Miesiąc: Maj 2014

Jens Lapidus, Szybki cash


Jak sięgamy po książkę z półki z kryminałami, a jej akcja dzieje się w Sztokholmie, jesteśmy przygotowani na 500 stron opisów psychologicznych rozterek postaci, odrobiny krytyki społecznej i sporej ilości mniej lub bardziej krwawych zwłok. Szybki cash już po kilkunastu stronach przekonuje, że mamy do czynienia z czymś zupełnie odmiennym od tego, do czego zdołali nas przyzwyczaić Mankell i Lackberg. Co wcale nie oznacza, że to zła książka.

Jens Lapidus, Szybki cash

Jens Lapidus, Szybki cash

Dla mnie osobiście powieść Lapidusa to przede wszystkim oddany tryumf globalnej wioski. Jej akcja mogłaby rozgrywać się w każdym większym mieście naszego globu. Wojny gangów, handel kokainą, imigranckie getta biedy to tematy, które pojawiają się zarówno w amerykańskich filmach gangsterskich jak i opowieściach o rosyjskiej czy japońskiej mafii. Szybkie pieniądze, brak możliwości kariery dla dzieci z rodzin imigranckich, wreszcie presja środowiska – wszystko to znamy nawet i z niektórych polskich powieści kryminalnych.

Lapidus pisze tak, jak spodziewają się tego jego odbiorcy, zachęceni słowem thriller na okładce. Zdania są krótkie, dosadne, wiele z nich zapożyczeń z angielszczyzny. W ogóle często miałem wrażenie, że czytam jakąś amerykańską powieść. Albo nawet oglądam amerykański film sensacyjny, bo wszystko jest dokładnie takie, jak w historiach opisanych w filmach typu „Gangster”. Nie twierdzę w tej chwili, że książka zła. Wręcz przeciwnie nawet – zamiast sennej prowincji czy spokojnych przedmieść, do jakich zostaliśmy przyzwyczajeni – dostajemy opis brutalnej rzeczywistości, w której toczy się nieustanna walka na śmierć i życie.

Intryga frapująca, język dobry, ciekawie ujęty temat, szybkie tempo. Dla wszystkich, którzy lubią te elementy literatury akcji, pozycja konieczna. Pozostałym też rekomenduję, bo warto zobaczyć inną twarz szwedzkiego kryminału.

Reklamy

Lena Oskarsson, Czarne tango


Jakoś tak się dzieje, że – głównie za sprawą kilku powieści skandynawskiej literatury kryminalnej – bardzo wielu ludzi wierzy, że może odnieść podobny sukces, niczym największe sławy gatunku. Podobnie myślą wydawcy, więc książka kogoś z nordycko brzmiącym nazwiskiem wydaje się być świetnym interesem. Na tym wszystkim tracą zaś czytelnicy, dostający regularnie do rąk koszmary, które nigdy nie powinny przejść redakcyjnego sita w żadnym szanującym się wydawnictwie. Niestety, jak zauważył kiedyś Ian Rankin, fenomen skandynawskich kryminałów opiera się głównie na świetnym PR. Gorzej z samą literaturą, czego najlepszym przykładem jest Czarne tango Leny Oskarsson.

Lena Oskarsson, Czarne tango

Lena Oskarsson, Czarne tango

Książka przypomina bardzo mocno o tym, że do pisania powieści kryminalnych nie wystarczy mieć dobry pomysł. Potrzeba jeszcze posiadać rzemiosło, które pozwoli na to, by autorski zamysł się jakoś bronił, by czytelnika wciągnął. Nic z warsztatu pisarskiego tutaj nie ma, przy Oskarsson książki Camilli Lackberg jawią się jak arcydzieła kunsztu rzemieślniczego. Z dobrego pomysłu – intryga naprawdę ma duży potencjał – wyszedł wielowątkowy potwór, w którym na koniec wszystko zostało wytłumaczone czytelnikom raz jeszcze, jakby sama autorka chciała się przekonać, że nie pominęła żadnego wątku. A łatwo się zgubić, bo jest ich momentami tyle, że w gruncie rzeczy nie sposób dziwić się autorce, która straciła rozeznanie w tym, co napisała.

