Miesiąc: Lipiec 2014

Jacek Piekara, Szubienicznik


Od dawna już nie czytałem jakichś powieści historycznych, skusiłem się na Jacka Piekarę. Mając w pamięci jego inne książki, nie spodziewałem się niczego wstrząsającego moim jestestwem, ale liczyłem na odrobinę dobrej zabawy. Nic z tego, w dwóch tomach „Szubienicznika” na próżno szukać jakiejkolwiek akcji. Przez 800 stron nie dzieje się właściwie nic.

Jacek Piekara, Szubienicznik

Jacek Piekara, Szubienicznik

Pomysł miał Piekara dość interesujący i mogło z tego wyjść coś ciekawego. Kryminał rozgrywający się głównie na płaszczyźnie psychologicznej wymaga jednak niebywałej precyzji w trzymaniu czytelników w napięciu. Tego brakuje tym książkom przede wszystkim. Zwroty akcji nie występują niemalże w ogóle, wszystko jest rozmyte i właściwie mocno, mocno przegadane.

Piekara trochę jakby zaczerpnął z tradycji gawęd szlacheckich i w tym poniósł największą porażkę. Wzorem swoich poprzedników nie uniknął rozgadania, nadmiernej ilości nic nie wnoszących do książki dygresji, ogólnego braku spójności wypowiedzi. Na dodatek autor postanowił nas edukować, więc dużo z tych dygresji będzie odnosiło się do polityki, obyczajów, języka, historii, bitew, religii itd. itp. Strasznie to nudne, bo nie tylko spowalnia akcję, ale często po prostu powtarza informacje, najczęściej banalne i oczywiste. Ileż to razy wspomniana jest staropolska gościnność, zamiłowanie szlachty do koni, swoiście pojęty patriotyzm szlachty czy kwestie religijne. Co prawda czyni to nieco subtelniej od łopatologicznych wykładów Komudy skierowanych do gimnazjalistów, ale pewien niesmak pozostaje. Czyta się to z coraz większą irytacją, z jakimś niejasnym przeczuciem, że właściwie autor nie ma wiele do powiedzenia i te wszystkie wykłady mają jedynie nadmuchać objętość książek.

Piekara warsztatowo sobie radzi nieźle, staropolska stylizacja mu wychodzi, nie męcząc nawet w narracji, gdzie zdania również noszą wyraźne ślady dawnej szlacheckiej gawędy. Niemniej jednak sam warsztat to jedynie część składowa książki, a tu próżno szukać ciekawych rozwiązań fabularnych.

Szubienicznik na pewno odwołuje się do tego nieszczęsnego rozumienia sarmatyzmu, jaki pozostał nam w spadku po sienkiewiczowskim widzeniu świata i Polski w XVII wieku. Jeśli było to potrzebne i dobre w wieku XIX, na pewno nie do końca odpowiada wiekowi XXI. Zajął się tym tematem świetnie prof. Czapliński, mogę tylko dodać, że fałszywy obraz ówczesnej Polski pokutuje do dziś właśnie w powieściach, bo ich odbiorcy wciąż jeszcze mają wrażenie, że życie ówczesne to wspaniałe życie szlacheckiego pana, pełne wojen, polowań i biesiad, bez większych trosk i zmartwień. W tym tkwi siła tych powieści, bo rzucają one urok na wszystkich tęskniących za wielkością naszego kraju. Kto chce wspominać czasy chwały, nie znajdzie w Szubieniczku ani grama nudy, bo żyć będzie w wymarzonym przez siebie świecie. Jeśli zaś ktoś nie szuka takiego akurat przeżycia, może sobie lekturę spokojnie darować.

Reklamy

Po co czytamy literaturę faktu?


To jest fakt. Na każdej liście bestsellerów coraz więcej książek z etykietką „literatura faktu”. Czytamy reportaże z wojen, podróży, popegeerowskich wiosek, a nawet z obserwacji uczestniczących, na przykład w fabrykach. Rzucamy się na biografie, autobiografie i niby-biografie, szukając… No właśnie, czego?

Co daje nam czytanie o wojnie w Czeczeni czy somalijskich rzeziach? Poczucie bezpieczeństwa we własnym fotelu/łóżku? Okropności przecież dzieją się gdzieś tam, daleko, a my możemy docenić fakt, że mimo wszystkich wad naszego kraju, jakoś w nim jednak żyjemy bez codziennego zagrożenia życia. Niby małe, a cieszy.

