Miesiąc: Sierpień 2014

Terry Eagleton, Jak czytać literaturę


Terry Eagleton to dość kontrowersyjna postać w intelektualnym światku. Wierzący marksista to w jego przypadku wcale nie oksymoron. Ma wiele innych głośnych koncepcji, a jego wykłady słyną z ciętego języka, pełnego czarnego humoru i autoironii. Pisze dużo i o wielu sprawach, między innymi i o literaturze. Jest autorem dość popularnego w krajach anglosaskich podręcznika akademickiego z zakresu literaturoznawstwa.  Jak czytać literaturę to jednak coś w rodzaju mini podręcznika dla wszystkich tych, którzy chcieliby poznać nieco teorii literatury bez zapisywania się na studia filologiczne.

Terry Eagleton, Jak czytać literaturę

Terry Eagleton, Jak czytać literaturę

Książka Eagletona nie rości sobie oczywiście prawa do bycia pełnoprawnym podręcznikiem akademickim, o czym możemy przeczytać w przedmowie odautorskiej. Chodzi właśnie o przybliżenie kilku pojęć z zakresu literaturoznawstwa. Autor zajmuje się zaledwie kilkoma pojęciami – bohater, narracja, interpretacja, wartość – ale czyni to w sposób dość niezwykły. Zamiast nudnego akademickiego wykładu dostajemy zestaw błyskotliwych esejów, które przede wszystkim dobrze się czyta. Zapewne czytałoby się lepiej, gdyby nie koślawe momentami tłumaczenie, które zdaje się zabijać głównie sarkastyczne żarty Eagletona. Cóż, najwyraźniej nie można mieć wszystkiego.

Jak czytać literaturę wydaje się być skierowane głównie do osób niezwiązanych z literaturą w jakiś zawodowy sposób. Eagleton chce raczej nauczyć laików nieco głębszego czytania, zwrócenia uwagi na pewne rzeczy, jak choćby zatrzymania się nad śledzeniem fabuły i podjęcia próby odkrycia drugiego czy nawet trzeciego dna w czytanej powieści. Czy można odkryć coś ciekawego w popularnym cyklu Harry Potter czy głębsza analiza przeznaczona jest tylko dla dramatów Szekspira? Terry Eagleton przekonuje nas, że w każdej powieści – a ściślej: w każdym utworze literackim – możemy znaleźć coś wartościowego. I zachęca do tego rodzaju poszukiwań. Jednocześnie pokazuje, że nadinterpretacja jest równie łatwa, więc na przykładzie dziecięcego wierszyka czytelnik dowie się, jak unikać tego rodzaju potknięć.

Niektórzy zarzucają Eagletonowi płytkość wywodu, miałkość argumentów i ogólną słabość Jak czytać literaturę. Owszem, z pozycji wykształconego filologa treść tego zbioru esejów może wydawać się banalna. Czymże jest przypominanie autora o tym, że nawet powieść nazywana realistyczną nie ma nic wspólnego z rzeczywistością? Jakimż odkryciem są interpretacyjne gierki, jakie z wielką swobodą (i wielkim poczuciem humoru jednocześnie) prezentuje swoim czytelnikom Eagleton? Wszystko to przecież robiliśmy sami na studiach, z mniejszą lub większą łatwością czy przyjemnością.

Czytanie Jak czytać literaturę Terry’ego Eagletona przynosi jednak naprawdę wymierne korzyści. Wydaje się nam, że wiemy wiele, że umiemy czytać i interpretować. Jednocześnie dajemy się łapać na czysto marketingowe zagrywki wydawców, organizujących na przykład miejskie wycieczki śladami bohaterów literackich. A przecież – mimo fizycznego istnienia niektórych z opisywanych przez Marka Krajewskiego lokalizacji – nie ma i nigdy nie było nie tylko Eberharda Mocka, ale także „jego” Breslau. Podobnie jak nie ma Sztokholmu Lisbeth Salander, Londynu Sherlocka Holmesa i Warszawy Stanisława Wokulskiego. Nie istnieją też te miasta jako narracje swoich autorów. Literatura to byt osobny, usytuowany gdzieś pomiędzy światami bohaterów, autorów i czytelników. A właściwie tylko i wyłącznie czytelników, bo niezależnie od jakości danego dzieła, dopóki nie zaczniemy czytać, nie przekonamy się o tym, co to jest za książka. I to jest właśnie ten powód, dla którego warto czytać. Warto nie tylko Jak czytać literaturę, ale książki w ogóle. Tę prostą prawdę przekazuje nam Terry Eagleton we właściwym dla siebie stylu. Zapewne nie każdemu przypadnie on do gustu, ale też nie o to przecież chodzi. Istotne jest przecież, by czytać w ogóle.

