Miesiąc: Wrzesień 2014

Friedrich Ani, Ludzie za ścianą


Wydawnictwo Czarne reklamuje książkę jako thriller kryminalny. Ja tam wielu cech thrillera nie widzę, akcja wcale nie pędzi, wręcz snuje się nieśmiało, niejednokrotnie nawet kręcąc się bezradnie w kółko. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale dzięki ukazaniu poczucia bezradności detektywa, jedynie zyskuje w oczach czytelnika. Cała historia w Ludziach za ścianą staje się po prostu wiarygodna.

W powieści zaginieni są najważniejsi. Każda z trzech zaginionych osób ucieka od dotychczas prowadzonego życia, szukając swojego szczęścia gdzieś indziej. Nikomu się nie udaje, ale najważniejsze, że w ogóle próbowali. Ich krok to po prostu dramatyczne wołanie o pomoc, niczym demonstracyjne próby samobójcze, które raczej mają na celu zwrócenie uwagi na cierpienie niż faktyczną samozagładę.

Friedrich Ani, Ludzie za ścianą

Friedrich Ani, Ludzie za ścianą

Były policjant, obecnie prywatny detektyw Tabor Suden, to dość typowy charakter wśród postaci literatury kryminalnej. Po pięćdziesiątce, samotny i po przejściach. Wciąż pije piwo, dość często przetykane sznapsem, w samotności lub w towarzystwie osób przypadkowych, na przykład aktualnie wypytywanych. Jest dobry w swej pracy, więc ma rezultaty, odnajduje zaginionych, ale nikomu nie przynosi to ulgi. Nie ma radości wśród odnalezionych, nie ma radości wśród rodzin i znajomych, nie ma też radości w samym detektywie.

Język tej książki jest strasznie chropawy, przyciężki, momentami bardzo nużący. To na pewno nie utwór z gatunku „czyta się szybko”. Tu każdy akapit jest spiętrzeniem myśli i zdarzeń, zupełnie często nie mających związku z prowadzonym śledztwem. Jednak im dłużej czytamy prozę Ani tym bardziej utwierdzamy się w przekonaniu, że książka jest wiernym zapisem życia. Ludzie za ścianą to wspaniały przykład na to, że rzeczywistość wcale nie jest wspaniała i cudowna. Rodzimy się, żyjemy i umieramy samotni, na próżno szukając szczęścia. Doprowadzeni do rozpaczy znikamy lub próbujemy zniknąć, ale boleśnie przekonujemy się o tym, że skaza tkwi w nas samych, nie w otoczeniu.

Ludzie za ścianą to książka trudna i niełatwa w odbiorze. Czytelnicy powodowani chęcią rozrywki mogą szybko poczuć się rozczarowani, bo nie tego oczekują od powieści określanych mianem thrillera kryminalnego. Jeśli jednak ktoś poszukuje książki będącej dziełem mającym nieco większe ambicje, nie zawiedzie się na pewno. To utwór, który zostaje na długo w pamięci.

5 najgorszych lektur szkolnych


Książki o blogowaniu nie kłamią. Naprawdę krótkie wpisy robią furorę, jeszcze lepiej sprzedają się listy. Statystyki nie kłamią, setki Polaków nie mogą się mylić. Trzeba zatem dostarczać kontentu takiego by kontentował szanownych czytelników. A przecież każdy i każda ma kilka koszmarów nocnych związanych z książkami, które prześladowały nas w czasach szkolnych. Poniżej moja piątka, w kolejności oczywiście zupełnie przypadkowej.

1. Zofia Nałkowska, Granica – to był koszmar lat licealnych. Wszystko było lepsze, nawet ta nieszczęsna Orzeszkowa, której tak wszyscy nienawidzili. W Granicy nie dzieje się nic, pretensje autorki do snucia psychologicznych rozważań o kondycji ludzkiej nie zostały przeze mnie zauważone, a wątek socjologicznego opisania walki klas objawił mi się dopiero na polonistyce. Granica bolała mnie tym bardziej, że darzyłem Nałkowską czcią nabożną od wieku szczenięcego, tuż po przeczytaniu znakomitych Medalionów. Cóż, nie ma ludzi idealnych.

