Miesiąc: Czerwiec 2014

Kinga Dunin, Zadyma


Czy jest sens czytania felietonów po latach? Zebrane w tomie zatytułowanym nieco buntowniczo i prowokacyjnie (jak na Wydawnictwo Literackie) Zadyma teksty mają to coś, co pozwala odpowiedzieć twierdząco na postawione wyżej pytanie. Dobrze to czy źle nie wiadomo, wiadomo zaś, że czytać Dunin można. Choć może nawet trzeba.

Kinga Dunin, Zadyma

Kinga Dunin, Zadyma

Tytułowy tekst wprowadza nas w postać autorki, która ujawnia swoją osobistą historię uczestniczenia w opozycji. Nie udaje, że była kimś ważnym, raczej podkreśla swoją podrzędną w gruncie rzeczy rolę. Jakież to inne od puszących się na ekranach naszych telewizorów mężczyzn, wciąż kłócących się o dawne zasługi.

Dunin pisze o wszystkim – o feminizmie, sztuce, śmierci Jana Pawła II, aferze z Dorotą Nieznalską, futbolowym szaleństwie roku podczas MŚ 2006, aborcji, rządzie, obchodach rocznic „Solidarności” i Manifach, o gejach i o książkach. Teksty pochodzą z lat 2002 – 2006, więc o niektórych sprawach mogliśmy już nieco zapomnieć, inne nadal są wyraźniejsze w naszej pamięci. Te teksty są ważne w tym sensie, że choć poszczególne wydarzenia mogą się zatrzeć w naszych głowach, tematy poruszane przez autorkę są wciąż aktualne. Kwestia aborcji i równouprawnienia kobiet nie drgnęła przecież od tamtego czasu choćby o milimetr w kierunku zmian postulowanych przez Dunin, raczej nawet są w odwrocie. Pikiety przeciw przedstawieniom, brutalne zakłócanie wykładów i debat akademickich stały się normą, przy której dawne problemy stają się mniej istotne. Gorączka kibicowania sprawiła, że wydaliśmy – i nadal wydajemy – miliardy na organizację Euro2012.

Przykłady te można mnożyć w nieskończoność, wystarczy otworzyć pierwszą z brzegu gazetę. Dużo prościej jest zatem wziąć książkę Dunin do ręki. Jej lektura pomaga uświadomić sobie jedną ważną rzecz – za to, co się dzieje, odpowiadamy my wszyscy. Swoją biernością.

Arnaldur Indridason, Zimny wiatr


Na każdą książkę Islandczyka czekam niecierpliwie. To była – wciąż jest – miłość od pierwszego tomu, od pierwszego rozdziału. Ciągły półmrok, nieustanne pytania o sens ludzkiej egzystencji i szukanie ukojenia w codziennych czynnościach sprawiły, że powieści Indridasona nie są po prostu kryminalnymi łamigłówkami.

Arnaldur Indriadson, Zimny wiatr

Arnaldur Indriadson, Zimny wiatr

Zimny wiatr nieco mnie jednak rozczarował. Piąty już kryminał z cyklu z Erlendurem Svienssonem w roli głównej nie przynosi zaskoczenia dla swoich miłośników. Albo może i przynosi – w tym, że nie jest taki świetny, jak mógłby być. Na pierwszy rzut oka mamy tu wszystko to, do czego się przyzwyczailiśmy i czego spodziewamy się sięgając po książkę sygnowaną nazwiskiem Idridasona. Morderstwo zdarza się na pierwszych stronach, śledztwo jest żmudne, kręte i skomplikowane, a rozwiązanie tajemnicy zamordowania tajskiego chłopca nikomu nie przyniesie większej ulgi. Jest też trochę życia osobistego komisarza: rozmowa z synem, wciąż istniejący niby romans, zmagania policjanta z własną przeszłością. W tej odsłonie nie ma córki, pojawia się za to pogłębiona relacja z dawną mentorką, zakończona jej śmiercią.

