Miesiąc: Czerwiec 2014

Agata Chróścicka, Kontener


Nie przepadam za bardzo za pisaną przez polskich twórców sensacją, która rozgrywa się w dekoracjach innych krajów. Z naszymi kompleksami, z naszym powierzchownym rozumieniem realiów obcych krajów, wychodzą z tego nudne do bólu klisze, powtarzane regularnie od kilkudziesięciu już lat. Agata Chróścicka w powieści Kontener niestety nie uniknęła tego losu.

Agata Chróścicka, Kontener

Agata Chróścicka, Kontener

Potencjalnie to mogłaby być powieść dobra, bo zamysł fabuły świetny, choć również odrobinę sztampowy. Dziennikarskie śledztwo połączone z pozyskaniem „głębokiego gardła” ukrytego w złej korporacji i działającego z osobistych pobudek, nie jest przecież niczym nowym w ramach gatunku. Ciekawe dla czytelnika rzeczy mogłyby się rozgrywać wewnątrz tego schematu, ale wymagałoby to od autorki nieco większego polotu i znacznie większych kompetencji językowych, bo sporo zdań zupełnie „nie brzmi”, jest dziwne składniowo  i zwyczajnie sztuczne.

Z pozoru Kontener mógłby być także wzięty za zaangażowaną politycznie powieść sensacyjną, może trochę w stylu skandynawskim. Niewątpliwie nie mamy naszych rodzimych książek tego typu zbyt wiele, byłoby to zatem spore osiągnięcie, zarazem zaś szansa na stworzenie własnej niszy, co mogłoby zaowocować pozyskaniem oddanych czytelników. Co w przypadku zapowiadanej serii tylko wzmocniłoby pozycję autorki. Niestety, ta szansa nie została należycie wykorzystana. Zła korporacja, która ciągnie zyski z nielegalnego obrotu lekami na AIDS, które pierwotnie miały być przeznaczone na pomoc krajom afrykańskim, okazuje się nie do końca zła, bo to przecież tylko kilka osób było zamieszane w nielegalny proceder. Przywoływane w powieści dyskusje w pubie pomiędzy alterglobalistą z Korei i konserwatywnym Hiszpanem również nie wnoszą niczego nowego. Kilka stron narzekania to stanowczo zbyt mało, by uznać to za powieść z przesłaniem. Chyba, że za przesłanie nadrzędne uznamy ukrytą między wierszami powieści a biografią autorki niechęć do pracy w korporacjach.

Kontener jest zatem odrobinę interesujący, ale nie aż tak dobry, jak mógłby być, rozwijając atrakcyjny temat. Jeśli powstanie kontynuacja, będę ciekawy wyniku. Na razie zaledwie dostatecznie.

Per Wahlöö, Stalowy skok


Per Wahlöö to ten pan, który uważany jest za „ojca chrzestnego szwedzkiego kryminału”. Tym razem bez swojej drugiej połówki, Maj Sjöwall, z którą stworzył cykl o komisarzu Becku. W pojedynkę ten zaangażowany w lewicowe partie pisarz i dziennikarz pisze jeszcze bardziej politycznie. Powieść tendencyjna? Trochę tak, ale nie tylko.

Per Wahlöö, Stalowy skok

Per Wahlöö, Stalowy skok

Stalowy skok rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Duszna atmosfera politycznej jednomyślności sprawia, że czujemy się zobligowani do tego, by porównywać powieść z głośnymi antyutopiami Orwella, Zamiatina i czy innych. Szwedzki pisarz wyróżnia się od nich źródłami swej krytyki. Dla niego nie ulega wątpliwości, że tylko ustrój prawdziwie socjalistyczny prowadzi do wolności jednostki i dobrobytu społeczeństwa. W swej książce przedstawia świat, w którym zabrakło miejsca na polityczne spory. Od lat rządzi koalicja różnych partii w czymś o nazwie „Centrum”. Miałkość oferty politycznej prowadzi społeczeństwo do zaniku poczucia obywatelskości, a wieloletnie rządy degenerują polityków, którzy nie cofną się przed niczym dla utrzymania się przy władzy.