Czytamy tę literaturę podobno przede wszystkim po to, by dowiedzieć się czegoś o świecie. Wierzymy, że skoro opiera się na faktach, to jest prawdą. Poniekąd tak jest, ale tylko poniekąd. Policjanci, prokuratorzy i historycy zajmujący się oral history wiedzą doskonale, że nie ma gorszego świadka niż świadek naoczny. Często zeznania trzech osób wykluczają się wzajemnie! A i zapamiętane rzeczy zupełnie inaczej potrafią ułożyć się w głowach. Podobnie jest z autorami i autorkami reporterskich relacji. Dostajemy ich własną narrację, którą stworzyli sobie będąc na miejscu czy rozmawiając z ludźmi, może prowadząc własne notatki. Wszystko to jednak jest jedynie próbą opisania rzeczywistości, o czym warto pamiętać.

W literaturze faktu zdaje się pociągać nas prostota przekazu. O wiele trudniej przedzierać się przez gąszcze liter postawionych w wybitnej powieści. Proza wymaga od nas większego zaangażowania, prób zrozumienia znaczeń i kodów pozostawionych przez tego, kto stawiał znaki. Moglibyśmy spróbować zrozumieć świat za pomocą nieco bardziej wyszukanego języka, niecodziennych sytuacji, być może jakichś przeżyć wewnętrznych bohaterów. Większość woli jednakże proste rozwiązania, w których obrazy pojawią się same. Wszak drastyczny opis żołnierskich gwałtów i mordów jest taki sugestywny…

Wydaje mi się, że to wszystko każdy doskonale wie. Pociąga nas jednak patrzenie na innych, swoistego rodzaju podglądanie, które inni realizują oglądając „dokumentalne” seriale. Tak samo szukamy kogoś i czegoś odmiennego od naszej codzienności, czynimy to jedynie w różny sposób. Nie ma w tym nic złego, lepiej jednak zdawać sobie sprawę z istoty rzeczy. Podobnie jak zdałem sobie ją ja, w tych krótkich przerwach między lekturą kolejnych reporterskich książek.

Jenny Diski, Lata sześćdziesiąte


Co przychodzi nam na myśl, gdy słyszymy hasło „lata sześćdziesiąte”? Długie włosy i trawka, rockowe koncerty i kolorowe ciuchy. Oczyma wyobraźni widzimy mit, porównywalny do tej utraconej antycznej Arkadii. Jenny Diski nieco chwieje tym wyobrażeniem, nie pozbawiając jednak nas (i siebie) złudzeń do końca.

Jenny Diski,  Lata sześćdziesiąte

Jenny Diski, Lata sześćdziesiąte

To książka o marzeniach. W kilku rozdziałach swojej książki Diski wspomina swoją młodość w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Każdy z tych rozdziałów jest poświęcony innemu tematowi – znajdziemy tu modę, wolną miłość, edukację i psychiatrię. Teorie i idee mają to do siebie, że wyglądają pięknie zaklęte w słowa, mówione i pisane tak wiele razy, że niemalże namacalne. W rzeczywistości jednak na wolnej miłości korzystali jedynie mężczyźni. Nieformalna i postępowa edukacja sprawiała, że dzieci czuły się wyobcowane z grona swoich rówieśników mieszkających po sąsiedzku. Nowa psychiatria dawała jedynie więcej cierpienia ludziom chorym psychicznie. Przykładów jest jeszcze więcej, wszystkie świadczą o wielkiej naiwności ludzi, którzy próbowali zbudować nowego człowieka nie troszcząc się przy tym o sprawy podstaw bytu. I chyba dlatego też ponieśli klęskę.

Diski opisuje tamte czasy bez wielkiej nostalgii. Z perspektywy lat dostrzega zaniechania i wady ruchu, który wypalił się bardzo szybko i w gruncie rzeczy stał się jedynie mitem. Konsekwencje tej porażki czujemy do dziś, bo według brytyjskiej pisarki to właśnie zaniechanie zaangażowania się w rzeczywistość sprawiło, że do władzy doszła Margaret Thatcher. Niektórzy sądzą, że to teza kontrowersyjna, ja jednak podzielam opinię Diski. Budowanie alternatywnego świata sprawiło bowiem, że ludzie z pomysłami, energią i wiedzą przestali służyć własnym społecznościom i zaczęli budować inny świat w skali mikro, tym samym oddając pole działania ludziom, dla których humanizm i empatia były pojęciami zupełnie nieznanymi.