Do rzemiosła zalicza się też język i umiejętność odpowiedniego nim posługiwania. Nie czytałem oryginału, więc nie wiem, czy to nie przypadkiem „zasługa” tłumacza, ale raczej wątpię. Styl całej książki jest tak topornie drętwy, że chyba jednak należy do wyznaczników autorki. Jej „złote myśli”, mimochodem wtrącane niby-bonmoty, powodują jedynie ból zębów. Nie warto nawet zastanawiać się nad tym, dlaczego. Bo jak rozumieć stwierdzenia typu: „internet to jelito grube bez ujścia”?

Autorka wpisuje – czy też próbuje to czynić – w nurt pisarek, które starają się łączyć powieść obyczajową z kryminalną, jak choćby wspomniana wcześniej Lackberg. Problem w tym, że zupełnie jej to nie wychodzi i na pewno jest znakomitym przykładem osoby, której książki spokojnie można ominąć. Szerokim łukiem najlepiej. To powieść tego rodzaju, przy której nie mam wątpliwości, że „Czarna seria” powinna się raczej nazywać „Czarny koszmar”. Zdecydowany numer jeden wśród gniotów tego miesiąca.

Aleksandra Marinina, Cudza maska


Muszę się przyznać szczerze – kocham Aleksandrę Marininę. Ściślej rzecz biorąc – jej powieści. Wielka szkoda, że coraz rzadziej się w naszym kraju się ukazuje, co napawa mnie lękiem, że zanim wszystkie jej książki będą dostępne po polsku, mogę być emerytem. Chyba że nauczę się rosyjskiego, będzie szybciej trochę.

Aleksandra Marinina, Cudza maska

Aleksandra Marinina, Cudza maska

Powód mojej słabości do autorki Cudzej maski jest w sumie mało skomplikowany. Świat w jej powieściach, czyli Rosja lat 90. ubiegłego wieku nie jest różowy. Pisarka nie ucieka od realiów, ona je bezlitośnie obnaża. Podobnie czyni to w najnowszej jak dotąd powieści na polskim rynku.

Cudzej masce zagadka jest świetna, ale jednak w pewnym momencie do odgadnięcia na sporo przed końcem. Tę słabość mamy jednak wynagrodzoną w dwójnasób. Po pierwsze, znów staniemy oko w oko z kryzysem, dotykającym rosyjskich obywateli. Po drugie zaś dostaniemy wykład na temat tego, jak działa rynek wydawniczy.

Kryzys gospodarczy to jedna sprawa. Milicjanci ledwo wiążą koniec z końcem, istnieje tylko jeden powód, dla którego pozostają na służbie – poczucie ważności swojego zawodu. W powieści wielokrotnie możemy natknąć się na przykłady tego, jak zła to sytuacja. Źle wynagradzanych i przepracowanych funkcjonariuszy łatwo przekupić czy wywieść w pole. Nowych ludzi nie będzie, bo niewielu chce pracować za symboliczne pieniądze. Ci zaś, którzy mimo wszystko przyjdą, będą źle przeszkoleni i zwyczajnie głupsi. Jak zatem mają sobie poradzić z coraz bardziej wyrafinowanymi przestępcami? Przyszłość rysuje się kiepsko.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Marinina w swej powieści opisała świat wydawców znany jej z autopsji. Z dużą przenikliwością przedstawia zmowy tychże wydawców, złą dystrybucję, sposoby promowania książek. Nie pozostawia wątpliwości co do tego, że ten biznes jest równie zły, jak wielomilionowe przekręty w innych dziedzinach gospodarki. Trudno też nie mieć w pamięci znanych faktów z naszego własnego podwórka…

Cudza maska, podobnie jak i inne powieści pisarki,  w mojej opinii powinny być czytane bardzo uważnie, zwłaszcza przez wszystkich chcących pisać powieści kryminalne. Być może doczekalibyśmy więcej powieści, w których istnieje realny świat, zamiast wciąż zachwycać się obrazkami w sepii.