Idridason jak zwykle mieści się w skandynawskiej normie, która każe za pomocą kryminału pisać o sprawach społecznych. Mieliśmy już do czynienia z wojną, kolaboracją, mieszaniem genów, przemocą domową, rozliczeniem z komunizmem. Tym razem dostajemy kwestię imigrancką, próbę opisania problematyki naturalizacji z obu stron. Nie ma tu zbytniej publicystyki, raczej zwyczajna chęć zrozumienia. Służy to powieści, choć momentami staje się ona nieco nużąca, bo tempo zwalnia. Choć może wolne tempo ma podkreślać żmudność policyjnego dochodzenia, które przecież w rzeczywistości jest właśnie takie nudne, w niczym nie przypominające efektownych śledztw w rodzaju tych prowadzonych na szklanym ekranie przez różne CSI.

Zimny wiatr  to przede wszystkim książka o banalności zła. Podobnie jak debiutancka powieść W bagnie, mówi o tym, że zabijamy często przypadkowo, bezmyślnie, pod wpływem emocji. Z tego powodu ten kryminał warto znać.

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary


Kolejna porcja detektywistycznych przygód Klary Schulz w Breslau sprzed wieku była przeze mnie wyczekiwana, bo część pierwsza przypadła mi do gustu. Niestety, Zniknięcie Sary nie sprawiło, że czekam z jakimś szczególnym utęsknieniem na część kolejną.

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Zniknięcie Sary

Książkę reklamowano tak, że można było odnieść wrażenie, iż akcja w całości rozgrywa się w Danzig. Jak to często bywa, skrótowe zapowiedzi wydawcy mają się nijak do tego, co znajduje się pomiędzy okładkami. Sam zaś wyjazd zupełnie nie pasuje do tego, co robi nasza bohaterka przez większą część powieści. Robi oczywiście sporo zamieszania, do czego nas już przyzwyczaiła, dzieje się to jednak zupełnie inaczej niż to sobie wyobrażaliśmy.

Właśnie Klara jest dla mnie największym rozczarowaniem. Z wojowniczej feministki, próbującej za wszelką cenę udowodnić światu swoją wartość jako przenikliwy umysł detektywistyczny, nie pozostało nic. Mała i – nie bójmy się tego powiedzieć: nieco próżna – trzpiotka również niemalże zniknęła. Nie kupuje już sukien w słynnych domach handlowych, nie upija koniakiem w chwilach, kiedy jej jest źle. Szagdaj daje w powieści dość racjonalne wytłumaczenie tej zmiany, bo zawiązuje akcję w oparciu o próżność swojej bohaterki, ale jednak czegoś żal. Chyba tego, o czym myślimy często wszyscy – utraconej młodości.

Żal też niewykorzystania potencjału, jaki kryje w sobie przyjęta przez pisarkę stylizacja retro, czyli stworzenia dobrego opisu miejsc odwiedzanych i obserwowanych przez bohaterów powieści. Breslau w Zniknięciu Sary – podobnie zresztą jak Danzig – jest zaledwie zarysowane, jakby autorce wystarczył szkic, na którym rysuje ludzkie charaktery. Jej Sprawa pechowca nie była może pod tym względem idealna, ale jednak znacznie lepiej oddawała atmosferę miasta z początku XX wieku.

Fabuła jest skomplikowana, co się chwali. Znów mamy do czynienia z wieloma różnorodnymi wątkami w sprawie – psychiatria, numerologia, spirytyzm nawet. W tym wszystkim jednak dość łatwo się zorientować, a wyćwiczony w rozwiązywaniu literackich zagadek kryminalnych umysł nie będzie miał żadnego trudu w rozpoznaniu osoby mordercy na kilkadziesiąt stron przed finałem.

Na pewno Zniknięcie Sary jest dojrzalsze. Autorka dorosła nie tylko w kreowaniu postaci głównej bohaterki i sposobie prowadzenia fabuły, zmienił się także język, jakim pisze. Nie ma tu już naiwnych dzienników pensjonarki, mniej też zdań o dziwacznej konstrukcji. Czyta się po prostu lepiej.

