spóźnia się dwie lub trzy godziny na umówione spotkanie. Nawet jeśli jedna lub dwie randki zakończą się sukcesem, prędzej czy później detektyw będzie tak pochłonięty pracą, że zapomni o wybrance swojego serca. One zaś – nawet jeśli z początku cierpliwie znoszą takie traktowanie – w końcu zawsze odchodzą. Pozostaje praca.

Jack Frost jest figurą dość typową. Samotny, mający ogromne problemy z samym sobą, szefem, poślubiony pracy. A jednak różni się nieco od innych znanych nam detektywów. Przede wszystkim nie jest nieskazitelnie uczciwy. Przez całą serię przewija się wątek fałszowania wydatków służbowych, aby jakoś dorobić do pensji. Często też przymyka oko na drobne wykroczenia, sam najczęściej parkuje w niedozwolonych miejscach. Na dodatek język ma tak cięty, że rzadko przegrywa w walce na słowa.

Poczucie humoru Frosta jest chyba w ogóle tą cechą jego charakteru, która stała się powodem mojej miłości do tej postaci. Jak nie lubić człowieka, który w mieszkaniu emerytki mówi do towarzyszącej jej policjantki: „Starość to coraz większa samotność i coraz większy lęk. Starość to coś, na co naprawdę warto czekać, pani sierżant”. Żartów – bardzo często właśnie pochodzących z tej czarnej odsłony humoru – jest zresztą we wszystkich powieściach bez liku. Frost żartuje ze wszystkiego i z wszystkich, nie wyłączając samego siebie.

Jack Frost to człowiek po prostu zwyczajny. Nawet w tym swoim detektywistycznym życiu wciąż popełnia błędy, sprawdza fałszywe hipotezy, sam siebie wyzywa od durni. A jednak odnosi sukcesy, wiemy też o medalu za odwagę, którego posiadanie jest istotną kartą przetargową w walce z wiecznie niezadowolonym i chcącym się Frosta pozbyć szefem. Jest też nasz detektyw po prostu dobrym człowiekiem, któremu zależy na tym, by sprawiedliwość zatryumfowała.

Wybrałem Frost i Boże Narodzenie tylko z tego powodu, że to pierwsza część cyklu. Kolejne są jeszcze lepsze, i szkoda tylko, że R. D. Wingfield nie żyje, bo jego bohater rozwijał się z książki na książkę wspaniale. Pojawiły się co prawda kontynuacje, zaaprobowane przez spadkobierców, ale ich nie znam. Być może warto, być może zaś spadkobiercy zaakceptowali sporą kwotę po prostu. Za to na pewno warto – na przekór pisarzowi, który nie lubił tego serialu, a ściślej odtwórcy inspektora Frosta – dać się porwać kapitalnemu serialowi telewizyjnemu, który też doczekał się kontynuacji parę lat temu. Na szczęście w tym samym składzie.

Reklamy

Targi Książki? Nie, dziękuję.


Zakończyły się Targi Książki w Krakowie. Pełno opisów, zdjęć, uśmiechniętych mniej lub bardziej szczerze twarzy pisarskiego światka polskiego, który – podobnież nieliczny i wciąż uszczuplany w gronie odbiorców – powiększa swe twórcze szeregi w tempie co najmniej zastanawiającym. Takie czasy jednak nastały, że bywać trzeba, bo inaczej się znika. Albo przynajmniej blaknie.

Wybrałem dobrowolne powolne blaknięcie. Bywam co prawda – coraz rzadziej z braku czasu i nadmiaru innych obowiązków – na spotkaniach autorskich i dyskusjach literackich. Targi książki jednak zupełnie mnie nie interesują, nie tylko z powodu szczupłości portfela. Codziennie czytam w zatłoczonym tramwaju, więc jak mam czas wolny to nie zamierzam spędzać go tłocząc się wśród stoisk z „zaczernionym papierem”. Być może to trauma lat dziecinnych, bo wówczas jako uczeń nauczania początkowego musiałem co roku brać udział w targach szkolnych podręczników i przyborów na placu Wolności we Wrocławiu. Tłok, upał, przepychanie się za wymarzonym tornistrem (mam go gdzieś do tej pory na strychu) nie osłabiło co prawda mojej miłości do książek, ale na pewno sprawiło odczuwanie ogromnej niechęci do targów z książką w roli głównej.

