Miesiąc: Kwiecień 2014

Constantine Kurz, Frank Rieger, Pożeracze danych


 

Kiedy byłem dzieckiem, jednym z filmów, który robił ogromne wrażenie była Odyseja kosmiczna 2001 Stanleya Kubricka. Ten film opowiadał o wielu sprawach, ale jednym z najważniejszych tematów było przejęcie kontroli nad kosmicznym statkiem przez komputer. Powstało więcej książek i filmów o zagrożeniu ludzkości ze strony maszyn, ale starcie w pustce było chyba najbardziej wymowne. Minęły lata, mamy już rok 2013 i wiemy, że te proroctwa się nie spełniły, przynajmniej na razie. Powstało jednak inne zagrożenie, z którego wiele osób nie zdaje sobie sprawy. Sieć oplotła nas tak bardzo, że nawet nie widzimy powiązań. Są jednak ludzie, którzy odnajdują się w systemie elektronicznych powiązań doskonale i zarabiają na tym krocie. Jak to się odbywa i jak z tym walczyć możemy dowiedzieć się z książki Constanze Kurz i Franka Riegera zatytułowanej Pożeracze danych.

Po rewelacjach Edwarda Snowdena sprzedaż antyutopijnej książki Orwella Rok 1984 wzrosła bardzo mocno. Amerykanie masowo uwierzyli, że ich własny rząd stara się zrobić to samo, co niegdyś totalitarne reżimy. Być może to i prawda, ale prawdziwe zagrożenie tkwi raczej w czymś zupełnie innym. Oburzeni sytuacją obywatele przegapili jeden szczegół. W tej sprawie chodzi tak naprawdę o fakt często pomijany – rządowe agencje korzystają z danych udostępnianych przez korporacje. Prowadzi to do dziwnej konstatacji, że inwigilacja rządowa nas oburza, a w tym samym momencie oddajemy zupełnie dobrowolnie o wiele więcej informacji firmom, których nie możemy w żaden sposób kontrolować. Działamy, często zupełnie nieświadomie, wbrew swoim własnym interesom. Autorzy książki pokazują mechanizmy działania sieci i sposoby na to, jak zapewnić sobie większe bezpieczeństwo.

pobranePrzyzwyczailiśmy się tak mocno do tego komfortu, który nam oferuje sieć, że zapominamy, że pod powierzchnią mogą czaić się demony. Sprawdzamy pocztę lub połączenia kolejowe, kupujemy bilety czy sprzęt elektroniczny lub ubrania ciesząc się z tego, że możemy zaoszczędzić czasu i wysiłku. Nic nie przychodzi jednak za darmo. Dostawcy poczty elektronicznej, właściciele portali społecznościowych czy platform blogowych tylko pozornie dają swoim użytkownikom coś za nic. Walutą, w jakiej płacimy za ich usługi, są informacje. Z pozoru niegroźne podawanie swoich danych służy korporacjom do tego, by sprzedawać więcej i więcej. Jeśli choć raz kupiliśmy coś w jednym z dużych sklepów internetowych, już zawsze będziemy otrzymywać reklamy produktów tego samego rodzaju za każdym razem, gdy odwiedzimy ich stronę. Za każdym razem, gdy skorzystamy z najpopularniejszych wyszukiwarek, rezultat będzie taki sam – dopasowany do naszych potrzeb. Pozostaje postawić pytanie, na ile naprawdę będą to nasze potrzeby.

Oczywiście, rządy także nie zamierzają tracić swej kontroli nad obywatelami. Paszporty z danymi biometrycznymi na temat ich właścicieli są w powszechnym użyciu. Wszechobecne kamery na nikim nie robią wrażenia. Owa rządowa inwigilacja jest słabsza, niż w przypadku korporacji, ale i tutaj nie powinniśmy mieć złudzeń – rozwój techniki sprawił, że nasze życie jest coraz bardziej transparentne, a nawet przewidywalne. Twórcy książki tłumaczą, jak za pomocą różnorodnych technik – jak choćby śledzenie miejsc logowania się telefonu komórkowego – tajne służby i policja próbują stosować algorytmy, które będą wskazywały każde odchylenie od normy. Każdy z nas porusza się przecież w dość zrutynizowany sposób, najczęściej pomiędzy domem, pracą, ulubionym pubem czy restauracją. Jeśli nagle zmienimy swoje nawyki, może to być sygnałem dla stróżów prawa. Problemy z tego wynikające są dwa, oba równie poważne. Po pierwsze algorytmy są często źle napisane. Wszelkie dostępne programy służące do rozpoznawania twarzy czy śledzenia aktywności wykazują duży odsetek błędów, co właściwie powinno je wykluczać z użycia. Po drugie większość danych jest przechowywana na serwerach należących do prywatnych firm. Neoliberalne państwa, posługując się polityką cięć i redukcji zatrudnienia oddają nasze bezpieczeństwo komuś, nad kim nie możemy sprawować żadnej demokratycznej kontroli. Trudno bowiem kontrolować chmurę danych wiszących gdzieś w cyberprzestrzeni. Dane ma tylko ten, kto je tam umieścił.