Książkę Diski przeczytać warto przede wszystkim po to, by skonfrontować swoje wyobrażenie o mitycznych latach wolnej miłości i kwiatów we włosach. Jej lektura pewnie nie zachwieje tym wyobrażeniem, ale na pewno dopełni obraz, dodając mu nieco odcieni szarości i czerni.

David Hewson, Dochodzenie


Jestem zazwyczaj bardziej niż sceptyczny wobec książek, które powstały ze scenariuszy, czy to filmowych czy telewizyjnych. Jednak duński serial – amerykańska wersja jest słabiutka bardzo – wciągnął mnie w swój ciemny świat tak bardzo, że nie mogłem się oprzeć pokusie sprawdzenia, jak David Hewson poradził sobie z tym zadaniem. Poradził zaś sobie dość dobrze.

David Hewson, Dochodzenie

David Hewson, Dochodzenie

Dochodzenie w wersji książkowej to w gruncie rzeczy nieco bardziej rozbudowany scenariusz. Opisy są co prawda krótkie, zdania też raczej pojedyncze, a jednak i tak mamy do lektury niemalże 800 stron tekstu. Bez obaw jednak, dialogi popychają cały czas sprawy do przodu w takim tempie, że nie zauważamy nawet przewracania kolejnych stron.

Kto pamięta serial ten pamięta cały korowód podejrzanych. Za każdym razem dowody są właściwie niezbite, a my jesteśmy przekonani, że odkryliśmy sprawcę mordu na młodej dziewczynie. Jednak na tym polega właśnie genialność tej fabuły – kiedy wszystko jest jasne, pojawia się nagle zupełnie inny kąt patrzenia na śledztwo, jakieś nowe fakty i osoby. Znów mamy kogoś innego na celowniku. A samo zakończenie i tak wywiedzie nas w pole.

Owszem, można przyczepić się tu i ówdzie do Hewsona o zbytnią powierzchowność w budowaniu świata powieści. Wydaje się jednak, że to lektura stworzona w gruncie rzeczy dla miłośników serialu, więc oni powinni wybaczyć, tak jak i ja to czynię. Ktoś, kto nie zna zaś żadnej wersji telewizyjnej, może momentami czuć się zagubiony mnogością wątków i postaci. Warto jednak spróbować zanurzyć się w ten mroczny świat, w którym zbrodnia miesza się z władzą, szaleństwem, miłością i przyjaźnią w sposób tak skomplikowany, iż niemalże wierzymy, że opowiada on prawdziwą historię. Niemalże, bo wciąż jednak życie jest ciekawsze od książek. Kto jednak chce odpocząć od rzeczywistości i przeżyć coś ekscytującego, śmiało po Dochodzenie może sięgać.

Carin Gerhardsen, Domek z piernika


Szwedzki kryminał przyzwyczaił nas do różnego rodzaju krytyk społecznych, raz całkiem udanych, często też rażących naiwnością. Domek z piernika lokuje się gdzieś pośrodku tej skali, ani ta krytyka taka dobra ani też najgorsza. Gerhardsen wymyśliła swój własny sposób na pisanie o zbrodni. Pierwsza część jej cyklu o policjantach z Hammarby przedstawia świat w dość uproszczony sposób, ale dający się czytać. Można go nawet polubić.

Carin Gerhardsen, Domek z piernika

Carin Gerhardsen, Domek z piernika

Zaletą książki jest kilkoro bohaterów. Dzięki temu możemy poznać więcej problemów, możemy też odnaleźć różne typy ludzkie. Życie osobiste szefa zespołu Conny’ego Sjöberga i jego ludzi miesza się ze sprawami, jakie prowadzą. Tych spraw też jest kilka, co wzmaga poczucie realności całej sytuacji. Zazwyczaj przecież w powieściach policjanci skupieni są całkowicie na jednej sprawie, a w rzeczywistości rzadko się to zdarza, poza przypadkami powoływania specjalnych jednostek. U Gerhardsen normalne, rodzinne życie biegnie w tym samym czasie, co ściganie seryjnego mordercy. Tym autorka przekonuje do siebie.