Paweł Jaszczuk, Akuszer śmierci


Kryminał retro opanował polską scenę kryminalną na dobre. Niby coraz mniej się tego ukazuje, ale jednak nadal są to rzeczy bardzo popularne. Nie do końca zrozumiały to fenomen, chyba jednak wynikający z tego, że tak mamy dość tej dziwnej codzienności za oknem, że z lubością zanurzamy się w światy, w których wszystko było prostsze, lepsze, spokojniejsze. Sięgamy przy tym najchętniej po sprawdzone wzorce, najlepiej te ukazujące się w cyklach. I wybieramy na przykład Pawła Jaszczuka i jego książki o Jakubie Sternie, lwowskim dziennikarzu, któremu towarzyszy piękna i mądra Wilga de Brie. Ja dałem się namówić już po raz czwarty.

Paweł Jaszczuk, Akuszer śmierci

Paweł Jaszczuk, Akuszer śmierci

Z czysto kryminalnego punktu widzenia Akuszer śmierci to książka zaledwie przeciętna. Na długo przed końcem powieści nie tylko odgadujemy kto zabił, ale rozwiązujemy wątki poboczne. Nic właściwie tu nie ma zaskakującego, nawet drastyczny temat „fabrykantek aniołków” (znane miłośnikom kryminałów zupełnie skądinąd) jakoś zupełnie nie przekonuje. Ani straszy ani budzi wielkie oburzenie.

Książka Jaszczuka jest jednak czymś więcej niż kryminałem. Jest powieścią, w której żyje przedwojenny Lwów. Tak, zdaję sobie sprawę, że wszystkie „smaczki” pomieszczone na kartach książki są zapożyczone z ówczesnej prasy. Autorowi udało się jednak – w przeciwieństwie do wielu innych – uciec od nachalnej sztampy przytaczania prasowych cytatów kiepsko wplecionych w fabułę, nie pozostawił też dziur w innych miejscach. Jego Lwów naprawdę żyje: jednego dnia strajkują robotnicy, drugiego endecy biją się z ludowcami, a trzeciego Polacy próbują zlinczować protestujących Ukraińców. Kiedy zaś wspólnie z bohaterem czytamy o eugenice lub wybieramy się na mecz „Pogoni” Lwów, to nie czujemy w tym niczego sztucznego – wszystko dzieje się tak, jak powinno, wolno-szybkim tempem nie tyle śledztwa, co przedwojennego życia w dużym mieście, które zamieszkuje nieco ponad trzysta tysięcy ludzi.

Zawsze podkreślam, że kryminał retro to dwie strony tego samego medalu – intrygi i klimatu epoki. W przypadku powieści Akuszer śmierci strona intrygi jest nieco wytarta i porysowana, ale wartość całości oświetla blask rewersu dotyczącego realiów epoki. Jaszczuk po raz kolejny udowodnił, że zna się na rzeczy i jego pisarstwo – pod tym choćby względem – należy docenić. Jeśli zatem ktoś jest w stanie wybaczyć niedostatki łamigłówki kryminalnej na rzecz zanurzenia się we wspaniały świat tuż przedwojennego Lwowa, niech szybko szuka tej właśnie powieści. Estetyczne doznania gwarantowane.

Tadeusz Kostecki, Śmierć przyszła w południe


Powieść milicyjna nie musi wcale być nudną propagandową ramotą, w której wszystko jest jasne od początku do końca. Udowadnia to Tadeusz Kostecki, którego Śmierć przyszła w południe jest naprawdę udaną próbą wyjścia ze sztywnego gorsetu schematyzmu.

