Miesiąc: Sierpień 2014

5 nigdy niedokończonych hitów


Koniec wakacji jest czasem smutków, więc dziś trochę retrospektywy. Lista książek uznanych za ważne, ważkie, wspaniałe i nawet (niektóre) klasyczne, których nigdy nie udało mi się skończyć czytać. Być może jeszcze podejmę próbę, ale – jak mawiał warszawski cwaniak grany przez Buczkowskiego w serialu „Dom” – „przypuszczam, że wątpię”.
50x751. James Joyce, Ulisses – tu jest wszystko jasne. Próba czytania nastąpiła zdecydowanie zbyt wcześnie. Nie jest to najlepsza rzecz dla siedemnastolatka. Na fali rozpędu po lekturze Portretu artysty z czasów młodości wydawało mi się, że dam radę. Nie dałem, przyznaję bez bicia. I nie wiem, czy kiedyś dam, bo czas się kurczy z każdym rokiem.
2. Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu – mam wrażenie, że to nie jest książka na XXI wiek. Próbowałem w wieku szczenięcym, próbowałem na studiach, próbowałem nawet ostatnio. Nic z tego. Czyżby dzisiejszy świat tak pędził, że nie ma czasu na powolną lekturę? A może po prostu to książka dla emerytów, którzy również mają podobne skojarzenia z dzieciństwem, wynikające z jego odległości w czasie? Tak czy inaczej, może jeszcze sprawdzę swoją teorię za kilka dziesiątków lat.
3. Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem – jakoś zupełnie nie. Ja rozumiem, że to styl Pilcha jest taki osobny, niepowtarzalny, wspaniały. Jakoś mi jednak nie robi dobrze w sensie czytelniczym. Dałem radę Spisowi cudzołożnic, ale nic więcej już mi się potem nie udało. Narty Ojca Świętego były wspaniałe, ale to dramat, bez tych pokrętnych, zawikłanych, wbijających się w poczucie własnej dumy i hermetycznych żartów, jakie dominują w powieściach Pilcha. Nie mój styl po prostu.
4. Janusz L. Wiśniewski, Samotność w sieci  – to była pomyłka straszna. Uległem reklamie, uległem jakiemuś marketingowemu czarowi roztoczonemu przez wydawnictwo. Samotności tam nie ma, nieszczęśliwe miłości to jednak nie jest to samo. Brak akcji, sztampowi bohaterowie i kompletny brak pomysłu na książkę sprawił, że to chyba pierwsza polska powieść postmodernistyczna, w złym tego słowa znaczeniu. Wiśniewski wziął po prostu wycinki z wielu różnych powieści i skleił w jedną swoją. Czytelnik dzięki temu nie męczy się zbytnio, z góry wiadomo nie tylko co zrobią bohaterowie, ale i co powiedzą. Nuda okropna.225091-60x84
5. Emily Jane Bronte, Wichrowe wzgórza – dwie lub trzy próby, wszystkie nieudane. Jakieś takie drętwe, jakieś takie nijakie. Próbowałem też w oryginale, bo podobno język autorki taki dobry. Mnie nie przekonał. I nie chodzi tu wcale o to, że to romans, więc dla faceta słabe i w ogóle trudne do przyjęcia. Uwielbiam Annę Kareninę, przeczytałem z przyjemnością Przeminęło z wiatrem, w jeden dzień pochłonąłem dwie powieści o Bridget Jones. Jednak z tą klasyką rady nie dałem.
Zamiast sukcesów, porażki. To chyba jednak bardziej interesujące dla czytelników, prawda? Ważne, żeby się umieć podnieść. Albo chociaż umieć przyznać do błędu.