Zniknięcie Sary to książka przeciętna, której nie ratują reprodukcje pocztówek z epoki. Ciekawy pomysł i w miarę poprawne wykonanie to nieco za mało, by uznać powieść za wybitną. Niemniej jednak mocne trzy plus w pięciopunktowej skali to i tak osiągnięcie, zwłaszcza jeśli porównać pisarstwo Szagdaj do wielu innych, zupełnie bezpłciowych powiastek  z nadmiernie chyba eksploatowanego gatunku, jakich w naszym kraju pojawia się corocznie kilkanaście. Zatem znać warto, zwłaszcza w gronie wielbicieli tego rodzaju zagadek kryminalnych.

Jak nie pisać o książkach


Od czasu do czasu pojawiają się takie wpisy, co uczą pisania. Efekt takiej nauki jest podobny do efektu, jaki otrzymuje większość ludzi po kursach pisania kreatywnego. Niby można to czytać, ale przypomina to raczej jedzenie czerstwego pieczywa. Zęby bolą, przyjemność żadna. Dlaczego? Bo posiadanie wiedzy w punktach nie ma się nijak do tego, o co chodzi w literaturze.

Jak wygląda typowa recenzja? Teoretycznie wszyscy wiedzą, wszak szkoła uczy. Uczy także wielu innych rzeczy, a skutki tejże nauki widać gołym okiem. Poza tym trzymanie się szkolnej definicji w punktach niesie ze sobą pewne zagrożenie. Podobnie jak z przepisem na ciasto drożdżowe. Pozornie proste w składnikach,  często nie wyrasta w ogóle na samym końcu. Dlatego też kilka punktów, których nie znajdziecie nigdzie indziej:

1. Streszczenie fabuły to nie recenzja. Niby oczywiste, a i tak większość tekstów jest o tym, kto z kim i dlaczego. Jak ktoś lubi czytać bryki zamiast oryginału, to w porządku, ale nie udawajmy, że piszemy o książce.

2. Kto to napisał? Notka o autorze w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, w internetowym opisie książki ma mniej więcej taki sens jak siadanie gołą pupą na rozgrzanej blasze. Można przecież zalinkować biogram autora z wydawnictwa, wikipedii czy facebookowego fan page’a. Sieć polega na linkowaniu od zawsze, ostatnio jakoś zupełnie zanika ta funkcja.

3.Ramy gatunku. Tutaj podobnie jak wyżej. Można poeksperymentować, nawet jeśli powieść jest jakąś tam kombinacją. O tym pisać można, ale po co, skoro inni zrobili to wcześniej, a niektórzy nawet i lepiej? Choć owszem, można dać do zrozumienia, że coś się wie, byleby rozsądnie.

4. Wrażenia czytelnicze. Recenzja książki jest opisem wrażeń, ale bez przesady. Podobało się lub nie, to jedna rzecz. Ale dlaczego się podobało, to już „insza inszość”. Argumentacja jest niezbędna, choćby po to, by ktoś mógł nas zrozumieć.

5. Banał i komunał. Z punktem poprzednim wiąże się ten. Co to znaczy, że książka „czyta się szybko”? Czemuż to „nie można przejść obok niej obojętnie”? Komunał jest zbrodnią, bo pisanie o literaturze – nawet jeśli to jest kolejna książka Olgi Rudnickiej – wymaga choć odrobiny znajomości języka. Nie chodzi tu tylko o ortograficzne koszmary, ale właśnie o wiedzę o tym, co wypada a co nie w używaniu pewnych słów i zwrotów. Jak czytam, że ktoś „wziął nogi za pas i dał radę przeczytać do końca książkę”, to sam biorę nogi za pas i uciekam od takich wspaniałych recenzji.

Jak więc pisać? Hm, ta notka nie jest właściwie o tym. Poważnie zaś – czytać, czytać, czytać. Choćby i to, co ukazuje się w prasie drukowanej. Mimo wszystko, tam pisze się jeszcze z jakimś doświadczeniem, a czasem nawet talentem. Poza tym – pisać, pisać, pisać. Tylko tak można zrzucić kierat, w który wtłoczyła nas szkoła, ucząc pisania recenzji.