I właśnie ta walka polityczna jest głównym tematem książki. Dla Wahlöö nie ulega wątpliwości, że płomienny pamflet przeciw współczesnej jemu Szwecji (lata sześćdziesiąte XX wieku) lepiej się sprzeda opakowany w atrakcyjną formułę powieści kryminalnej. Daje zatem swemu komisarzowi Jensenowi do rozwikłania zagadkę, która wtrąciła – bezimienny, ale z wyraźnymi cechami ówczesnej Szwecji – w stan klęski i izolacji. Nieznana choroba zamienia się w epidemię, ludzie umierają, a cała ta sprawa służy nielicznym do przejęcia władzy. Niemalże postapokaliptyczna wizja nie znajduje się tu oczywiście przypadkiem, wszak złe i przeżarte korupcją rządy nie mogły się zakończyć inaczej.

Po pół wieku powieść jest raczej dokumentem pewnej epoki, w której studenci z całego świata byli tak radykalni politycznie, że demonstrowali na całym świecie, wierząc że posiedli recepty na uzdrowienie świata. Niemniej jednak sądzę, że warto poświęcić parę chwil na lekturę. Choćby po to, by zobaczyć, skąd wzięły się powieści Mankella czy Larssona.

Izabela Szolc, Cichy zabójca


Mam pewien problem z tą książką. Jeszcze nie wiem, jak ją oceniać. Problem jest, bo nadal waham się pomiędzy uznaniem tej powieści za coś wartościowego z jednej strony, a za kiepską literaturę z drugiej. Ale może się wyjaśni, na przykład za pomocą tej notki.

Izabela Szolc, Cichy zabójca

Izabela Szolc, Cichy zabójca

Plus jest już widoczny od pierwszych stron. Warszawa Izabeli Szolc jest miastem żywym, nie pocztówką z telewizyjnego serialu. W tym mieście są bezdomni, nastolatki płci obojga robiące laskę za papierosa, odrapane komisariaty, na których nadal pisze się raporty na maszynie z lat późnego Gierka. To miasto, w którym niewiele osób jest szczęśliwych, większość nienawidzi swojego życia, ale nie ma odwagi go zakończyć. To właśnie tak naprawdę powieść egzystencjalna, w której życie nie jest darem, a przekleństwem od losu. Nic się nie udaje, nic dobrego nas nie czeka. Za takie pisarstwo naprawdę należą się Szolc słowa uznania. Przełamanie stereotypu, jakoby tylko mężczyźni mogli pisać prozę brutalną i pesymistyczną zarazem, w tym wypadku się powiodło.

Niestety, w warstwie sensacyjnej fabuły wieje nudą okropną. Wątek zabójcy, który chce się zemścić na policjantce, jest tak ograny, że właściwie od samego początku wiemy, jak potoczy się cały, łącznie z finałem. Inne sprawy są banalne, powierzchowne, nie prowadzące do rozwiązań żadnych. Pod tym względem powieść jest naprawdę słaba.

Zdecydowałem jednak przechylić wahadło na stronę pozytywów. Jeśli weźmiemy pod uwagę interpretację, w której autorka wykorzystuje popularność kryminału do napisania powieści o tym, co dzieje się „tu i teraz” z człowiekiem, to jest naprawdę dobra książka. I, uwzględniając wszelkie niedociągnięcia, godna polecenia. Choćby z tego względu, że nikt inny tak jak Szolc nie pisze.

Czy tylko bloger głodny jest wiarygodny?


