O Marku Nowakowskim słów kilka

Nie będzie dziś żadnej konkretnej książki, bo kolejna śmierć wśród wielkich pisarzy sprawiła, że poczułem jakąś ogromną pustkę. Po Marquezie i Różewiczu odszedł Marek Nowakowski. O dwóch pierwszych słyszał pewnie każdy, Nowakowski aż tak znany nie jest, zwłaszcza wśród młodszych. Niesłusznie. Bardzo niesłusznie nawet.

Moim skromnym zdaniem, nikt w polskiej prozie nawet się nie zbliżył do jego poziomu. Choć to może nie ścisłe, więc śpieszę wyjaśnić: w kategorii krótkiej formy, z grona ludzi piszących i mieszkających całe życie w PRL, nie miał sobie równych (z oczywistych względów rezygnuję tutaj np. z Mrożka). Kiedy debiutował w czasach tuż po przeminięciu „odwilży” i „polskiego października”, został zaliczony do grona tzw. „hłaskoidów”. Pochodzenie terminu pewnie oczywiste, wymowa już chyba mniej. A była ona pejoratywna, bo ktoś, kto w wieku dwudziestu dwóch lat zaledwie pisze tom opowiadań o praskich złodziejach i ich życiu, nie mógł cieszyć się zbyt dużym uznaniem. Wszak w Polsce Ludowej wszystko było naprawdę wspaniale, patologie i półświatki oficjalnie nie istniały. A tu naraz złodzieje, prostytutki, alkoholicy, bezrobotni nie kwapiący się do pracy, drobni handlarze i „królowie nocy”. Jednak nawet najzagorzalsi krytycy nie odmawiali mu doskonałego wyczucia języka, świetnego sposobu prowadzenia narracji, talentu po prostu.

W gronie szkolnych lektur nieobecny z przyczyn chyba dość oczywistych, później nieobecny raczej z wyboru. Trzyma się na uboczu, pozostając jednocześnie na tyle blisko rzeczywistości, by być w stanie ją opisywać. Zawsze nastawiony krytycznie do PRL, w czasie stanu wojennego pisze dziennik, który potem publikuje pod tytułem „Raport o stanie wojennym”. I tu także pisze wspaniale, krytycznie wobec władzy, ale z właściwym sobie poczuciem dystansu i ironii.

Co ciekawe, okres transformacji ustrojowej przyjmuje Nowakowski równie źle, jak siermiężną epokę towarzysza Wiesława. Dostrzega w nowym i dzikim polskim kapitalizmie równie silnie obecne zło, które piętnował przez lata pisania w PRL. Upadek wszelkich wartości, odejście świata pewnych stałych reguł, przyjmuje z wielkim bólem, choć maskowanym często szyderczą drwiną. Wychowany w czasach, gdy nawet złodzieje i włamywacze kierowali się własnym kodeksem honorowym, patrzył na nową Polskę ze zgrozą, widząc zanik jakichkolwiek wyższych uczuć, poświęconych dla pogoni za pieniądzem.

Nowakowski to także wielki miłośnik i piewca stolicy. W jego opowiadaniach, książkach, felietonach nawet mnóstwo odwołań do historii Warszawy. Historii małych, pojedynczych, ale także i losów ludzi znanych, jak choćby „Powidoki”, czyli wspomnienia z życia w dziesiątków lat w stolicy czy „Nekropolis”, traktującej o postaciach życia literackiego Warszawy międzywojennej.

Dziś i Jego już nie ma. Na szczęście pozostały książki. Dzięki nim, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, nadal możemy usłyszeć ludzkie historie, które pozostaną z nami na długo. Nawet jeśli ani ludzi ani miejsc tych już nie ma. A może właśnie dlatego?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s