Największą zaletą tej publikacji jest jej prostota. Parze autorów udało się napisać książkę dla każdego. Dzięki swej przystępności jest to lektura przyjemna, nawet jeśli momentami nieco przerażająca. Dla uzyskania jak najlepszego efektu Kurz i Rieger sięgają po opowieści, które mają ilustrować ich wykład. W pierwszej części przedstawiają historię pewnego start-upu. Pokazują w niej, jak krok po kroku robi się internetowy portal społecznościowy, który zarabia dzięki informacjom samych użytkowników. Im więcej piszą oni o sobie, tym portal staje się cenniejszy, bo wszelkie dane służą zainteresowaniu reklamodawców i ewentualnych wspólników. W końcu zaś i tak firma zostaje przejęta przez wielką korporację. Innym przykładem jest opisanie realnych zagrożeń wynikających z mało odpowiedzialnego korzystania z sieci, ze szczególnym naciskiem na portale społecznościowe. Meldowanie się w pewnych miejscach albo umieszczanie zdjęć z wydarzeń, w których się uczestniczy może być świetnym materiałem dla przestępców. Niby to oczywistości, a jednak miliony osób czynią tak każdego dnia. Sami sprowadzamy na siebie zagrożenie, robiąc to w imię chwilowej mody lub pragnienia zaimponowania znajomym.

Kurz i Rieger zabierają nas też w niedaleką przyszłość. Dziesięć lat to całe epoki w życiu sieci, więc zmieni się wiele. Wszechobecne elektroniczne macki oplotą nas jeszcze bardziej. Jeśli będziemy zbyt rzadko korzystać z siłowni, to jej program, połączony z bazami ubezpieczeń społecznych będzie wymagał od nas większych opłat, bo przecież nie prowadzimy zdrowego stylu życia. To, co na początku ułatwiało nam życie, stanie się smyczą, która będzie skracana coraz mocniej, a my tego nawet nie zauważymy.

Ponure wizje rodem z popularnych fantastyczno-naukowych dystopii, rozświetla jednak promyk nadziei, przedstawiony w rozdziale ostatnim. Z niego dowiemy się, jak w prosty sposób odpowiedzialnie korzystać z sieci. Być może to oczywistości, ale na co dzień często nie zastanawiamy się, po co komu nasza data urodzenia przy zakupach książki w internetowym sklepie. Stawiając na wygodę, korzystamy z jednego konta na Facebooku i przy jego pomocy komentujemy mnóstwo artykułów i informacji rozsianych po internecie. Wszędzie zostawiamy ślady, które z punktu widzenia właścicieli korporacji są bezcenne. By temu zapobiec wystarczy korzystać z fikcyjnego konta lub po prostu pomyśleć chwilę przed tym, nim kliknięciem oddamy część informacji o sobie. W realnym świecie zaś możemy zacząć działać na rzecz zmian prawnych, które pozwolą na większe bezpieczeństwo naszych danych w sieci. Jak głosi ostatni śródtytuł tego rozdziału, „przyszłość nie jest jeszcze przesądzona”. Tylko od nas zależy, czy roztaczane przez wielu autorów science-fiction ponure wizje totalnej kontroli spełnią się w całości czy jednak ludzie nauczą się korzystać z sieci świadomie. Lektura Pożeraczy danych może pomóc w uzyskaniu tej świadomości.

Tekst ukazał się w styczniowym numerze miesięcznika Le Monde diplomatique

 

Reklamy

Wojciech Chmielarz, Podpalacz


Polski kryminał ostatnio raczej retro stoi, mimo książek Czubaja, Hagena czy Miłoszewskiego. Podążanie za modą i próba zaspokojenia czytelniczych gustów mają pewnie podłoże biznesowe. Ciekawiej jest wtedy, gdy ktoś próbuje znaleźć jakąś swoją niszę.  Wojciech Chmielarz postanowił napisać powieść policyjną, co już jest świadectwem sporej odwagi, bo – nie bójmy się tego powiedzieć – temat jest zarówno mocno zużyty jak i pełen tragicznych książek, których nie warto nawet wspominać. Efekt tego zmagania naprawdę zaskakuje, w pozytywnym sensie tego słowa. Jest dobrze, bo mimo pewnych zastrzeżeń, Podpalacz  jest tym, czego oczekujemy, biorąc do ręki książkę z półki z kryminałami.