Tadeusz Kostecki Śmierć przyszła w południe

Tadeusz Kostecki Śmierć przyszła w południe

Powieść właściwie jest powieścią milicyjną o tyle tylko, że śledztwo prowadzą milicjanci. Z samej Komendy Głównej, a jakże. Autor, dość przewrotnie dodajmy, daje im do rozwiązania zagadkę ściśle klasyczną. Śmierć w zamkniętym pokoju, ściśle określona grupa podejrzanych, z których każda ma niepodważalne alibi i śledztwo polegać może jedynie na bezustannych rozmowach z podejrzanymi. Oczywiście, rozmowy ujawniają, że wszyscy kłamią, ale wcale nie przybliża to rozwiązania tajemniczej śmierci słynnego profesora. Podejrzani pojawiają się i znikają niemal równie szybko, nowe hipotezy zostają obalane nowymi faktami, czytelnik na pewno nie będzie się nudził. Nie wspominając o ostatecznym wyjaśnieniu całej sprawy, bo to jest naprawdę dowód na to, że Kostecki opanował sztukę pisania kryminałów w stopniu najwyższym.

Niezwykłe są w tej powieści dialogi. Pisarz postanowił zapisywać ludzi tak, jak mówią i wychodzi z tego – zwłaszcza na początku – nieco męczący  dla czytelnika efekt. Po kilkudziesięciu stronach można jednak zauważyć, że nagle ten sposób rozmowy – zwłaszcza milicjantów między sobą – jest w gruncie rzeczy jedną z zalet powieści. Odejście od wygładzonej literatury na rzecz „powszedniości” dialogów dało w sumie całkiem przyzwoity rezultat, gdyż dzięki temu książka zwyczajnie nie nudzi. Istniejące żarty językowe, cięte riposty i dopowiedzenia przywodzą na myśl raczej czytanie sztuki teatralnej. Być może wzięło się to ze specyfiki pisania tej powieści – ukazywała się w odcinkach w jednej z gazet. Jak zaś wiadomo, takie odcinki zbyt nużące być nie mogły.

Śmierć przyszła w południe to jedna z lepszych realizacji powieści milicyjnej, jaką przyszło mi czytać od bardzo długiego czasu. Kto chce się przekonać, że o „nadludziach w niebieskich mundurach” można pisać bez propagandowego patosu, niech śmiało sięga po książkę Kosteckiego. To naprawdę udane połączenie milicji z klasyką może sprawić, że innym okiem popatrzymy na twórców kryminału epoki PRL-u.

Mickey Spillane, Ja jestem sądem


W gronie największych twórców czarnych kryminałów Mickey Spillane jest umieszczany na pozycji trzeciej, tuż za Chandlerem i Hammetem. Liczba sprzedanych powieści chyba zadecydowała o tym wysokim miejscu, choć przyznam szczerze, że nie rozumiem za bardzo tej wysokiej oceny.

Mickey Spillane  Ja jestem sądem

Mickey Spillane Ja jestem sądem

Czarny kryminał ceni się za jednoczesne występowanie trzech cech: wyrazistego detektywa-twardziela, tajemniczego i ponurego miasta przeżartego korupcją, wreszcie sporej dawki czarnego humoru. Ja jestem sądem, pierwsza część cyklu o Mike’u Hammerze zawiera tylko jedną z wyżej wymienionych cech. Detektyw jest „hard-boiled”, nie waha się sięgać po broń i samemu wymierzać sprawiedliwość, ale właściwie jest postacią mało skomplikowaną. Tak mało, że właściwie nie ma o kim pisać.

Miasto w tym wypadku nie gra zupełnie żadnej roli. Brak w powieści nie tylko opisów topograficznych, ale przede wszystkim nie uświadczymy mechanizmów władzy, które tak dobrze obnażali Chandler i Hammet. Gangsterzy zupełnie nie mają powiązań z miastem, a policja – mimo istnienia skorumpowanych funkcjonariuszy – jest tak naprawdę sprzymierzeńcem naszego bohatera. Niejednokrotnie zresztą wypowiada się bardzo pozytywnie na temat policji.

Humor w tej książce nie istnieje. Jedyne, co udaje mi się przywołać z pamięci to moment, w którym Hammer pozbywa się śledzącego go policjanta blokując go w drzwiach obrotowych. Nic więcej, żadne dialogi, żadne sceny.