Mirosław Tomaszewski, Marynarka


Kogo dziś obchodzi to, co się stało w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu? Kilkanaście ofiar właściwie nie brzmi jakoś dramatycznie, a odległość czasowa sprawia, że w gruncie rzeczy rację ma jedna z bohaterek, która mówi o tym, że oni wówczas też nie opłakiwali powstańców styczniowych. Tomaszewski napisał książkę, która próbuje pisać o historii jakby mimochodem, by niejako przy okazji nieco sensacyjnej fabuły przemycić informacje na których mu zależy. Pomysł  bardzo ciekawy, wykonanie jednak zaledwie poprawne.

Mirosław Tomaszewski, Marynarka

Mirosław Tomaszewski, Marynarka

Rozpoczyna się Marynarka jak powieść sensacyjna. Każdy z wprowadzanych bohaterów ma jakąś przeszłość do której nie chce wracać, więc spodziewamy się czegoś o szybkim tempie akcji, jakichś zwłok i odkrywania tajemnic sprzed lat. Morderstwo z pierwszych stron jedynie umacnia nas w tym przekonaniu. Niestety, na następne trupy przyjdzie długo poczekać, a tempo akcji zwolni w połowie książki do żółwiego tempa. Nawet późniejsze przyśpieszenie nie stanowi zbytniej rekompensaty za dłużyzny, przez które jesteśmy zmuszeni przebrnąć. Wielkie tajemnice są dość przewidywalne, a końcowy happy end nieco przesłodzony.

Tomaszewski próbuje pisać o historii tak, jak IPN przeprowadza cele edukacyjne – proponuje nam rekonstrukcję, zabawę w historię. Osobiście uważam, że to nie pomaga w nauce historii, ale różne są opinie specjalistów z zakresu dydaktyki tego przedmiotu. O ile zatem sam pomysł hotelu-aresztu jest jeszcze uprawniony, bo moda na odgrywanie PRL raczej narasta niż zanika, o tyle sceny z przeprowadzaniem eksperymentu Zimbardo i używaniem armatki wodnej są mocno naciągane. Choć rozumiem intencje autora, bo w tych krótkich scenach zawarte jest to, co w powieści najważniejsze, a mianowicie jej przesłanie. Przypadek często decyduje o tym, kto po której stronie staje – z równym prawdopodobieństwem możemy stać się ofiarą i katem. I obie te role są ciężkie do udźwignięcia, każdy z tych losów pozostaje tragiczny.

Tomaszewski dość udanie portretuje polską rzeczywistość XXI wieku. Korzysta ze znanych doskonale wzorców, ale udaje mu się uzyskać przekonujący efekt. Jak przedsiębiorca, to oczywiście dawny agent bezpieki, ale dziś głęboko wierzący i hojnie obdarowujący kościół. Jeśli zaś ma zięcia, to musi to być ktoś, kto chce go wykopać z firmy. Zbuntowany niemal czterdziestoletni punk nie może pracować w knajpach, bo nie jest w stanie zmusić się do puszczenia płyty Ich Troje. Młode dziennikarki zostają w redakcji dzięki udzielaniu swych wdzięków redaktorowi a nie sprawności pióra. Podobnie z resztą postaci, każda z nich znajoma i swojska. Niemniej jakoś to jednak u Tomaszewskiego nie nuży, chyba dlatego, że jednak takie figury możemy spotkać na ulicach naszych miast dużo częściej niż sami zdajemy sobie z tego sprawę.

Marynarka to ambitny pomysł, który chyba jednak troszkę przerósł autora, bo momentami może się wydawać, że chciał on powiedzieć zbyt wiele. Pisanie to także umiejętność selekcji, a w tym przypadku trudno się oprzeć wrażeniu, że nie zaszkodziłoby książce dokonanie skrótów. Jest to jednak powieść dość zgrabnie dająca sobie radę z trudnym tematem, który zdaje się nikogo nie obchodzić. Stąd też warto poświęcić trochę własnego czasu Tomaszewskiemu, bo dzięki tej lekturze można dowiedzieć się czegoś o samym sobie, a taką korzyść z czytania współczesnej literatury coraz trudniej osiągnąć.