Wojciech Chmielarz, Podpalacz

Wojciech Chmielarz, Podpalacz

W Warszawie ktoś podpala domy. Pożary są coraz większe, w końcu pojawiają się ofiary śmiertelne. Komisarz Jakub Mortka musi jak najszybciej znaleźć sprawcę. Naciskają na niego szefowie, współpracownicy, a nawet jeden z gangsterskich bossów. Policjant ma do tego całą furę osobistych problemów, niektóre z nich zaczną się splatać z prowadzonym śledztwem. Nie będzie łatwo, ale taki już los policjanta – najpierw praca, potem praca, a na końcu dopiero życie osobiste.

Komisarz Jakub Mortka to figura znana z kart powieści policyjnych. Rozwodnik, jak każdy rasowy detektyw, bo praca okazuje się najważniejsza. Obrazy zwłok nie pozwalają mu spać, więc często sięga po alkohol, by po prostu przespać noc. Popełnia błędy, ale umie się przyznać do porażki. Zwykły facet, a jednocześnie twardy i nieustępliwy glina. I tak dalej i tak dalej, ciągnąć można to długo. Na szczęście dla nas, Chmielarz nie epatuje jednak tragediami życia osobistego Mortki za dużo, akurat tyle, byśmy go polubili.

O wiele ciekawsza jest intryga. Ewoluuje dość niespiesznie, by powoli, ale jednostajnie przyśpieszać, naprawdę zaskakując na samym końcu. Jest w tym, co przeżywamy razem z policjantami, spora dawka dobrej literatury, o którą tak ciężko wśród książek z tego gatunku. Chmielarzowi udaje się pisać bez zadęcia, bez wymuszania „twardości” bohaterów ilością rzucanych bluzgów, co w samo w sobie jest wielką wartością. Dowodzi, że pisarz nie idzie na łatwiznę i chce napisać dobrą książkę po prostu.

Wspomniałem o zastrzeżeniach pewnych – w gruncie rzeczy nie jest ich dużo, ale jednak da się pokazać kilka obszarów, w których mogłoby być lepiej. Postaci drugiego planu często pozostawiają pewien niedosyt, coś jakby dwuwymiarowość jedynie. Są postaciami z obrazów, przedstawicielami typów ludzkich,  nie ludźmi samymi. Być może w następnych książkach – pisarz zapowiedział cały cykl – będzie z tym elementem pisarskiego rzemiosła lepiej.

Podpalacz to kryminał, który ustanawia nową postać w panteonie najlepszych polskich detektywów. Jakub Mortka nie powinien mieć żadnych kompleksów, jest naprawdę dobrym gliną. Przyglądanie się jego pracy jest po prostu przyjemnością. W gruncie rzeczy szkoda, że tak szybko kończy się książka. Dobrze, że jest już część druga.

Dlaczego nie czytamy?


W tym tygodniu był Międzynarodowy Dzień Książki, więc trochę w temacie tego, dlaczego Polacy nie czytają. Szacowne grona winią internet, telewizję, program lektur szkolnych i wychowanie w domu. Mało kto mówi o czymś dość oczywistym – biedzie.

Czytam ostatnio w „Polityce” o autorkach, które pobijają rekordy sprzedaży. 350 tys. egzemplarzy w Polsce to sukces niebywały, pisarz w rodzaju Jerzego Pilcha podskakuje z radości w chwili, gdy osiągnie 100 tys. Normą jest kilka – kilkanaście tysięcy egzemplarzy. Raczej mniej niż więcej. A potem biorę w bibliotece skandynawski kryminał, na którym napisane jest, że sprzedał się w ilości 400 tys. egzemplarzy. Abstrahując od jakości tej literatury, uderza raczej coś innego. Szwecja liczy jedynie 9 mln mieszkańców. W Polsce jest ich wciąż jakieś 35.

Problem tkwi w zarobkach. Weźmy taki przykład – Wielką Brytanię, bo akurat znam z autopsji, także jeśli chodzi o rynek wydawniczy. Ostatnio – co roku nowelizowana – płaca minimalna ma osiągnąć 6.50 £ na godzinę. Średnia cena paperbacku (skoro po kosztach najmniejszych) oscyluje wokół 7 – 9 £. Jak łatwo policzyć, najmarniej opłacani są w stanie pokryć godziną pracy jakieś 3/4 ceny książki. W naszym pięknym kraju ludzie pracują za mniej niż 10 złotych na godzinę, a książki startują od 30 złotych. Łatwo policzyć, że zwyczajnie nie stać nas na kupowanie nowych książek. Jeśli jeszcze dodamy do tego wyższe – w stosunku do zarobków – koszty utrzymania, okaże się, że nie czytamy z biedy właśnie.