Zagadka w sumie też jest banalna, można ją rozwiązać mniej więcej w dwóch trzecich powieści. Czytanie zresztą przypomina oglądanie podrzędnego filmu akcji – wszystko znamy, chcemy raczej się wyłączyć na jakieś dwie godziny. Jeśli więc ktoś chce się wyłączyć, Ja jestem sądem nadaje się idealnie. Kto zaś chce poczytać inteligentny kryminał, musi sięgnąć po coś innego.

O Marku Nowakowskim słów kilka


Nie będzie dziś żadnej konkretnej książki, bo kolejna śmierć wśród wielkich pisarzy sprawiła, że poczułem jakąś ogromną pustkę. Po Marquezie i Różewiczu odszedł Marek Nowakowski. O dwóch pierwszych słyszał pewnie każdy, Nowakowski aż tak znany nie jest, zwłaszcza wśród młodszych. Niesłusznie. Bardzo niesłusznie nawet.

Moim skromnym zdaniem, nikt w polskiej prozie nawet się nie zbliżył do jego poziomu. Choć to może nie ścisłe, więc śpieszę wyjaśnić: w kategorii krótkiej formy, z grona ludzi piszących i mieszkających całe życie w PRL, nie miał sobie równych (z oczywistych względów rezygnuję tutaj np. z Mrożka). Kiedy debiutował w czasach tuż po przeminięciu „odwilży” i „polskiego października”, został zaliczony do grona tzw. „hłaskoidów”. Pochodzenie terminu pewnie oczywiste, wymowa już chyba mniej. A była ona pejoratywna, bo ktoś, kto w wieku dwudziestu dwóch lat zaledwie pisze tom opowiadań o praskich złodziejach i ich życiu, nie mógł cieszyć się zbyt dużym uznaniem. Wszak w Polsce Ludowej wszystko było naprawdę wspaniale, patologie i półświatki oficjalnie nie istniały. A tu naraz złodzieje, prostytutki, alkoholicy, bezrobotni nie kwapiący się do pracy, drobni handlarze i „królowie nocy”. Jednak nawet najzagorzalsi krytycy nie odmawiali mu doskonałego wyczucia języka, świetnego sposobu prowadzenia narracji, talentu po prostu.

W gronie szkolnych lektur nieobecny z przyczyn chyba dość oczywistych, później nieobecny raczej z wyboru. Trzyma się na uboczu, pozostając jednocześnie na tyle blisko rzeczywistości, by być w stanie ją opisywać. Zawsze nastawiony krytycznie do PRL, w czasie stanu wojennego pisze dziennik, który potem publikuje pod tytułem „Raport o stanie wojennym”. I tu także pisze wspaniale, krytycznie wobec władzy, ale z właściwym sobie poczuciem dystansu i ironii.

Co ciekawe, okres transformacji ustrojowej przyjmuje Nowakowski równie źle, jak siermiężną epokę towarzysza Wiesława. Dostrzega w nowym i dzikim polskim kapitalizmie równie silnie obecne zło, które piętnował przez lata pisania w PRL. Upadek wszelkich wartości, odejście świata pewnych stałych reguł, przyjmuje z wielkim bólem, choć maskowanym często szyderczą drwiną. Wychowany w czasach, gdy nawet złodzieje i włamywacze kierowali się własnym kodeksem honorowym, patrzył na nową Polskę ze zgrozą, widząc zanik jakichkolwiek wyższych uczuć, poświęconych dla pogoni za pieniądzem.

Nowakowski to także wielki miłośnik i piewca stolicy. W jego opowiadaniach, książkach, felietonach nawet mnóstwo odwołań do historii Warszawy. Historii małych, pojedynczych, ale także i losów ludzi znanych, jak choćby „Powidoki”, czyli wspomnienia z życia w dziesiątków lat w stolicy czy „Nekropolis”, traktującej o postaciach życia literackiego Warszawy międzywojennej.

Dziś i Jego już nie ma. Na szczęście pozostały książki. Dzięki nim, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, nadal możemy usłyszeć ludzkie historie, które pozostaną z nami na długo. Nawet jeśli ani ludzi ani miejsc tych już nie ma. A może właśnie dlatego?