Brian Halligan, Dharmesh Shah, Inbound marketing


Jest takie powszechne przekonanie wśród ludzi związanych z giełdą papierów wartościowych, które kojarzy mi się mocno z tą książką. Chodzi mianowicie o to, że kiedy ludzie masowo kupują jakieś akcje, kwestią chwili jest ich spadek. Tajemnica sukcesu – a tym samym pieniędzy – tkwi w tym, by wyprzedzić innych i zarobić. Inbound marketing sprawia dokładnie to samo wrażenie – para autorów dzieli się swoimi wskazówkami. Te wskazówki są najczęściej ogólnikowe, by nie powiedzieć zdawkowe i mało wnoszące do tematu. Halligan i Shah już zarobili, zarabiają teraz na dzieleniu się wiedzą. Jednak kiedy wszyscy znają tajemnicę sukcesu, na pewno trzeba robić coś zupełnie innego…

Brian Halligan, Dharmesh Shah, Inbound marketing

Brian Halligan, Dharmesh Shah, Inbound marketing

Inbound marketing to pojęcie względnie nowe. Chodzi głównie o nowe kanały komunikacji przekazu reklamowego, głównie te związane z siecią, a szczególnie z sieciami społecznościowymi. Pisana w 2010 roku jawi nam Twitter jako objawienie, a sporo ze wskazówek autorów po prostu nie da się zastosować w polskich warunkach. Jakoś nie sprawdzają się polskie grupy na LinkedIn, nie ma już merytorycznych dyskusji na GoldenLine. Polacy nie korzystają – przynajmniej nie na masową skalę – z sieci typu Digg (mamy oczywiście swój Wykop, ale jakoś nie widzę biznesowych wykorzystań, być może jednak się mylę) czy StumbleUpon. Inna część porad nadal może być użyteczna, ale raczej dla początkujących w sieci.

Książka jest też sporym folderem reklamowym HubSpot,  firmy prowadzonej przez autorów. Polecają swoje produkty do mierzenia efektywności w sieci, ale zdają się nie mówić całej prawdy. Chodzi mianowicie o to, że jeszcze nie powstał jeden dobry produkt do zmierzenia realnego zasięgu wpływu w sieci. O ile w przypadku tradycyjnych stron internetowych jesteśmy w nieco lepszej sytuacji, o tyle narzędzia do badania zasięgu w sieciach społecznościowych nadal pozostawiają wiele do życzenia.

Książka Inbound marketing jest kierowana do osób początkujących i to trochę przeszkadza w odbiorze. Autorzy piszą o tym, że warto zatrudniać „cyfrowych tubylców”, ale swoje słowa kierują do tych, którzy nimi nie są. Garść porad dotycząca zakładania profili czy sposobów prowadzenia blogów są raczej na poziomie średnio rozgarniętego dziesięciolatka, przez co nie przekonuje zupełnie.

W tej pozycji kilka ciekawych rzeczy można się, oczywiście, dowiedzieć. Inbound marketing zawiera między innymi „teorię lejka” czy prezentowany przez autorów model DARC są – lub raczej mogą być – przydatne. Jakoś nie przekonują przytaczane przez autorów przykłady zastosowane w praktyce, ale wynika to raczej z faktu do niechęci dzielenia się ekspercką wiedzą przez innych, niejako wbrew temu, co piszą o tworzeniu ciekawych treści.

Czas poświęcony na zapoznanie się z treścią Inbound marketingu nie będzie czasem zupełnie straconym. Można parę ciekawych rzeczy wyciągnąć, można swoją wiedzę nieco uporządkować. Nie należy jednak oczekiwać natychmiastowego cudu, bo takowy zwyczajnie nie nastąpi. O czym lojalnie ostrzegają autorzy tej książki.

Marcin Wolski, Drugie życie


Marcin Wolski ostatnimi czasy wydaje tak często, że można się zaniepokoić trochę o to, czy to, co dostajemy do ręki, ma jakąś wartość. W przypadku powieści Drugie życie to pytanie jest w pełni uzasadnione. Pośpiech jest złym doradcą dla wszystkich, dla pisarzy jednak jest doradcą najgorszym.