Jest też i tak, że zbyt mało czytuję nowości, może poza literaturą sensacyjną lub – sporadycznie i nieco z przypadku – młodą polską prozę. Omijam „głośne” tytuły, o których wszyscy piszą, bo jak piszą wszyscy, to po jeszcze ja mam zajmować komuś czas. No chyba, że jak w przypadku wątpliwej jakości dzieł autorek powieści w stylu Joanny Chmielewskiej. Tu akurat jestem bezlitosny, bo są „granice, których przekraczać nie wolno”.

Książki podobno mają dusze. Jeśli tak jest rzeczywiście, nie ma ich chyba na targach. Tam jest produkt, podobny do półtusz, schabu i karczku, boczku i parówek. Są rzeźnicy i miłe sklepowe, które mają towar do opchnięcia. To jest targ, nie czytelnia, nie salon literacki. Nie ma czasu na dyskusję, na rozważenie, na zastanawianie się nad sensem, przekazem, intertekstualnym znaczeniem i osadzeniem w gatunku. Liczą się bardziej od liter cyfry, a przecież, jak pisał kolejny z dawno zapomnianych pisarzy, „nie można spotkać cyfr w towarzystwie”.

Zamiast targów książki wybiorę się raczej do antykwariatu, w poszukiwaniu czegoś nieco bardziej trwałego niż częstokroć wątpliwej jakości książka, wspierana fałszywym uśmiechem autora/autorki i ogromnym budżetem działu marketingu. Skończę zapewne wracając do domu ze sztuką Brechta lub dziejami ruchu robotniczego w Radomiu w pierwszej połowie XX wieku. I będę szczęśliwy, bo nic mnie tak nie uszczęśliwia jak czytanie nikomu niepotrzebnych i zapomnianych książek. Bestsellery pozostawiam ludziom mającym odmienne gusta, pewnie i lepsze od moich.

Bruno Schulz. Festiwal


Bardzo lubię życie literackie we Wrocławiu. Zazwyczaj spotkania autorskie są tak ciekawe, że nie jestem w stanie ich opisać. Po prostu długie „nocne Polaków rozmowy” są zbyt wyjątkowe. A taki Bruno Schulz. Festiwal łączy w sobie wszystko co możecie tylko zamarzyć: spotkania autorskie, poetyckie slamy, akademickie odczyty i kuluarowe spotkania. Nauczyciele i bibliotekarze też znajdą coś dla siebie również.

Bruno Schulz

Bruno Schulz

Osobiście polecam piątkowy slam i niedzielny poranek na polonistyce. Oczywiście jest też moment wyjątkowy czyli przyznanie nagrody Angelusa.  angelus_s

Szczegółowy program wydarzeń znajdziecie na stronie. Będą też transmisje na żywo, gdzieś tam się trzeba połączyć.

Czemu nie kręcimy kryminałów?


Jakiś czas temu niewielki czytelniczy światek zelektryzowała wiadomość o ekranizacji jednej z książek Marka Krajewskiego o Eberhardzie Mocku. Nie przepadam szczególnie, ale chętnie obejrzę. Ta informacja jednak zmusiła mnie do zastanowienia nad tym, dlaczego w Polsce jakoś się nie kręci seriali czy filmów na podstawie rodzimych kryminałów.

W naszej publicznej telewizji szczytem ambicji jest wzięcie licencji. Ojciec Mateusz pochodzi z Włoch, Komisarz Alex zaś został przywieziony z Austrii. Nic innego obecnie nie ma, choć być by mogło. Niegdysiejsze seriale w rodzaju Gliny czy Pitbulla pokazują, że Polak jak chce to potrafi. Niestety, nie ma jakiegoś przełomu, nie ma chęci zarobienia pieniędzy. A jak już podjęto próbę ekranizacji Uwikłania Zygmunta Miłoszewskiego, to zmarnowano ogromny potencjał, majstrując przy książce niemożebnie. Prokurator Szacki cudownie przemienił się w kobietę, a potem było już tylko gorzej, aż po zepsute zakończenie. Bardzo obawiam się chwili premiery Ziarna prawdy, kolejnej z części przygód Szackiego. Uwielbiam powieści i stąd mój niepokój. Choć zwiastun zdaje się zwiastować dobrą nowinę:

