Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

Książka sprzed paru lat o internecie? Przecież drukowane słowo o sieci jest przestarzałe w chwili druku, tak się przynajmniej wydaje dominującej większości. Sęk w tym, że nawet przebrzmiałe rzeczy warto znać, tak jak warto czytać antyczne czy elżbietańskie dramaty. Choćby po to, by sprawdzić, czy obawy autora Kultu amatora się sprawdziły. Albo po prostu dlatego, by lepiej zrozumieć otaczający nas świat.

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

Andrew Keen, Kult amatora. Jak internet niszczy kulturę

W pewnym sensie jestem podobny do autora. Od wielkiego entuzjazmu wobec sieci przechodzę do coraz większego sceptycyzmu. Po kolei jednak. Był chyba rok 2003 kiedy uznałem, że sieć wreszcie jest tym, czego od niej oczekuję. Nadal czytałem rzeczy drukowane na papierze, ale większość wiedzy znajdowałem w internecie. Zajmowałem się wówczas głównie muzyką, szukałem materiałów, a tych w języku polskim jakoś żałośnie mało. Mogłem jednak porozmawiać o jakieś zapomnianej krautrockowej płycie z podobnym do siebie entuzjastą tej muzyki i nie miało znaczenia, że pisał do mnie z Bilbao i była druga nad ranem. Pogadaliśmy jak kumple, wszak znających tę akurat grupę na pewno liczy się w dziesiątki. Było fajnie, tym bardziej że mogliśmy się powymieniać nie tylko informacjami, ale i samą muzyką. Kilka lat później – przyśpieszenie łącz – zająłem się filmami, przekonałem się także do większej ilości czytania na ekranie. Miałem już właściwie nieograniczony dostęp do kultury. Wszystko dzięki sieci.

Powoli mijał czas, a może pędził? Co z tego, że dziesiątki tysięcy płyt i filmów mam na wyciągnięcie ręki, skoro i tak nie mam czasu ich przesłuchać/obejrzeć, nie mówiąc już o jakimś przemyśleniu, przeżyciu może? Komplikacje wynikające z nadmiaru zaczęły mi ciążyć na tyle, że w gruncie rzeczy słucham i oglądam coraz mniej. Paradoks nadmiaru, klęska dobrobytu.

Może już wystarczy tych dygresji i wycieczek osobistych. Keen napisał książkę w 2007 roku, czyli w czasach kiedy w Polsce królowała nasza klasa. Wieki temu – patrząc z perspektywy prędkości płynięcia technologicznego czasu – ubolewał nad tym, że zamykano największy sklep płytowy na świecie. Teoretycznie oczywiście mamy zakupy w Amazonie, ale czy to jest do końca to samo? Autor przekonuje, że nie, bo recenzje z witryny są często żałośnie słabe i nie zastąpią wykwalifikowanego sprzedawcy, znającego się na muzyce. Algorytmy podpowiedzi też nie służą niczemu innemu niż zarabianiu pieniędzy przez właścicieli firmy, nie mówią przecież o tym, co wartościowe, a jedynie „podobne”. Coraz mniejsza szansa na to, że nagle znajdziemy coś zupełnie zaskakującego, coś zupełnie nowego. Wszak algorytm nigdy się nie myli.

Proroctwa Keena można traktować z przymrużeniem oka, można się nawet z nich śmiać. Jeśli jednak popatrzymy na poziom naszych mediów, zwłaszcza elektronicznych, znajdziemy się w pewnej chwili dość zdezorientowani. Nie ma już przecież jakości, jest tylko szybkość. Nie ma czasu na sprawdzanie informacji, zatem co chwilę słyszymy plotki o śmierci znanych ludzi na przykład. Uśmierca się niemal masowo, ale w powodzi innych bredni nikt nie jest w stanie i tak tego zrozumieć. Media umierają – częściowo na swoje własne życzenie, to prawda – ale nikogo żadna już śmierć nie szokuje. Wszak oglądamy jej codziennie tyle, że zdążyła spowszednieć.

