Książki najgorsze marca 2014

W blogerskim półświatku moda na podsumowania, więc i ja chcę być na czasie, nie pokazując, że tak naprawdę jestem starym dziadem, co to nie rozumie sieci. Choć pewnie wykonanie mnie zdradzi…

Najciekawsze było w tym miesiącu małe osiągnięcie – wyróżnienie w konkursie na recenzję organizowanym przez portal Zbrodnia w bibliotece. To miło, że komuś się chciało, że naprawdę przeczytał, a nawet docenił. Być może jednak nie jest tak źle z moją stukaniną w klawiaturę, choć podobno i małpie udałoby się napisać coś z sensem.

Nie zamierzam się chwalić, ale z 20 przeczytanych w tym miesiącu książek muszę wybrać te najgorsze, bo o najlepszych przeczytacie gdzie indziej. Przeczytałem zaś sporo kiepskiej literatury (ciężkie jest życie miłośnika kryminałów), babrząc się w śmieciach i ukrywanych skrzętnie przed światem umiejętnościami literackimi autorek i autorów. Zadanie niełatwe, ale spróbuję jakoś z niego wybrnąć.

O powieści „Szósty” już pisałem, ale nie od rzeczy będzie przestrzec raz jeszcze. Agnieszka Lingas-Łoniewska popełniła zbrodnię, próbując oryginalnie wymieszać trzy obecnie najpopularniejsze gatunki: kryminał, romans i paranormal. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania – ulokował się na samym dole listy powieści, które trzeba przeczytać przed śmiercią.

pobrane (2)„Poszukiwana” Małgorzaty Kochanowicz to z kolei retro dziejące się w Krakowie na początku wieku XX. Nie znajdziemy tam jednak atmosfery miasta, nie znajdziemy też frapującej zagadki. Nie ma nawet detektywa wartego uwagi. Ta książka dowodzi, że nie wystarczy poznać założenia konstrukcyjne, by być w stanie stworzyć coś wartego czasu spędzonego na lekturze. Proza Kochanowicz jest bardziej przewidywalna niż kolejne odcinki „Klanu”. Wszystko już było, jak stwierdzili mądrzejsi ode mnie już dawno, więc wypadałoby choć zrobić dobry remake. Niestety, po dwóch tygodniach ciężko mi stwierdzić, że „Poszukiwana” odmieniła jakoś moje życie. Chyba, że na gorsze.

pobrane (1)Miałem napisać coś więcej o niekwestionowanym hicie blogosfery, ale w sumie stwierdzam, że nie warto marnować waszego czasu. Wy nie marnujcie go sięgając po „Nomen omen”. To podobno fantastyka komediowa, ale dla mnie to raczej fantastyka dramatyczna. Wyszło od tego humoru, więc pomyślmy chwilę. Świat jest pełen ludzi spaczonych czytaniem Prachetta w szkolnych czasach, jak dowodzi tego twórczość Mileny Wójtowicz. Marta Kisiel niestety potwierdza tę regułę, co w sumie smuci, bo chciałbym doczekać wreszcie objawienia i w tej trudnej dziedzinie. Niestety, jeszcze mi przyjdzie poczekać. Humor w rodzaju „Człowiek człowiekowi panią z dziekanatu” lub podobno sytuacyjnie śmiesznej starszej pani z zapałem grającej w komputerowego RPGa przyprawia o ból zębów gorszy od tego, jaki można uzyskać przy gryzieniu sucharów z demobilu. Fabularnie jest trochę lepiej, coś tam interesującego można znaleźć w wielokrotnie opowiadanej historii o Parkach, ale wariacje na temat mitologicznych bóstw to za mało. Książce nie pomaga tak zwana tajemniczość, czyli wplecenie historii oblężenia Breslau. Owszem, kupy się trzyma, ale bardzo kurczowo. Nie mówiąc już o tym, że sięganie po tak banalny już i wyświechtany temat nie jest jakimś powodem do dumy. Ogólnie jest naprawdę nisko. Chyba, że czegoś nie zrozumiałem lub nie wyjąłem kwerendy („tajnej broni filologów”) wystarczająco szybko.

Reklamy

One comment

  1. W końcu ktoś, kto się nie zachwyca Nomen Omen. 😀 Do tej pory nie rozumiem jak to mogło stać się hitem. Ani humor ani styl mi nie przypadł do gustu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s