Muszę wyznać, że jestem miłośnikiem angielskich (brytyjskich, by być ściślejszym) seriali kryminalnych. Większość z nich jest adaptacjami serii wydawniczych, nierzadko wybitnych, poczynając od wielu ekranizacji dochodzeń Sherlocka HolmesaHerculesa Poirota i  Panny Marple. Mamy możliwość obejrzenia kapitalnych kreacji Johna Thawa jako Morse’a i Kena Stotta jako Rebusa. Mógłbym tak wymieniać i wymieniać, ale to byłoby nudne, bo tych przykładów jest tak wiele, że ich liczba na pewno idzie w dziesiątki.

Postawiłem pytanie w tytule, ale szczerze przyznam, że nie mam pojęcia jak na nie odpowiedzieć. Patrząc na przeszłe dokonania polskich filmowców można przecież być dobrej myśli. Ostatnie lata to jednak głównie obcinanie kosztów i produkcja pseudodokumentalnych programów „z życia wziętych” albo poszukiwań domorosłych talentów. Nikt nie chce zaryzykować swoich pieniędzy, być może nie ma też znajomości dobrych polskich powieści kryminalnych. Przecież poza wspomnianymi wyżej Krajewskim i Miłoszewskim na pewno na uwagę zasługuje parę nazwisk. Osobiście chętnie obejrzałbym na dużym lub małym ekranie postaci wykreowane przez GrzegorzewskąWrońskiego, ĆwirlejaPM NowakaPollaka, Sekielskiego ChmielarzaA kogo wy chcecie zobaczyć?

Rex Stout, Układanka


Dawno już nie pisałem o powieści detektywistycznej w której bohaterem był sławny detektyw. Pora dziś nadrobić stracony czas, przypominając kolejnego z wielkich literackich tropicieli zbrodni. Przed państwem bohater o nazwisku Nero Wolfe, stworzony przez Rexa Stouta.

Rex Stout, Układanka

Rex Stout, Układanka

Wybrałem Układankę nie tylko dlatego, że stała najbliżej na półce. Ta powieść jest właściwie kwintesencją tego, co w książkach z tego cyklu możemy znaleźć, a na dodatek zawiera jeden bardzo ciekawy czytelniczy bonus. Otóż jest nieco kąśliwą satyrą na nowojorski światek literacki. Pozornie błaha sprawa oszusta, który wyłudza odszkodowania od poczytnych pisarzy nie tylko – jak pisze na ostatniej stronie wydawca – staje się konfrontacją z bezlitosnym mordercą, ale przechodzi w opis wewnętrznych niesnasek i konfliktów obecnych wśród autorów i autorek z dość wąskiego kręgu. Nie trzeba przy tym znać realiów nowojorskiego światka literackiego końca lat pięćdziesiątych, kiedy to powieść została napisana. Każdy, kto trochę obserwuje nasz rodzimy rynek literacki, będzie się bawił doskonale. Stout ma świetne wyczucie języka, przez co jego opisy ludzkich zachowań, pisane oszczędnym stylem przypominający ten behawioralny, znany właśnie z powieści czarnego kryminału.

Nero Wolfe to detektyw klasyczny, wykorzystujący do pracy jedynie swoje szare komórki. Jest ich zupełnie pewny, nie rusza się zatem w ogóle z własnej posesji, preferując zajmowanie się uprawą orchidei. Jest także wielkim smakoszem, co poniekąd tłumaczy jego niechęć do opuszczania domu, bo zamiłowanie do jedzenia uczyniło z niego człowieka wielkich rozmiarów, ważącego ponad 15o kg. Wolfe to także koneser i znawca win i piwa. Z rzeczy bliższych duchowi jest wielbicielem literatury, niejednokrotnie wypowiada się o przeczytanych przez siebie książkach. Prowadzi bardzo uregulowany tryb życia i nie ma zwyczaju zmieniać go ze względu na prowadzone śledztwo. Czasem oczywiście coś zakłóci rutynę, ale są to wypadki niezmiernie rzadkie.Nero Wolfe