Jest takie powiedzenie, które głosi, że „tylko artysta głodny jest wiarygodny”. Czytanie blogów – nie tylko książkowych zresztą – pozostawia mi to ciągle w pamięci. Odkąd okazało się, że bycie postacią blogującą można przekuć na brzęczącą monetę, coraz bardziej. Profesjonalizacja, recenzenctwo, kryptoreklama i otwarte nawoływanie do kupowania sprawiły, że blogi stały się zwyczajnie nudne. Coraz częściej wieje sztampą, coraz częściej recenzja jakiegoś produktu przypomina opis producencki, do którego ktoś czasem dodał emotikony, by było bardziej zrozumiale i by wyglądało na autentyczny opis przeżyć towarzyszący używaniu jakiegoś produktu (kremu, telefonu, książki, płyty – niepotrzebne skreślić). Gdzieś w tym wszystkim zniknęła pasja, która napędzała ludzi. Jeśli wyznacznikami popularności blogów są częściej konkursy lub rozmowy z twórcami, gdzie zestaw pytań jest właściwie standardowy, to chyba jednak nie w tę stronę idziemy.

Nie mam zamiaru krytykować nikogo za „komercję”, bo nie mam już 17 lat i nie przesiaduję na koncertach niezależnych kapel, których dziś nikt nie pamięta. Lubię jednak mieć świadomość tego, co czytam. Jeśli zatem mam zamieszczone info, że książka została przeczytana „dzięki uprzejmości”, to przynajmniej czuję się poinformowany. A na tym przecież także polega krytyka, jest to jedna z jej funkcji. Chyba, że blog to nie krytyka, a tablica ogłoszeń. W takim wypadku może faktycznie za dużo mi się wydaje lub też nie rozumiem już sieci.

Co zaś do odpowiedzi na pytanie postawione w tytule. Mimo wszystko wierzę, że jednak „bloger dobry jest wiarygodny” (dotyczy oczywiście obu płci, ale żeńskie końcówki nie mają tego słabego rymu;) Jeśli ktoś pisze dobrze, to jest wiarygodny. Niezależnie od tego, czy „współpracuje” z wydawnictwem czy jedynie recenzuje książki, które lubi bądź nie. Wierzę też, że powoli kurz nie do końca dobrze pojętej przez obie strony współpracy opadnie i zostaną rzeczy naprawdę wartościowe. Pisanie o książkach to przecież aktywne czytanie, prawda?

Kate White, I że Cię nie opuszczę aż do śmierci


Kolejny kryminał kobiecy. O ile czasem sprzeczam się ze swoją mądrzejszą połową o to, czym proza kobieca jest (czy jest w ogóle? – takie rozmowy pary polonistów), o tyle tu chyba można mówić o prozie kobiecej właśnie. Pisaną przez kobietę dla kobiet. Jako rekomendację – albo przestrogę, co kto woli – na czwartej stronie okładki możemy przeczytać, że autorka była redaktorką naczelną „Cosmopolitan”. Chyba wszystko jasne, prawda?

Kate White, I że Cię nie opuszczę aż do śmierci

Kate White, I że Cię nie opuszczę aż do śmierci

Każda strona, każda linijka, ba – każde zdanie, to coś w rodzaju powieści obyczajowej, z dołączonym wątkiem kryminalnym. Niby jest momentami groźnie, ale w rzeczywistości w powieści nic się nie dzieje przez większość czasu. Szkoda, bo element zagrożenia, który odczuwa narratorka stanowi świetny punkt wyjścia do znakomitego thrillera. Jednak White nie realizuje tego w praktyce. Może po prostu nie chce, bo jej powieść nie ma tak naprawdę mrozić krwi w żyłach czy choćby mocniej straszyć. Ot, taka powiastka z dreszczykiem dla wielkomiejskich kobiet. Albo takich, które chcą za takie właśnie uchodzić.

Od pierwszych stron przekonujemy się, że to właśnie książka, jakiej spodziewamy się po tej autorce, tak zareklamowanej przez wydawnictwo. Za każdym wyjściem z domu narratorka sprawdza makijaż, wymienia nam w co – i od kogo! – jest ubrana. Ciągle wspomina swój rozwód, wciąż ma problemy z zaangażowaniem w nowy związek. I tak dalej i tak dalej. Jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się, jak wyglądałby „Sex and the City” z wątkiem kryminalnym, to szczerze polecam I że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Z jednym wszakże zastrzeżeniem – w tej książce jest dużo mniej humoru, a jak już jest, to raczej drugiej świeżości, czyli po prostu czerstwy.