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością


Pawła Pollaka lubię bardzo. To znaczy – jego książki, choć i blog pisze bardzo ciekawy. Właśnie wychodzi nowa, więc warto poznać także te starsze. Jak choćby Między prawem a sprawiedliwością. Dość niepozorny zbiór czterech opowiadań kryminalnych wygląda może banalnie, ale na pewno taki nie jest. Pisarz próbuje powiedzieć w nich coś więcej niż zwykła odpowiedź na pytanie: kto zabił?

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością

Paweł Pollak, Między prawem a sprawiedliwością

Jak pisałem nie tak dawno temu, nie przepadam za tymi utworami polskich autorów, które dzieją się poza naszym krajem. Owszem, zdarzają się chlubne wyjątki, ale przeważnie efektami takiego zabiegu okazują się nudne, rojące się od błędów i polskich kompleksów wynurzenia o tym, jak gdzieś indziej jest fajnie lub strasznie. Opowiadania Pollaka rozgrywają się w Nowym Jorku, ale ma to właściwie drugorzędne znaczenie w odniesieniu do realiów opisywanych wydarzeń. Kto lubi i zna amerykańskie zbrodnie w popkulturze, bez trudu dostrzeże źródło pisarskiej inspiracji, które zostaje ujawnione w opowiadaniu ostatnim, zatytułowanym Złodziej trumien. Wskazanie na serial kryminalny Law & Order jest ważne z punktu widzenia rozwiązań fabularnych, bo u Pollaka policyjne śledztwo i ujęcie sprawcy to zaledwie połowa drogi do wymierzenia sprawiedliwości. Równie ważne jest przecież skazanie przestępcy. Dlatego wszystkie te opowiadania mają fabułę skonstruowaną na modłę serialu – najpierw śledztwo, potem proces.

Łatwo zrozumieć powody sięgnięcia po takie rozwiązanie, gdy przyjrzymy się sprawom, jakie Pollak opisuje. Bohaterką pierwszej jest młoda kobieta, która zabija swojego kochanka po tym, jak dowiaduje się, że została przez niego zarażona wirusem HIV. W jej przypadku pojawia się kwestia wymierzania sprawiedliwości własnymi rękami. W drugiej ze spraw mamy do czynienia z zabójstwem jednej osoby dla ratowania pozostałych pięciu. W opowiadaniu Dawca możemy śledzić kwestie związane z eutanazją i nielegalnymi przeszczepami, a we wspomnianym wyżej Złodzieju trumien spotkamy historię kazirodczych związków.

Przywoływane przez Pollaka historie to nie tylko zajmujące kryminalnie opowiadania. Są przede wszystkim rozprawą na temat funkcjonowania prawa i jego związku ze sprawiedliwością. Dzięki temu ta niewielka rozmiarami książeczka jest czymś więcej niż rozrywkową lekturą na wieczór czy urlop. Można się pewnie spierać z autorem w poglądach, czyni to jednak lekturę bardziej zajmującą i zapadającą w pamięć. Czego nie można przecież powiedzieć o znakomitej większości kryminalnych powieści. Warto więc odszukać wydaną przed kilkomalaty książkę, by przekonać się o tym, że można pisać dużo ciekawiej na polu literatury popularnej. Wszak nie samą rozrywką człowiek żyje.

Anna Politkowska, Udręczona Rosja. Dziennik buntu


Na początku tego tygodnia skazano dwie osoby za zabójstwo Anny Politkowskiej, znanej rosyjskiej dziennikarki zastrzelonej w windzie swojego bloku w październiku 2006 roku. Dobry to moment na to, by przypomnieć o czym pisała, bo nie ulega wątpliwości, że podejmowane przez nią tematy były tak niewygodne dla tak wielu, że sprowadziły na nią śmierć.