Marcin Wolski, Drugie życie

Marcin Wolski, Drugie życie

Jak zwykle u Wolskiego fantastyka miesza się z sensacją i przygodą. Bohater Drugiego życia staje przed szansą, o jakiej marzą wszyscy ludzie. Na progu śmierci odziedzicza ogromny spadek, po czym dowiaduje się, że dzięki pieniądzom może skorzystać z kuracji, która odmłodzi go o kilkadziesiąt lat. Któż nie chciałby takiej okazji? Pytanie jest oczywiście retoryczne, las rąk widzi oczyma wyobraźni każdy, kto chciałby zadać je publicznie. Wszystko zatem w porządku, mamy nośny temat, czytelnik jest chwycony za gardło, powieść nabiera tempa.

Powodzenie innych jest solą w oku dla drugich. Cudownie ocalonego od śmierci bohatera wielu będzie ścigało, by przejąć jego ogromny majątek. Przy okazji pozwiedzamy świat, co również jest przyjemne i odprężające. Właściwie wydaje się, że powieść Drugie życie ma w sobie wszystko, o czym chcielibyśmy sobie poczytać dla relaksu.

Tutaj prawdopodobnie tkwi największy problem z tą książką Marcina Wolskiego. Teoretycznie posiada wszystkie elementy dobrej literatury rozrywkowej, więc powinna być dobra. Efekt końcowy wymieszania wszystkich elementów daleki jest jednakże nie tyle od doskonałości, ale zaledwie jest poprawny. Perypetie bohatera są po jakimś czasie przewidywalne, podobnie jak cudowne ocalenia z serii zamachów. Mafiozi są nieudolni, a nawrócenie się jednego z nich na ścieżkę dobra równie prawdopodobne jak wygranie głównej nagrody w totka. Do tego wątek miłosny, rozgrywany przez pisarza w dwóch wariantach – nieskonsumowanej miłości bohatera do ekskluzywnej kurtyzany i jednoczesnym niedostrzeganiu prawdziwej miłości w postaci wiernej towarzyszki pielęgniarki. Opis sceny miłosnej, w której wreszcie oboje wyznali sobie miłość jest na dodatek pisany językiem tak banalnym i pełnym komunałów, że czyta się to jak opowiadanie zakochanego „na zabój” gimnazjalisty. Mam wrażenie, że Wolski popadł podczas pisania tej książki w rutynę, że zwyczajnie „odpuścił” sobie jakąkolwiek kreatywność w tym, co robi. Ot, układał dobrze sobie znane elementy układanki, które dotychczas działały na czytelników. W tym wypadku nie wyszło, nawet humor zaledwie pobrzmiewa echami dawnej świetności.

Drugie życie zupełnie nie przypadło mi do gustu. Zamiast rozrywki dostałem raczej porcję nieustannej irytacji. Być może są i zwolennicy zgrzytania zębami podczas lektury, ja się jednak wolę dobrze bawić. Przy tej powieści Marcina Wolskiego to jednak zupełnie niemożliwe.

Kristina Ohlsson, Na skraju ciszy


Szwedzkie nazwisko ostatnio ma coraz mniejszą siłę przyciągania. Wydawnictwa zalewają nas rzeką książek ze skandynawskimi nazwiskami na okładkach, licząc że wiedzeni miłością do Mankella czy Larssona kupimy coś w tym samym stylu. Niestety, w tym przypadku ilość zupełnie nie przechodzi w jakość i Na skraju ciszy to właśnie boleśnie potwierdza.

Krisitna Ohlsson, Na skraju ciszy

Krisitna Ohlsson, Na skraju ciszy

W powieści nie dzieje się nic. Śledztwo jest rozpisane na bite pół tysiąca stron, ale czytelnik nie ma z tego żadnej przyjemności. Ja wiem, że prawdziwa policyjna robota jest w rzeczywistości tak nudna, że opisanie jej nie przyniosłoby żadnej sympatii czytelników. Niemniej jednak po to sięgam po książkę, by poczuć się jakoś poruszony. Niestety, u Ohlsson tego zupełnie nie znajduję.