Popatrzmy przy okazji na niszę, jaką jest literatura. Wydawałoby się, że czytanie staje się luksusem, a zajmowanie literaturą czymś na kształt misji. Okazuje się jednak, że nie trzeba pisać z sensem czy znastwem, trzeba zaś robić konkursy, wyzwania i stosiki. Trzeba też pisać tylko o tym, co modne, co aktualne, co można znaleźć na liście bestsellerów pewnej sieci, która już nie jest „pełna kultury”, bo jest pełna wszystkiego. Można (trzeba?) też pisać „recenzje” jednozdaniowe, najlepiej w rodzaju „trudno się oderwać, szybko się czyta”. Wszak szybkość jest tu najważniejsza.

Czy to się nam podoba czy nie, proroctwo Keena stało się ciałem. Od zawsze tłuszcza wyznaczała trendy i standardy, ale świat kultury nieco ambitniejszej potrafił się nieco odgrodzić, unieść nos wyżej. Dziś nie ma takiej możliwości, udawana niby-demokracja sieci sprawiła, że wszyscy jesteśmy równi. A także zabiegani, jeśli nie fizycznie to na pewno umysłowo. Być może jednak warto poświęcić wieczór archaicznej książeczce o sieci, która nas oplata. Tylko dlatego, że to książka o nas samych po prostu.

Reklamy

4 comments

  1. Należę do tych, co entuzjastycznie podchodzą do Internetu, częściowo może z racji wieku. 😉 Wspomniany nieograniczony dostęp do kultury jest dla mnie niepodważalną zaletą i nie oznacza, że trzeba się zaraz rzucać na wszystko. Nie, wszystkiego nigdy się nie obejrzy/przeczyta/pozna. Ale można, na przykład, obejrzeć film, którego się nigdzie indziej nie znajdzie. Czy biblioteka, wypełniona przecież taką ilością książek, jakiej w życiu nie przeczytasz, też powoduje u ciebie „klęskę dobrobytu”? 😉
    „trzeba zaś robić konkursy, wyzwania i stosiki. Trzeba też pisać tylko o tym, co modne, co aktualne” – Nie rozumiem, czemu niektórym przeszkadzają niewinne zdjęcia stosików. 😉 Ktoś kupił/dostał/wygrał książkę i chce się podzielić swoją radością – co w tym złego? Jest to pewnego rodzaju dokumentacja czytelnictwa. Blogi ze stosikami bywają świetne i blogi bez stosików bywają świetne.
    Wyzwania zapewne pozwalają blogerom poczuć się częścią jakiejś większej społeczności. (Najlepiej niech się tu wypowie ktoś, kto bierze w nich udział, ja akurat tego nie robię). A że nowości wzbudzają wiele emocji, to chyba naturalne. 🙂 Przy czym muszę zauważyć, że często spotykam się z recenzjami/tekstami dotyczącymi powieści nieznanych, zapomnianych, nieoczywistych.

  2. Trzeba umiec znalezc to, co wartosciowe. Tzw. „kultura” w mediach polskojezycznych i te media są prawie na poziomie dna i dalej idą w dół.
    Co nie znaczy, że w Internecie anglojęzycznym czy innej strefie językowej jest tak samo – bo nie jest.

    Ja potrafię bez problemu znależć to, co mnie interesuje. Oczywiscie kultura POP produkuje nadal potworki typu jakies Spears, Biebery i tym podobne, ale juz nawet popuarne serie romansów wydawane w postaci masowej stoja o kilka poziomów wyżej, bo maja przynajmniej porządną redakcje zrobioną… a w Polsce przy cenach, jakie się płaci autorom, tłumaczom i redaktorom (są one zbliżone do dna) – jest żenua. Z drugiej strony ceny detaliczne nawet głupich e-booków są chore, mało ludzi kupuje – to co się dziwić.

    Kultura w krajach kolonialnych nigdy nie była priorytetem…

    1. Jasne, że trzeba szukać i można znaleźć. Problem Keen widzi raczej w tym, że do mainstreamu przebija się tylko kiepski towar, wsparty marketingiem. Podobnie jak „infotaiment”, wszak nie wymyślony w Pl. Wystarczy też rozejrzeć się po popularnych blogach, fan page’ach i portalach. Raczej ciekawie nie jest.
      Oczywiście, jest szansa że sieć „wydorośleje”, okrzepnie i zacznie być naprawdę ciekawa w głównym nurcie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s