Do prowadzenia zadań związanych z wychodzeniem na zewnątrz Nero Wolfe zatrudnia Archie Goodwina, pomocnika będącego jednocześnie narratorem wszystkich historii. Archetypiczny klasycyzm w postaci Nero Wolfe’a jest jednak przełamany postacią Goodwina w tym sensie, że pomocnik porusza się już po świecie znanym z czarnego kryminału. Stout wykazał się nowatorstwem właśnie w tym rozbudowaniu formuły powieści kryminalnej. Z dwóch najważniejszych – do czasów jego twórczości – wziął to, co najlepsze i stworzył wciągającą serię książek, które do tej pory mogą być czytane bez przykrego uczucia obcowania z czymś kompletnie przestarzałym. Wręcz przeciwnie – lektura książek Rexa Stouta to wciąż spora przyjemność.

Oczywistym jest, że w dzisiejszych czasach politycznych thrillerów, społecznie zaangażowanych kryminałów i opowieści o polowaniach na genialnych w swym szaleństwie seryjnych mordercach, książki bardziej subtelne, piętrzące zagadki opierające się na logice, pozostają w odwrocie. Niemniej jednak warto sięgnąć czasem po książki i tego rodzaju, by przeżyć nieco bardziej wyrafinowaną literacko zbrodnię. Nero Wolfe zapewnia rozrywkę na najwyższym poziomie.

PS. Mam nadzieję, iż tym razem uda mi się regularnie prowadzić cykl, w każdy wtorek  przedstawiając kolejną sławną postać.

Nick Hornby, Slam


Lubię Nicka Hornby’ego od czasów przeczytanej w liceum Wierności w stereo. Potem był oczywiście Był sobie chłopiec, a jedną z pierwszych książek przeczytanych w angielskim oryginale Fever pitch, przetłumaczone u nas jako Futbolowa gorączka. Od tamtej pory czytam jego książki w oryginale, bo język tych powieści tego wymaga. Jak wiele można stracić, wystarczy przyjrzeć bliżej się powieści Slam, u nas sprzedawanej jako Wpadka.

Nick Hornby, Slam

Nick Hornby, Slam

Kiedy szesnastoletni bohater książki poznaje piękną dziewczynę, nie może oprzeć się pokusie i lądują w łóżku. Kilkanaście upojnych wieczorów i związek się kończy. Okazuje się jednak, że dziewczyna jest w ciąży. Pierwszą – i jedyną! – myślą chłopaka jest ucieczka do innego miasta. Wkrótce jednak wraca, stawiając czoło tej tak trudnej dla niego sytuacji.

Z opinii umieszczonych na Lubimy czytać możemy się dowiedzieć, że to książka dla młodzieży. Ośmielam się mieć odmienne zdanie, bo to nie jest książka dla młodzieży. Może być, owszem, ale jej znaczenie jest moim zdaniem znacznie szersze. Oczywiście, nastoletni bohater prowadzący pierwszoosobową narrację może nieco mylić odbiorców. Podobnie jak i temat powieści, choć przecież nie tylko nastolatki stają przed faktem niechcianej ciąży.  Jeśli traktować tę książkę utylitarnie, można ją dawać młodzieży jako przestrogę lub wzór.

Slam jednakże traktuje o sprawach egzystencjalnych, obecnych w każdym wieku. Możemy tam znaleźć między innymi zdanie o tym, że w życiu co chwilę mamy inną liczbę lat. W jednej sytuacji jesteśmy odpowiedzialnym pracownikiem, w innej uciekamy się do zabaw, jeszcze w innej zaś po prostu robimy coś zgodnego z naszym aktualnym wiekiem. Zdarza się i tak, że sytuacja nas przerasta.

Książki Hornby’ego są pod tym względem bardzo podobne. Jego bohaterowie zawsze balansują na granicy chłopięctwa i dorosłości, przekraczając tę niewidoczną linię niezliczoną ilość razy. Buntują się przeciw ustalonemu porządkowi, chcą żyć na własnych zasadach. Przegrywają lub wygrywają, to nie ma znaczenia, liczy się sam akt woli walki.

Pisarstwo Hornby’ego jest pełne ciepła, nieustannego chłopięcego zdziwienia światem i poczucia, że każdy z nas może od innych się czegoś nauczyć. Dorzućmy do tego sporą dawkę humoru i mamy obraz książki, którą przeczytać trzeba koniecznie.