Kristina Olhsson jest pisarką w stylu Camilli Laeckberg. To po prostu obyczajowa powieść, którą jedynie wtłoczono nieco na siłę w ramy kryminalnego gatunku. Skoro dziś tylko zbrodnia jest w stanie przykuć uwagę czytelników, to autor czy autorka nie zastanawiają się długo i piszą książki z pogranicza. Tu nie ma krwawych opisów, makabrycznych śledztw, prób wejrzenia w zwichrowaną psychikę seryjnego mordercy. Są za to rodzinne i towarzyskie tajemnice sprzed lat, cudowne odnalezienie dawno zaginionej osoby, problemy rodzinne i uczuciowe policjantów i policjantek z grupy śledczej. Rozterki sercowe i uroki macierzyństwa, oto co jest naprawdę ważne w tej powieści, rozwikłanie zagadkowych śmierci dostajemy niejako w bonusie, niczym promocję w supermarkecie.

Na skraju ciszy to bodajże trzeci tom cyklu o dzielnych policjantach. Nie porywa, nie zmusza do myślenia, nie oczarowuje. Sprawia wrażenie pracy napisanej w ramach kursu pisania dla znudzonych dotychczasową pracą kobiet wchodzących w wiek średni. Kto lubi tego typu obyczajową literaturę, w książce Kristiny Ohlsson znajdzie chwile ukojenia. Wszyscy inni raczej jedynie się zirytują.

Barry Forshaw, Stieg Larsson. Mężczyzna, który odszedł za wcześnie


Jest taka stara piosenka The Cure zatytułowana Jumping someone else’s train. Jej tekst mówi o konformizmie i o tym, że przestajemy być sobą, bo tak jest łatwiej. Stajemy się kimś zupełnie innym z wygody, dla pieniędzy, dla świętego spokoju wreszcie. Znaczenie dość oczywiste, ale mi to „wskakiwanie do cudzego pociągu” od zawsze kojarzyło się też z czymś zupełnie innym. Chodzi mianowicie o podczepianie się pod obowiązujące mody w celu zarobienia pieniędzy. Stieg Larsson. Mężczyzna, który odszedł za wcześnie autorstwa brytyjskiego dziennikarza Barry’ego Forshawa jest tego zjawiska przykładem wręcz najdoskonalszym. Modny pisarz stanowi przecież fascynujący czytelników temat. Należy zatem dać publice to, czego oczekuje, nie troszcząc się o wiele. Wszak ciemny lud to kupi, prawda?

Barry Forshaw, Mężczyzna, który odszedł za wcześnie

Barry Forshaw, Mężczyzna, który odszedł za wcześnie

Jeśli ktoś już kupił książkę, srodze się zawiedzie. Żadnych ciekawych – w domyśle: pikantnych i kontrowersyjnych – wątków, żadnych odkrytych tajemnic sprzed lat. Po prostu pustka, hasłowość, stereotypowe przepisanie informacji znanych od dawna i nie wnoszących niczego do wytłumaczenia zjawiska popularności Larssona i jego pisarstwa. Wszak wszyscy wiemy, że książki sprzedały się tylko z powodu śmierci pisarza, prawda?

Z 315 stron tekstu połowa to nic innego jak streszczenie całej trylogii Millenium. Forshaw jak gdyby próbuje coś tam analizować, wyłuskiwać sensy, ale robi to w sposób właściwy dwunastolatkom piszącym pierwsze szkolne recenzje. Streszcza wydarzenia i raczy nas banalnymi komunałami na temat tego czy owego wątku. Jeśli naprawdę ktoś chce szukać głębszych sensów i tropów w książkach Larssona, dużo szybciej odkryje je po prostu czytając na nowo całą trylogię.