Reklamy

Czemu retro?


Od dawna już o tym myślałem, ale do konkretnego działania zachęciła mnie poranna informacja o tym, jak Marek Krajewski będzie badał profile psychologiczne swoich czytelników. Postanowiłem i ja napisać kilka słów o tym, dlaczego w naszym kraju od lat panuje moda na retro kryminały. Nikt przecież nie ma wątpliwości, że akurat tego rodzaju zbrodnie sprzedają się najlepiej, by wspomnieć tylko sukcesy Krajewskiego i Wrońskiego.

Kryminalna powieść w stylu retro jest chyba odpowiednikiem serialu, czymś na kształt harlequina lub fantastycznego wehikułu, zabierającego nas z tej planety. Pociąga nas kostium historyczny, nawet jeśli w szkole nienawidziliśmy lekcji przedmiotu traktującego o przeszłości. Łatwo oczarować nas właśnie oddaniem realiów epoki, zdjęciem w sepii, opisem już nieistniejącego miejsca. Z łatwością przychodzi nam czytanie, zapadamy się w świat wykreowany i już reszta nie jest taka istotna. Kryminalna intryga może być i banalna, postaci przypominać woskowe figury lub manekiny, ale jeśli autorowi czy autorce udało się urzec nas wyczarowaniem klimatu opowieści, jesteśmy już straceni dla świata teraźniejszego.

Mam wrażenie, że ta moda – poza typowo merkantylnymi sprawami w rodzaju promowania miast i miasteczek za pomocą literatury kryminalnej – pochodzi z jednego źródła. Nasze życie jest po prostu nudne. I ciężkie. Po pracy najlepiej zatem zająć się fantastyką lub kryminałem retro właśnie, bo tylko tak możemy jak najszybciej uciec od brutalnej i nudnej zarazem rzeczywistości, która po prostu nas przytłacza. Wiedzą o tym również i sami twórcy, którym pisanie też przecież pomaga w radzeniu sobie z własnym żywotem. Wszyscy rzucamy się na te wymyślone historie, bo są po prostu o wiele lepsze od tego, co sami robimy na co dzień.

Jest jeszcze kwestia poczucia dumy narodowej. Mam wrażenie, że równie ważna, co chęć oderwania się od rzeczywistości, z tych samych zresztą przyczyn. Lwów Krajewskiego, osiągnięcia II RP opisywane przez Wrońskiego czy Lewandowskiego są typowymi przykładami gloryfikacji naszej historii, bo to dokładnie to samo. Słaby kraj, w którym tak rzadko mamy powód do radości z dokonań, przytłacza nas zbyt mocno. O wiele lepiej jest wspominać czasy międzywojnia, wyidealizowane i częstokroć polukrowane nawet, przez co jednak w znacznym stopniu oswojone i pomagające przetrwać codzienny trud.

Mam świadomość, że kryminały retro jeszcze długo będą w polskiej sensacji dominować. Nie wiem, czy to dobrze czy źle, ale życzyłbym sobie jednej rzeczy – książek wysokiej jakości. Na pewno skorzystamy na tym wszyscy.

Błażej Przygodzki, Z chirurgiczną precyzją


Jakoś nie mogę oprzeć się powieściom rozgrywającym się we Wrocławiu. Ta dziwna słabość do miejsc dobrze znanych, ciekawość jak i gdzie tym razem autor czy autorka umiejscowią bohaterów. Nie odnoszę tego do siebie na tyle, by tropić miejsca sobie nieznane, ale zawsze surowo oceniam te sceny, które rozgrywają się w znanych mi scenografiach. Dlatego sięgnąłem po książkę Przygodzkiego, wcale nie z powodu napisu „thriller medyczny” na okładce. Zrobiłem to tylko dla miasta.