Pisarka postawiła sobie za cel psychologizm, dość swoiście rozumiany. Według niej nie ma złych ludzi, zło jest czymś, czego doświadczamy i wówczas możemy sami się stać źli. Jej postaci sieją zło, bo od dziecka nie znają innego życia. W innych warunkach mogliby być zupełnie normalni, niektórzy nawet dążą do tego, ale w końcu coś w nich pęka. Wówczas popełniają zbrodnie, mszcząc się na winnych – a czasem i niewinnych – ludziach. W końcu zostają złapani, ale ocena ich postępowania nie jest w żaden sposób łatwa. Widać to w scenie przesłuchania sprawcy, w której komisarz stara się poznać intencje sprawcy. Próba zrozumienia motywów postępowania drugiego człowieka jest w przypadku policjantów czymś normalnym, ale u szwedzkiej pisarki troszkę te sceny rażą. Zresztą nie tylko to, bo nie ma w powieści osób wypalonych zawodowo. Brak tu cynizmu, nie ma rutyny. Trochę to chyba zbyt wyidealizowany obraz.

Domek z piernika powieścią szczególnie wybitną nie jest, nie ma też chyba takich ambicji. Ot, kryminał z pewnym przesłaniem, dość poprawnie napisany. W sam raz na lipcową kanikułę.

Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie


Literatura faktu ostatnio w Polsce sprzedaje się najlepiej. Albo prawie najlepiej, ustępując jedynie literaturze romansowej, produkowanej na masową skalę. Oprócz miłości uwielbiamy podglądanie, więc poczytność tak zwanej literatury faktu rośnie. Ten fakt postanowiła wykorzystać Katarzyna Bonda. Niestety, z dość wątpliwym skutkiem końcowym. Niemniej jednak podobno książka się sprzedaje dobrze. W końcu ma już drugie wydanie.

Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie

Katarzyna Bonda, Polskie morderczynie

Książka Bondy to rozmowy z kilkunastoma polskimi morderczyniami. Każda opisuje swoją historię, a te historie takie podobne do siebie, że właściwie po przeczytaniu trzech, może czterech, wiemy już wszystko. Ciężkie dzieciństwo, przemoc, patologia, alkohol, narkotyki, chęć zarobienia paru groszy i zemsta. Nic ciekawego, żadnych serii zabójstw, żadnego układania jakieś większej całości, częstokroć nawet żadnego planowania. Ot, zabójstwo pod wpływem chwili zamroczenia złością, alkoholem, narkotykami.

Dobrym, najlepszym właściwie elementem książki są wypisy z akt sądowych na końcu każdej rozmowy. Możemy na tej podstawie wyrobić sobie opinię na temat tego, co i jak opowiedziała nam bohaterka. Do prawdy nie dochodzimy, nie ma tak dobrze w tym życiu, niemniej jednak to ciekawe doświadczenie.

Na osłodę dostajemy trzy rozmowy. Policyjny profiler, dyżurny seksuolog kraju i pani z więziennictwa, dyrektorka zakładu karnego. Te wywiady banalne, ale jest jedna rzecz, która cieszy. Otóż w gruncie rzeczy każda z tych osób na pytanie o to, czy istnieje „zbrodnia kobieca” odpowiada inaczej! I to jest kwintesencja tego, co wiemy po przeczytaniu tej książki. Nie wiemy nic. Znamy jedynie zestaw dyżurnych komunałów psychologicznych o banalności zła, o złych warunkach dorastania, o potrzebie resocjalizacji i zasadzie mocno ograniczonego zaufania wobec osadzonych kobiet.

Choć może jestem zbyt surowy. Może źle oceniam fakt, że wszystkie te kobiety raczej nie mają tytułów naukowych, w większości nie są też tytankami intelektu. Widać to w zamieszczonych zdjęciach, gdzie każda wygląda – sądząc po stroju, uczesaniu, makijażu – jak fanka zespołu discopolowego. Nie ma w tym nic złego, po prostu w tych kręgach tak się nosi. A także i zabija, popełniając „typową polską zbrodnię” – wbicie w brzuch kuchennego noża przy czwartej flaszce. Jeśli spodziewacie się czegoś wyrafinowanego, musicie sięgnąć po literaturę piękną. Ona pokazuje właśnie piękno zbrodni. Te z życia wzięte zupełnie do niej nie pasują.