Kolejne kilkadziesiąt stron to wyznania innych twórców i czytelników na temat szwedzkiego pisarza i jego książek. Znów garść komunałów, znów poczucie zmarnowanego czasu (i pieniędzy) na tak okropnie miałkie dziełko. Trudno, naprawdę trudno doszukać się tutaj jakiegokolwiek autorskiego zamysłu poza tym jednym – zarobienie pieniędzy na wykorzystaniu nośnego tematu. Żadnej wartości ta książka nie ma, zwłaszcza dla kogoś, kto interesuje się choć trochę tematem. Forshaw przepisał garść informacji z gazet, portali i szwedzkich biografii (te zasługują na uwagę czytelnika, może kiedyś napiszę o tych wydanych w Polsce) tylko po to, by wyciągnąć pieniądze od naiwnych czytelników. I chyba mu się udało.

W całym tym szwindlu partycypuje także Świat książki, bo okładka nawiązuje wprost do okładek Millenium, a żeby nikt nie miał wątpliwości, nazwisko Stiega Larssona jest pisane czcionką największą. Wszystko rzecz jasna po to, by zwiększyć sprzedaż. Oczywiście, nie jest to zabronione, ale etycznie też względne.

Tak naprawdę opinię o tej książce można napisać jednym zdaniem. Brzmi ono: Omijać z daleka!

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk


Jeśli debiut dostaje nominację do Nagrody Wielkiego Kalibru to trzeba czytać książki tego pisarza. Jego nazwisko brzmi Bartłomiej Rychter, a wspomniania nominacja dotyczyła książki zatytułowanej Kurs do Genewy. O innej, trzeciej z kolei powieści  tego autora Ostatni dzień lipca już pisałem u siebie. Pora zatem na książkę następującą po debiucie. Tym razem będzie w klimacie retro. W dość prowincjonalnym miasteczku o nazwie Sanok – skąd pochodzi pisarz – działo się wiele już na przełomie XIX i XX wieku.

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Bartłomiej Rychter, Złoty wilk

Konwencja retro zostaje w Złotym wilku zachowana. Wszystko rozgrywa się w autentycznym mieście z wplecionymi w fabułę historycznymi postaciami. Dobrze opisana topografia miasteczka, uwzględniająca jego etniczne pomieszanie, wprowadza w klimat sennej miejscowości, którą nagle wstrząsa seria brutalnych mordów. W tej warstwie mamy do czynienia z opisem niemalże doskonałym. Historia nie jest tutaj ani podręcznikową nudą ani też przewodnikiem po mieście. Autor umiejętnie dawkuje informacje, dobrze wpisując je w fabułę. Nie ma przy lekturze – tak powszechnego w gatunku – poczucia osobnego istnienia historii i fabuły literackiej. Niby proste, niby oczywiste, a wciąż tak wielu autorów i autorek popełnia ten grzech. Rychter na szczęście tego nie robi.

Retro to jedno, ale ważny jest też wątek prowincjonalny. Lupa małego miasteczka, w którym wszyscy się znają i wiedzą wszystko o swoich sąsiadach jest też w książce podkreślona, ale jednak nie dominuje. Powiedziałbym nawet, że została nieco porzucona w miarę rozwoju powieści i to chyba ze szkodą dla całości. Zamiast tego dostajemy – co prawda naprawdę dobrze odmalowanych – całą galerię postaci. Bohaterowie Złotego wilka to ludzie tacy jak my, ze swoimi lękami i słabościami. Na pierwszy rzut oka nie spodziewamy się wiele, bo postaci są zaczerpnięte z podręcznego katalogu twórców kryminałów sprzed wieku, jednak proza Rychtera broni się dość dobrze. Być może dlatego, że udało się autorowi powiedzieć wszystko to, co doskonale wiemy – czasy się zmieniają, rzeczywistość wokół nas też, ale natura ludzka pozostaje niezmienna. Nadal miłość, chciwość i zemsta napędzają nas do zbrodni. Banalna to może i prawda, niemniej jednak w literaturze kryminalnej zawsze warta zauważenia.