2. Eliza Orzeszkowa, Nad Niemnem – już wspomniana wcześniej, nie mogło jej zabraknąć w zestawie. Tu chyba nie ma żadnych wątpliwości, nikt nie lubi czytać kilometrowych opisów przyrody przedstawionych z gracją odpornego na żywe słowo botanika. Samo pisanie o wspomnieniach lektury przytłaczające mocno, nie męczmy się zatem już dłużej.

pobrane3. Antoine de Saint-Exupery, Mały książe – zanim modny stał się w Polsce Paulo Coehlo, tryumfy święcił William Wharton. Przed autorem Ptaśka katowano (i nadal się to robi, sam przerabiałem tę żałosną opowiastkę podczas praktyk gimnazjalnych) młodzież dorastającą pseudofilozoficzną bajką bez żadnego sensu, za to z morałem na każdej stronie. I z obrazkami, żeby nawet ci, co nie umieją czytać lub czytają bez zrozumienia, poznać prawdy objawione autorowi mogli. Zupełnie nie rozumiem fenomenu tej książki. Być może dlatego, że w wieku 15 lat dużo bardziej zajmowało mnie nadrabianie klasyki zachodniej powieści fantastycznej i sensacyjnej. A Mały książę  zupełnie przecież nie wytrzymuje starcia z książkami Fredericka Forsytha czy Franka Herberta.

4. Czesław Centkiewicz, Anaruk, chłopiec z Grenlandii – zupełnie umknęła mi także idea tej książki. Opanowany żądzą przygody pochłaniałem książki Karola Maya, Juliusza Verne’a, Zbigniewa Nienackiego, Wiesława Wernica  i wielu, wielu innych. Zazwyczaj jednak działo się to wszystko w piaskach pustyń, stepach, morzach i oceanach. Jack London mnie w też nie porwał Białym kłem, jakby mroźne klimaty w ogóle nie pasowały do mojej wizji przygody. Tak to już jest, jak się dziecko naczyta o piratach na morzach południowych.

5. Joseph Conrad, Jądro ciemności – zupełnie nie przemówiła i ta książka do mnie. Być może za wcześnie było na takie gęste narracje, być może równocześnie za późno na szok tego, co dzieje się z człowiekiem w „smudze cienia”. Po kapitanie Ahabie już byłem, więc w gruncie rzeczy chyba to wówczas zdałem sobie sprawę z tego, o czym pisał Conrad. A postkolonializm nie był jeszcze modny we wrocławskich szkołach średnich.

Krótka ta lista nie wyczerpuje tematu męki. Jest jednakże próbą wskazania bólu towarzyszącego okresowi dojrzewania. Jednocześnie wszelkich zaniepokojonych o mój rozwój intelektualny i moralny pragnę w tym miejscu zapewnić, że wszystkie wymienione książki przeczytałem w całości. Fakt zaś dokonania tego heroicznego wyczynu upoważnia mnie do tego, by widzieć w nich zło. Na szczęście literatura zna również przypadki arcydzieł. Nieco mniej liczne, ale i przyjemność większa. Lista bestsellerów szkolnych niebawem.

Ted Nace, Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja


Wszyscy wiemy, że korporacje to zło. Jak to się jednak stało, możemy dowiedzieć się z książki Teda Nace’a. Gangi Ameryki pozwolą nam prześledzić historię rozwoju korporacji, a ściślej rzecz biorąc historię uzyskiwania praw, które uczyniły z nich niejednokrotnie nietykalne byty.

Ted Nace, Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja

Ted Nace, Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja

Książka skupia się na Ameryce, co jest pewnym mankamentem. Od czasów kolonialnych po dzień dzisiejszy Nace prześledził historię prawnych kruczków, budujących instytucję korporacyjnego bytu w zupełnie niepojęty dla nas sposób. Firmy stały się osobami w sensie prawnym, uzyskały tym samym prawa przysługujące jednostce, między innymi wolność słowa. Staje się arcytrudne lub zupełnie niemożliwe skazanie jakieś wielkiej firmy za kłamstwa rzucane w reklamach, bo przecież wolność słowa dopuszcza także mówienie nieprawdy. Szokujące? Być może, choć takie przecież być nie powinno. Codziennie możemy dostrzec przykłady na działanie tych mechanizmów w praktyce. Oto całkiem niedawno polska odnoga HP przyznała się do wieloletniego wręczania łapówek. Sami sobie wymierzyli finansową karę, zapłaciwszy jakieś tam pieniądze. Biznes as usual, dokładnie tak samo jak w USA, gdzie co jakiś czas toczy się proces, ktoś tam nawet czasem dostaje jakieś pieniądze od korporacji, ale proceder kwitnie nadal. Skoro firmy są potężniejsze od większości istniejących państw, kto zabroni im działania?