3 najlepsze Noble


Kiedy to piszę, wszyscy żyją nagrodą Nike. Nobel jest trochę ważniejszy, więc wydaje się, że komentarz o rodzimej nagrodzie może trochę poczekać. Nie będzie to jednak żadna analiza realnych szans czy wróżenie z fusów na temat tegorocznych nominacji. To tylko bardzo osobista historia moich spotkań z laureatami nagrody Nobla w dziedzinie literatury. Tym razem kolejność chronologiczna.

1. Henryk Sienkiewicz, Quo vadis? – dla dwunastolatka to odrobinę zbyt skomplikowana historia na to, by poznać całą jej głębię. Miłość, wiara, sztuka, szaleństwo, władza to zaledwie główne wątki, a przecież jest tam jeszcze sporo tych mniej ważnych. Niewiele z tego za tym pierwszym czytaniem zrozumiałem, ale lektura tej cieszącej się największym powodzeniem książki Sienkiewicza dała mi rzecz bezcenną. Od tamtej pory przeczytałem wiele innych książek na temat starożytnego Rzymu. Powieści, historie, teksty z epoki (Petroniusz, Seneka!) i tak dalej. I choć po latach książka już nie wywiera na mnie takiego wrażenia, to nie mogę wyprzeć się niegdysiejszego bycia pod jej urokiem.

Hermann Hesse, Siddhartha

Hermann Hesse, Siddhartha

2. Hermann Hesse, Siddhartha – to był kolejny szok, tym razem może bardziej egzystencjalny, może nawet filozoficzny czy też religijny. Ta niewielka książeczka ma ogromną moc, bo pisze o tym wszystkim w sposób prosty i zrozumiały ale nie uproszczony i płytki. Takie pisanie o najważniejszych pytaniach naszej egzystencji to dowód prawdziwego mistrzostwa pisarza. Historia dochodzenia indyjskiego księcia do prawdziwego oświecenia nie daje się streszczać. Trzeba ją po prostu poznać, przeżyć samemu. Nie wątpię, że po jej lekturze nie tylko można zmienić własne podejście do świata. Można także rozpocząć poszukiwania sensu życia na własną rękę. Ciekawym doświadczeniem mogą być lektury innych książek Hessego, w każdej problematyka dotyka najgłębszych pytań naszego życia.

3. Albert Camus, Dżuma – to nie jest moja ulubiona książka Camusa, bo jest nią akurat nie powieść, a zbiór esejów zatytułowany Człowiek zbuntowany,  ale w tym wypadku musi być w tym spisie właśnie powieść. Wiadomo, lektura szkolna, ale spotkanie z nią miało spore skutki. W tej odmianie francuskiego egzystencjalizmu można odnaleźć sens życia najłatwiej. Życie jest Absurdem, nieracjonalnym i niemożliwym do pojęcia systemem. Jedyne co możemy robić to próbować nadać własnemu życiu sens na własną rękę. Wydaje się proste, prawda? Ustalamy po prostu swoje zasady i się ich trzymamy. Problemy pojawiają się na styku naszej egzystencji z innymi albo w punkcie buntu przeciw większości. I wówczas te proste rzeczy stają się najtrudniejsze na świecie. Dopiero wtedy jednak zaczynamy być ludźmi.

Wiele pominąłem, niektórych z noblistów czy noblistek nie cenię, niektórych nawet i nie znam, część mnie zawiodła, a część po prostu znudziła. Z długiej listy na pewno warto poznać wiele nazwisk (na szybko mogę dodać G.B. Shawa, Pasternaka, Yeatsa, Brodskiego czy Grassa, polskie nazwiska też oczywiście można czy nawet wypada), ale zdaję sobie sprawę, że nagrodzone osoby nie zawsze na to zdają się zasługiwać. Tak to już jest, literatura to nie bieg na 100 metrów, gdzie zwycięzca jest łatwy do ustalenia. Niemniej jednak warto czasem popatrzeć na listę osób dotychczas nagrodzonych i postarać się zrozumieć powody tak wielkiego uznania w kapitule szwedzkiej nagrody. To akurat bardzo łatwe – wystarczy wziąć książkę do ręki i zacząć czytać.