Błażej Przygodzki, Z chirurgiczną precyzją

Błażej Przygodzki, Z chirurgiczną precyzją

Wrocław w powieści to miejsce dziwne, ale ta dziwność nie pociąga, raczej jednak może nawet odpychać. Kto chciałby poznać miasto, zawiedzie się mocno. Autor w większości wypadków stara się podać istniejące realnie lokalizacje swoistej metamorfozie. Stworzył między innymi Szpital Miejski, którego miasto – przynajmniej pod tą nazwą – nie posiada. Ulice i adresy czasami są konkretne, ale najczęściej po prostu przybliżone, jakby pisarz do końca nie mógł się ostatecznie zdecydować, w którą stronę pójść – zachowania większego realizmu czy może jednak w całkowitą fikcję. Rezultat zupełnie nie przekonuje.

Sam pomysł na książkę znakomity. Podejrzane śmierci ludzi w gruncie rzeczy zdrowych, przechodzących jedynie jakieś rutynowe badania kontrolne, mogły stanowić doskonały punkt wyjścia. Nawet przez jakiś czas stanowią, ale nieporadność Przygodzkiego w konstruowaniu fabularnej intrygi sprawia, że większość wątków śledztwa zostaje nam podana na tacy, niekiedy ewidentnie wbrew woli samego autora. Niestety, niedociągnięcia fabularne zdarzają się na tyle często, że wyraźnie czujemy debiut na grząskim terenie sensacji i który został chyba nieco zmarnowany tremą, odczuwaną przez pisarza.

Nie wiem, czy to książka dobra. Na pewno jest dość solidnym średniakiem, który ma momenty, dzięki którym nazwa „thriller” nie jest nadużyciem, dodanym przez wydawcę jedynie w celu przyciągnięcia klienta. To właśnie sceny w szpitalu – zwłaszcza ratowanie życia gangstera przechodzącego zawał – są najlepsze w książce. Dowodzą też tego, że Przygodzki umie pisać, ma na pewno jakieś wyczucie języka, a wszelkie mankamenty fabularne Z chirurgiczną precyzją (swoją drogą tytuł koszmarny po prostu) wynikają z braku wprawy w poruszaniu się po tematyce powieści sensacyjnej. Samo rozpoznanie schematów to nie wszystko, trzeba je jeszcze umiejętnie łączyć. Na razie jest dobrze z postaciami, humor też znacznie powyżej przeciętnej, tylko przewidywalność rozwoju sytuacji osłabia całość.

Jest jeszcze lato, są wakacje. Z chirurgiczną precyzją na plażę pasuje doskonale. Jako rozrywka i tak lepsze niż większość tak zwanych bestsellerów, których zupełnie nie da się czytać.

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę


Książka sprzed paru lat o internecie? Przecież drukowane słowo o sieci jest przestarzałe w chwili druku, tak się przynajmniej wydaje dominującej większości. Sęk w tym, że nawet przebrzmiałe rzeczy warto znać, tak jak warto czytać antyczne czy elżbietańskie dramaty. Choćby po to, by sprawdzić, czy obawy autora Kultu amatora się sprawdziły. Albo po prostu dlatego, by lepiej zrozumieć otaczający nas świat.

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

W pewnym sensie jestem podobny do autora. Od wielkiego entuzjazmu wobec sieci przechodzę do coraz większego sceptycyzmu. Po kolei jednak. Był chyba rok 2003 kiedy uznałem, że sieć wreszcie jest tym, czego od niej oczekuję. Nadal czytałem rzeczy drukowane na papierze, ale większość wiedzy znajdowałem w internecie. Zajmowałem się wówczas głównie muzyką, szukałem materiałów, a tych w języku polskim jakoś żałośnie mało. Mogłem jednak porozmawiać o jakieś zapomnianej krautrockowej płycie z podobnym do siebie entuzjastą tej muzyki i nie miało znaczenia, że pisał do mnie z Bilbao i była druga nad ranem. Pogadaliśmy jak kumple, wszak znających tę akurat grupę na pewno liczy się w dziesiątki. Było fajnie, tym bardziej że mogliśmy się powymieniać nie tylko informacjami, ale i samą muzyką. Kilka lat później – przyśpieszenie łącz – zająłem się filmami, przekonałem się także do większej ilości czytania na ekranie. Miałem już właściwie nieograniczony dostęp do kultury. Wszystko dzięki sieci.