Książka Nace’a nie odkrywa zbyt wielu nieznanych dotąd kart, zbyt koncentrując się na istniejących dokumentach prawnych. To czyni ją nieco zbyt hermetyczną, mniej przejrzystą i momentami zwyczajnie nudną. Prawniczy żargon nie należy do szczególnie rozrywkowych form językowych, dlatego długie fragmenty książki Gangi Ameryki po prostu wyczerpują czytelnika, na którego wyobraźnię dużo lepiej działałyby przykłady konkretnych skandali i złych praktyk w miejscu drobiazgowego śledzenia aktów prawnych na przestrzeni wieków.

Ted Nace przekazuje jednakże dość ciekawe wnioski w swej książce. W jego ujęciu wychodzi na to, że walka z korporacjami jest formą walki toczonej przez klasy. Dla nas, zapatrzonych z odległości w „American Dream” i wierzących w realne możliwości kariery od pucybuta do milionera, klasowość w Stanach Zjednoczonych jest czymś zgoła niezrozumiałym. Kto jednak widział, ten wie. To gdzie mieszkasz, dokładnie cię określa. A mieszkać możesz w lepszych dzielnicach tylko wówczas, gdy więcej zarabiasz. Walka kapitału z pracą nie toczy się pod czerwonymi sztandarami, ale to nie znaczy, że nie istnieje w ogóle.

Gangi Ameryki. Współczesne korporacje a demokracja to książka połowicznie spełniająca swoje obietnice. Pokazuje zło korporacji na wybranym odcinku, zupełnie pomijając inne. Na dodatek nie porywa tak, jak mógłby sugerować to dość przecież sensacyjny tytuł. Dobra jako dodatek dla kogoś zainteresowanego bliżej tematem, ale raczej zbędna w chwili, gdy pragniemy po prostu czegoś lżejszego o tym trudnym temacie.

5 pism o literaturze


Ostatnio zauważyłem pismo „FanBook” i przejrzałem sobie. Rzeczywiście, miałem „fun”, uśmiechając się pod nosem przy lekturze tekstów tam pomieszczonych. Stary i cyniczny już jestem, więc nie będę wywlekał szczegółów i zalewał wszystkiego wokół żółcią własnej niechęci. Zamiast tego afirmatywnie i pozytywnie podejdę do tematu prasy literackiej: podzielę się tym, co czasem czytam. Kolejność jak zawsze przypadkowa.

1. Twórczość – wróciłem jakoś niedawno do tego pisma, zwykłym przypadkiem i właściwie jakby mimochodem. Przyczyną była proza Agnieszki Kłos, zamieszczona jakoś przed paroma miesiącami. Od tamtej pory zaglądam do kolejnych. Nie żałuję, bo w każdym numerze coś tam ciekawego wyczytałem. Mało poezji może też stanowić zachętę dla niektórych.

2. Literatura na świecie – tu rolę główną odgrywa sentyment ogromny, bo czytywane w liceum pożółkłe numery z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku otworzyły mi oczy na wiele ważnych książek. Dziś nieco nudnawa, niekiedy przyciężka, jest jednak wciąż LnŚ czymś ważnym w życiu przeciętnego zjadacza słów drukowanych.

3. Dialog – pismo o teatrze jest fantastyczne. Nie będę udawał, że się jakoś specjalnie na teatrze znam, ale lubię podczytywać. Podobnie jak w przypadku wcześniej już wymienionych, ogromny sentyment z lat minionych, bo drukowane tam sztuki nierzadko stały się klasyką współczesnej polskiej dramaturgii. Poza tym po prostu uwielbiam czytać utwory przeznaczone na scenę.

4. Odra – nie tylko dlatego, że ukazuje się w moim mieście i nie tylko dlatego, że jest tworzona przez ludzi mocno z Wrocławiem związanych. Przede wszystkim dlatego, że stanowiła dla mnie pierwsze tego typu czasopismo i w rezultacie jakoś mnie ukształtowała. Dziś poziom jakby obniżał się nieco, moda na czytanie Odry minęła, ale mimo wszystko polecam.