Anna Politkowska, Udręczona Rosja. Dziennik buntu

Anna Politkowska, Udręczona Rosja. Dziennik buntu

Udręczona Rosja. Dziennik buntu to dziennik pisany od grudnia 2003 do końca sierpnia 2005 roku. Ważne to daty, bo w tym okresie rozpoczęła się nowa Rosja – kraj Władimira Putina. Przeprowadzone w 2003 wybory do Dumy sprawiły, że opozycja właściwie przestała się liczyć. Putin umacniał swą władzę, eliminując po kolei oligarchów, na czele z Chodorkowskim. To także wówczas nastąpił terrorystyczny atak na szkołę w Biesłanie, gdzie zginęło ponad 300 osób, głównie dzieci, zgromadzonych 1 września na uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego. O tym wszystkim pisze Politkowska, niejako obok swoich artykułów. A także o wielu innych sprawach.

Politkowską czytać dziś należy z kilku powodów. Po pierwsze – lepiej zrozumiemy to, co dzieje się dziś w Rosji. Mimo, iż zajmowała się wojną – a dokładnie dwiema – w Czeczenii, podobną taktykę możemy zobaczyć dziś na Ukrainie. Nadal pojawiają się dziwne oddziały, nadal Rosja próbuje na nowo odbudować terytorium utracone po rozpadzie ZSRR. Putin jest już nowym carem, opozycja polityczna nie istnieje lub nie ma realnej siły. Społeczeństwo zaś zobojętniało na wszystko.

Drugim z powodów może być poznanie dziennikarstwa, które jest obiektywne i zaangażowane jednocześnie. Obiektywne w tym sensie, że pokazuje racje dwóch stron, zaangażowane zaś dlatego, że dziennikarce najczęściej blisko do problemów zwykłych ludzi. Mnóstwo u niej relacji o kłopotach emerytów, skazanych często na powolne umieranie przez państwo, którego potęgę budowali całe życie. Pełno przykładów na to, jak w Rosji traktuje się rekrutów, często doprowadzając ich do śmierci nie tylko na polu bitwy. Sporo też i o tym, że władza zupełnie odsunęła się od ludzi, którym ma służyć, a zajmuje się jedynie złodziejstwem, czując się bezkarnie tylko dlatego, że bezgranicznie popiera Putina. Takiego dziennikarstwa w Polsce dziś nie ma, bo tak zwani dziennikarze niepokorni są zależni od partii opozycyjnych, wypełniają jedynie funkcje propagandowe. Politkowska pisze krytycznie nie tylko o Putinie i jego dworze, ale nie szczędzi także słów krytyki demokratycznej opozycji, która coraz bardziej traci na znaczeniu także przez swą własną indolencję. Jest po prostu dziennikarką uczuloną na to, co dzieje się tu i teraz, na zgłębienie istoty problemu i dotarcie do prawdy.

Po trzecie wreszcie warto poświęcać czas na lekturę zamordowanej dziennikarki dlatego, by zobaczyć na własne oczy, że demokracja i wolność, o której tak wiele ostatnio mogliśmy usłyszeć przy okazji 4 czerwca, nie jest czymś danym raz na zawsze. Trzeba o nią walczyć, trzeba mieć siłę do tego, by bronić swoich przekonań, swojego człowieczeństwa. W przeciwnym razie ludzie dzierżący władzę nie zawahają się przed rozszerzaniem swoich uprawnień kosztem społeczeństwa. Jeśli zatem komuś wydaje się, że w Polsce nie jest tak źle – póki co dziennikarze nie giną, a bojówki partii rządzącej nie rozbijają lokali przeciwników politycznych – to musi pamiętać także i o tym, że nie jest to stan dany na zawsze.

Lektura Udręczonej Rosji Politkowskiej jest trudna, bo opisuje rzeczy, którym daleko od rzeczywistości pokazywanej w telewizyjnych wiadomościach. Jej lektura boli, co jest dowodem na to, że książkę tę – a także i inne – przeczytać trzeba koniecznie. Wszystko co dobre, rodzi się wszak w bólach.