Powoli mijał czas, a może pędził? Co z tego, że dziesiątki tysięcy płyt i filmów mam na wyciągnięcie ręki, skoro i tak nie mam czasu ich przesłuchać/obejrzeć, nie mówiąc już o jakimś przemyśleniu, przeżyciu może? Komplikacje wynikające z nadmiaru zaczęły mi ciążyć na tyle, że w gruncie rzeczy słucham i oglądam coraz mniej. Paradoks nadmiaru, klęska dobrobytu.

Może już wystarczy tych dygresji i wycieczek osobistych. Keen napisał książkę w 2007 roku, czyli w czasach kiedy w Polsce królowała nasza klasa. Wieki temu – patrząc z perspektywy prędkości płynięcia technologicznego czasu – ubolewał nad tym, że zamykano największy sklep płytowy na świecie. Teoretycznie oczywiście mamy zakupy w Amazonie, ale czy to jest do końca to samo? Autor przekonuje, że nie, bo recenzje z witryny są często żałośnie słabe i nie zastąpią wykwalifikowanego sprzedawcy, znającego się na muzyce. Algorytmy podpowiedzi też nie służą niczemu innemu niż zarabianiu pieniędzy przez właścicieli firmy, nie mówią przecież o tym, co wartościowe, a jedynie „podobne”. Coraz mniejsza szansa na to, że nagle znajdziemy coś zupełnie zaskakującego, coś zupełnie nowego. Wszak algorytm nigdy się nie myli.

Proroctwa Keena można traktować z przymrużeniem oka, można się nawet z nich śmiać. Jeśli jednak popatrzymy na poziom naszych mediów, zwłaszcza elektronicznych, znajdziemy się w pewnej chwili dość zdezorientowani. Nie ma już przecież jakości, jest tylko szybkość. Nie ma czasu na sprawdzanie informacji, zatem co chwilę słyszymy plotki o śmierci znanych ludzi na przykład. Uśmierca się niemal masowo, ale w powodzi innych bredni nikt nie jest w stanie i tak tego zrozumieć. Media umierają – częściowo na swoje własne życzenie, to prawda – ale nikogo żadna już śmierć nie szokuje. Wszak oglądamy jej codziennie tyle, że zdążyła spowszednieć.

Popatrzmy przy okazji na niszę, jaką jest literatura. Wydawałoby się, że czytanie staje się luksusem, a zajmowanie literaturą czymś na kształt misji. Okazuje się jednak, że nie trzeba pisać z sensem czy znastwem, trzeba zaś robić konkursy, wyzwania i stosiki. Trzeba też pisać tylko o tym, co modne, co aktualne, co można znaleźć na liście bestsellerów pewnej sieci, która już nie jest „pełna kultury”, bo jest pełna wszystkiego. Można (trzeba?) też pisać „recenzje” jednozdaniowe, najlepiej w rodzaju „trudno się oderwać, szybko się czyta”. Wszak szybkość jest tu najważniejsza.

Czy to się nam podoba czy nie, proroctwo Keena stało się ciałem. Od zawsze tłuszcza wyznaczała trendy i standardy, ale świat kultury nieco ambitniejszej potrafił się nieco odgrodzić, unieść nos wyżej. Dziś nie ma takiej możliwości, udawana niby-demokracja sieci sprawiła, że wszyscy jesteśmy równi. A także zabiegani, jeśli nie fizycznie to na pewno umysłowo. Być może jednak warto poświęcić wieczór archaicznej książeczce o sieci, która nas oplata. Tylko dlatego, że to książka o nas samych po prostu.