Rita Baum

Rita Baum

5. Rita Baum – nie, nie dlatego, że tam pisuję od czasu do czasu i zupełnie nie tylko dlatego, że redakcję tworzą świetni ludzie, z którymi warto udać się w rejs po Odrze lub w rejs po knajpach. To po prostu pod wieloma względami świetne pismo, które ma jedną przewagę nad wszystkimi innymi: jest pięknie wydawane. Dzięki dobrej jakości możemy oglądać reprodukcje prac plastycznych w jakiś sensowny sposób. Za to ekipie Rity Baum należy się chwała.

Obiecałem w tytule pięć pism, więc jest pięć. Wielką krzywdę wyrządziłem na pewno takim periodykom jak Ha!art czy Lampa tudzież Nowe książki. Ale o tym pewnie będzie w kolejnym odcinku, który ukaże się w niezamierzonej przyszłości.

Rafał A. Ziemkiewicz, Myśli nowoczesnego endeka


Rafała Ziemkiewicza przedstawiać pewnie nie trzeba. Po wspaniałych książkach fantastycznych zajął się publicystyką i pisaniem książek w stylu rozbudowanych felietonów na tematy polityczne, tworzy też powieści. Myśli nowoczesnego endeka miały być chyba rodzajem politycznego manifestu, efekt jednak rozczarowuje mocno. Zupełnie niezależnie od tego, czy się z poglądami autora zgadzamy czy nie.

Rafał A. Ziemkiewicz, Myśli nowoczesnego endeka

Rafał A. Ziemkiewicz, Myśli nowoczesnego endeka

Sięgałem po Myśli nowoczesnego endeka ze specyficznym podwójnym nastawieniem. Z jednej strony miałem w pamięci wszystko to, co Ziemkiewicz napisał do tej pory. Widoczny był spadek formy autora Polactwa, więc trochę się obawiałem. Z drugiej zaś strony chciałem wreszcie poczytać o tym, w co pisarz wierzy. Liczyłem na żarliwy manifest, a dostałem mało strawną papkę politycznego opisu rzeczywistości. Zamiast katechizmu – wycinki prasowe i mocno stępione już pióro, niegdyś słynące z ironii i sarkazmu.

Ziemkiewicz przez pięć szóstych książki (250 stron z 300) nie pisze właściwie nic o tym, jak to jest być nowoczesnym endekiem. Szeroko za to zajmuje się Jarosławem Kaczyńskim, Donaldem Tuskiem i – last but not least – Adamem Michnikiem. Dostaje się znowu warszawskiemu salonowi i elitom wszelkiej maści: politycznym, naukowym, celebryckim wreszcie. Niby z czymś można by się i nawet zgodzić, ale problem pojawia się zupełnie inny. Oto trzymana w ręku książka jest zbiorem tematów już poruszanych. Nie ma w niej nic nowego, nic przykuwającego uwagę i nic wartościowego z lektury nie wynika. Zauważa to kilkukrotnie sam autor, kajając się przed czytelnikami wzmiankami o tym, że „już o tym pisałem, ale może ktoś jeszcze nie zna, ktoś nie czytał wcześniejszych moich książek” i tak dalej w tym stylu, pogarszając tylko sprawę.

Wydaje mi się, że Myśli nowoczesnego endeka to ewidentna porażka Ziemkiewicza. Z bardzo ambitnego zamysłu odczarowania klątwy, jaką obarczona jest Narodowa Demokracja od wielu przecież lat, nie pozostało niemalże nic. Ostatnie kilkadziesiąt stron książki to zdecydowanie za mało, by wzbudzić w szerokiej publiczności (wyznawców przecież nie trzeba przekonywać) choćby cień zainteresowania sposobem myślenia i działania Romana Dmowskiego. Nie da się ukryć, że zadanie odkłamania pewnych spraw jest trudne, podobne syzyfowe boje toczą przecież także patriotycznie nastawieni socjaliści, którym komuniści ukradli słowo „socjalizm”. Mimo wszystko szkoda, że się Ziemkiewiczowi nie udało, bo mógłby tym wywołać jakąś głębszą debatę czy refleksję. Niestety, ta książka na to nie zasługuje.