Złoty wilk to także element grozy. Bestia dokonująca krwawych zbrodni dostaje na końcu logiczne wytłumaczenie, ale jej wątek ustawia śledztwo gdzieś na pograniczu kryminału i powieści grozy. Widać tu istotny wpływ klasyki – Poe, Conan Doyle – ale czyta się to dobrze, cały wątek skonstruowany jest poprawnie. Bez uproszczeń i udziwnień, za to z wielką siłą oddziaływania. Opisy ucieczek przed bestią należą do najciekawszych partii książki.

Druga powieść Rychtera jest dobrą propozycją dla wszystkich miłośników i miłośniczek retro klimatów. Jeśli ktoś lubi powieści grozy – a może raczej „z dreszczykiem” – to też Złoty wilk go nie rozczaruje. Polecam także i osobom sceptycznym wobec retro, bo to powieść, która pokazuje, że i z tego tak zużytego w naszym kraju gatunku można wycisnąć coś ciekawego. Trzeba mieć tylko coś do powiedzenia. Bartłomiej Rychter na pewno ma.

Letnie lektury


Weszliśmy w ostatni tydzień wakacji, kończy się też lato, więc naszła mnie refleksja o tym, co czytamy w lecie. Od lat przyjęło się sądzić, że na plażę to tylko kryminał, ewentualnie romans, żadnej klasyki czy – broń Boże! – poezji. O książkach filozoficznych nawet nie wspominając.

Zacznijmy jednak od początku. Na początku było, rzecz jasna, słowo, ale potem niepodzielnie rządziły pory roku. W zimie się siedziało w domu głównie, w lecie zaś pracowało ciężko w polu, bo to i sianokosy i żniwa i zbiory owoców przeróżnych, to polowania i inne prace. Nieprzypadkowo rok szkolny jest tak właśnie skonstruowany, jak jest. Wszak uczniowie – płci męskiej przez bardzo, bardzo długo – musieli wrócić do domu, by pomóc w tych pracach wszystkich. Dopiero stosunkowo niedawno stało się tak, że jakieś urlopy w okresie letnim się pojawiły. Jeszcze sto lat temu pracownicy wolne mieli jedynie niedziele, nie było płatnych urlopów podobnie jak zwolnień chorobowych. Wszystko to – i o wiele więcej, jak choćby prawa wyborcze kobiet – wywalczyli ci okropni socjaliści. No, ale to temat na osobną pogadankę.

Wracając do czasów letniej kanikuły. Pogoda zdaje się nie sprzyjać aktywności żadnej, także umysłowej. Relaks z książką oznacza ślizganie się po literach, muskanie istoty fabuły i ogólną lekturę płytką, bez zagłębiania się w materię tego, co też próbują nam przemycić autor i autorka. Raczej nie bierzemy się za Prousta czy Joyce’a, pozostajemy przy Chmielewskiej i Komudzie. I dobrze, bo w sumie klasyka wymaga skupienia, którego na zatłoczonej plaży nie uświadczysz.

Ja też poddałem się temu dyktatowi. Kilkanaście lat temu byłem jeszcze pełen zapału i w wakacje nadrabiałem te tytuły, które były dla mnie ważne z punktu widzenia poznania dorobku światowej literatury, nie tylko beletrystycznej zresztą. Ciepłymi nocami czytałem rosyjskich, niemieckich bądź francuskich poetów i cierpiałem za miliony. Ostatnio ograniczam się do kryminalnych książeczek, w których wszystko jest od dawna swojskie i znajome. Zamiast czytania mam leżakowanie, choć na plaży nie byłem.

Tak czy siak, od teraz będzie znów inaczej. Temperatury spadną, a poziom czytanych lektur wzrośnie. Czego i sobie i Wam życzę.