Myśli nowoczesnego endeka mogę polecić tym, którzy Ziemkiewicza znają słabo. Ci podobni do mnie, czytający go kilkanaście już lat, rozczarują się srodze. Pisarski recykling nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem, nie pasuje zaś najbardziej w chwili, gdy chcemy coś ważnego powiedzieć. Dobre chęci jednak nie wystarczą, czego najlepszym przykładem jest ta o to książka.

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól. Wspomnienia partyzanta


Czy ktoś pamięta jeszcze „partyzantów” od Mieczysława Moczara? W drugiej połowie lat 60. ubiegłego wieku była to dość potężna frakcja w PZPR, która charakteryzowała się czymś, co moglibyśmy określić narodowym komunizmem. Były partyzant skupił wokół siebie wielu z dawnych towarzyszy z Gwardii Ludowej i Armii Ludowej i doprowadził do stworzenia wielu mitów na temat walki z „hitlerowskim najeźdźcą”. W efekcie także i do tego, co wydarzyło się w marcu 1968 roku – do bezprecedensowego pogromu polskich Żydów, co prawda bezkrwawego, ale równie skutecznie eliminującego ich z polskiego życia. Wszyscy dostali bilety w jedną stronę, podobnie zresztą jak paszporty.

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Jan Ptasiński, Z mazowieckich pól

Mieczysław Moczar swoje wspomnienia zatytułował Barwy walki. Mając finansowe zaplecze w postaci wydawnictwa Ministerstwa Obrony Narodowej, nakłonił wielu z dawnych komunistycznych działaczy do opisania swoich wspomnień. Tajemnicą poliszynela było, że wielu z nich nie napisało samodzielnie ani jednego słowa, czemu trudno się zresztą dziwić, jeśli ich wykształcenie nierzadko zawierało się w czterech klasach szkoły. Kilkudziesięcio- a nawet kilkuset tysięczne nakłady książek sprawiły, że legenda odważnych bojowców GL/AL rosła.

Z mazowieckich pól jest właśnie taką książeczką. Mamy w niej opis lat okupacji widzianej z perspektywy młodego chłopaka ze wsi z okolic pomiędzy Nowym Dworem Mazowieckim a Płońskiem. Znajdziemy w niej opis poszczególnych lat okupacji z przewodnim motywem rozwoju komunistycznych organizacji na tamtym terenie. Jest zatem historia krótko działającej, bo szybko rozbitej przez Niemców organizacji „Sierp i Młot”, jest też ukazany rozwój Polskiej Partii Robotniczej i jej oddziałów partyzanckich, najpierw występujących pod szyldem Gwardii Ludowej, potem przemianowanej na Armię Ludową.

Wspomnienia te są dość nudne w lekturze. Jan Ptasiński bardzo często skupia się na wymienianiu personaliów i miejscowości, niekiedy zajmuje mu to prawie całą stronę tekstu. Próbuje chyba podkreślić liczebność komunistów wśród ludności, ale uważny czytelnik szybko dostrzeże, że w rzeczywistości musiało być ich bardzo mało.

Podobnie zresztą w innych kwestiach, jakim poświęcone są wspomnienia Z mazowieckich pól. Autor pisze sporo o tym, jak jednym z pierwszych zadań w okupacyjnej rzeczywistości było agitowanie za Związkiem Radzieckim i tłumaczenie ludności faktu pozostawania Stalina w sojuszu z Hitlerem. Pokazuje ogromną radość z faktu, że powstaje partia komunistyczna, ale słowem nie wspomina, że za jej zagładą wcale nie stała „faszystowska” II RP. Pisze dużo o akcjach odwetowych organizowanych przez GL/AL, ale w większości wypadków są to napady na niemieckie folwarki, zasiedlone przez niemieckich kolonistów po włączeniu tych terenów do Rzeszy. Jest sporo o braterstwie broni z żołnierzami Armii Czerwonej, ale z tekstu wynika niezbicie, że pomoc partyzanci otrzymują dopiero w chwili bezpośrednio poprzedzającej wyzwolenie, dostając trzy zrzuty z bronią i radiostacją. Jest też oczywiście zarzut „stania z bronią u nogi” wobec AK, wzmacniany plastycznością opisu żołnierzy Armii Krajowej, którzy są „gładko ogoleni i wyelegantowani”.

Książka, wydawać by się mogło, ma niewielką – jeśli w ogóle jakąkolwiek – wartość historyczną. Według mnie lektura Z mazowieckich pól ma pewne cechy, które czynią całe przedsięwzięcie opłacalnym. Chodzi o to, by nauczyć się sposobu rozumienia tamtych czasów, co można łatwo uzyskać poprzez odszyfrowywanie ukrytych mechanizmów manipulacji, jakimi poddawani byli odbiorcy tych, tak licznie przecież wydawanych, wspomnień „ludzi z lasu”. Ktokolwiek pragnie zrozumieć PRL – a także obraz wojny obecny w komunistycznej propagandzie – musi sięgnąć po książkę Ptasińskiego i jemu podobnych. Filmy Barei na pewno do tego nie wystarczą.

Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy


Przed wojną też mieliśmy powieści sensacyjne. Większość – zapewne w ten sam sposób jak dzisiejsze bestsellery – nie przetrwała próby czasu. Kilka jednak żyje nadal i ma się całkiem dobrze, nawet po tych osiemdziesięciu latach. Jedną z takich książek jest powieść Sergiusza Piaseckiego Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy. Największy – jeśli chodzi o nakłady – literacki przebój II RP naprawdę warto znać.

Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy,

Sergiusz Piasecki, Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy,

Piasecki tę książkę napisał w więzieniu. W bardzo ciężkim więzieniu, w którym znalazł się za napad na urzędnika pocztowego, w wyniku którego ów urzędnik stracił życie. Tylko dawne zasługi dla Polski – praca dla „Dwójki”, czyli polskiego wywiadu – uchroniły Piaseckiego przed karą śmierci. Podczas pobytu w więzieniu nadrobił braki w wykształceniu, między innymi ucząc się pisać po polsku, czego wcześniej nie umiał. I napisał powieść, która biła wszelkie rekordy popularności. Zapewniła mu też skrócenie kary, bo wielu polskich pisarzy zaczęło naciskać na władze. Udało się i Piasecki stał się literatem, zamieszkał w Zakopanem i bawił się razem z Witkacym i innymi mieszkańcami ówczesnej stolicy najlepszych polskich pisarzy.

Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy to opowieść o przemytnikach w okręgu wileńskim. Pod osłoną nocy – stąd właśnie ów nieco poetycki tytuł – grupki mieszkańców przygranicznych wiosek wyprawiały się do Sowietów, w których brakowało wszystkiego. Za towary z Polski brali złoto, dolary, broń, w końcu także narkotyki. Część z nich współpracowała z polskim wywiadem, jedni robiąc to dla pieniędzy, drudzy zaś dla ewentualnej ochrony. Piasecki, zdemobilizowany w 1923 roku, długo szukał swojej szansy w życiu i na pewnym jego etapie, nie mogąc znaleźć uczciwego zajęcia, zaczął „pracować” jako przemytnik. Swoje wspomnienia opisał jednak w sposób wyjątkowy, z wielkim wyczuciem szczegółu i umiejętnością wniknięcia w dusze i umysły swoich bohaterów.

Jego przemytnicy to ludzie honoru, żyjący w świecie co prawda osobnym od normalnego, jednakże zachowują oni swoje osobne prawa. Targają nimi wielkie namiętności, a ryzykanckie życie zbiera okrutne żniwo. Niektórzy z nich zostają zabici lub pojmani na granicy, inni popadają w alkoholizm i narkomanię. Piasecki dostrzega ich tragedię, tłumacząc ich sytuację niczym dzisiejsi psychologowie czy pracownicy socjalni. Dla autora Kochanka Wielkiej Niedźwiedzicy sprawa jest oczywista – skoro ci ludzie nie mogli żyć normalnie, musieli przekroczyć granice nie tylko geograficzne, ale przede wszystkim także te etyczne i moralne. Za te dramatyczne próby ocalenia swojego życia zapłacili cenę najwyższą, bo życie poza prawem wielu szybko pozbawiło życia. Piasecki uważa, że to strata ogromna.

Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy to wspaniały przykład pisania o rzeczywistości bez upiększeń. Co więcej, pogłębiona analiza tego, co dzieje się w psychice bohaterów – a także samego narratora – sprawia, że podczas lektury zaczynamy zadawać sobie pytania wprost egzystencjalne. Takie rozmyślania to rzecz rzadka nad kartkami powieści sensacyjnej, prawda? Tym bardziej trzeba o tym przekonać się na własną rękę.

PS. Jest też i ekranizacja, niezła w sumie. ale wolę książkę.