Ktoś powie, że przesadzam, że dramatyzuję nadmiernie? Być może, ale w ramach doświadczenia polecam poszukać jakieś „gorącej” nowości w bibliotece. I grzecznie poczekać w kolejce kilka miesięcy. Wbrew pozorom bowiem sporo ludzi chce czytać. Niestety, w związku z tym, że zarabiają tak mało, pracują tak dużo, by przeżyć, że nie mają już czasu na czytanie. A jak znajdą chwilę, korzystają z bibliotek właśnie, oszczędzając każdy grosz.

Taka właśnie, moim skromnym zdaniem, jest odpowiedź na pytanie zawarte w tytule.

Dennis Lehane, Wypijmy, nim zacznie się wojna


Czarny kryminał kojarzy się głównie z latami czterdziestymi. Dennis Lehane postanowił pisać w tym gatunku powieści dziejące się we współczesnych czasach. I robi to nadzwyczaj sprawnie, czego dowodem jest Wypijmy, nim zacznie się wojna.

Dennis Lehane, Wypijmy, nim zacznie się wojna

Dennis Lehane, Wypijmy, nim zacznie się wojna

Prywatny detektyw Patrick Kenzie bierze zlecenie od senatora. Ma odszukać pewne dokumenty, skradzione z biura przez sprzątaczkę. Kiedy razem ze wspólniczką – Angie Gennaro – rozpoczynają poszukiwania kobiety, nagle ich życiu coś zaczyna zagrażać. Szybko sobie uświadamiają, że sprawa nie będzie tak prosta, jak początkowo myśleli. Odnalezienie ukrywającej się kobiety rozpoczyna lawinę strzelanin, prób przekupstwa i zamachów na ich życie. W sprawę zamieszani są ludzie na szczytach władzy – tej legalnej, jak politycy i tej podziemnej, czyli gangsterzy. Trup ściele się gęsto, ale bohaterska para nie spocznie, dopóki nie wyjaśni, o co tak naprawdę toczy się gra.

Fabuła iście sensacyjna, ale to nie zarzut przecież. Wręcz przeciwnie, to naprawdę dobrze skonstruowana intryga, o której wspomnienie o „nagłych zwrotach akcji” zupełnie nie wystarczy. Akcja po prostu pędzi do przodu, a my jedynie staramy się za nią nadążyć.

Napisałem, że to czarny kryminał i zdanie podtrzymuję. Postać Patricka Kenziego jest właśnie odwołaniem do klasyki tego gatunku. W Wypijmy, nim zacznie się wojna narracja jest pierwszoosobowa, dzięki czemu możemy śledzić przemyślenia detektywa na wiele różnych spraw, nie tylko tych dotyczących śledztwa. Podobnie jak klasycy w rodzaju Marlowe, Kenzie postrzega świat w kategoriach odwiecznej walki nie tyle pomiędzy dobrem a złem, a raczej pomiędzy rządzącymi i rządzonymi. Dla niego walka o wpływy jest motorem ludzkiego działania. Podkreśla to wielokrotnie, odwołując się do opisywanych wydarzeń lub po prostu do rzeczywistości.

W czarnym kryminale miasto jest jednym z pełnoprawnych bohaterów powieści. Boston Patricka Kenziego to właściwie kilka miast – dzielnice bogatej wyższej sfery, osiedla białej klasy pracującej i getta zamieszkane przez czarnoskórych. Pomiędzy nimi trwa odwieczna wojna, niekoniecznie wynikająca z jakiś kwestii rasowych czy mafijnych. Po prostu każdy stara się utrzymać swój teren, nie dopuścić do zmian, bo zmiany mogą być tylko na gorsze. Ponury to obraz, ale o ile bardziej realistyczny, niż zadbane wnętrza policyjnych komend i mieszkań przestępców, jakie znamy z polskich seriali kryminalnych ostatnich lat.

Dennis Lehane w Wypijmy, nim zacznie się wojna pisze po prostu o tym, co widać za oknem. Całkiem przypadkiem ten obraz jest tak ponury, że można go opisać tylko w sposób właściwy czarnemu kryminałowi – bez upiększeń, z ironicznym humorem pozwalającym zachować resztki optymizmu, które mogą pozwolić przetrwać. Kto szuka odskoczni w literaturze, może się zawieść, ale jeśli ktoś lubi spojrzenie pełne realizmu, na pewno się nie zawiedzie.

Uri Orlev, Biegnij chłopcze, biegnij


 

Muszę się przyznać, że miałem spore obawy przed lekturą. Kolejna rzecz o Holocauście, kolejny raz w roli głównej dziecko. Po ogromnym sukcesie włoskiego „Życie jest piękne” nastąpiła jakaś fala filmowych i literackich historii Zagłady zapamiętanej przez dzieci. I chyba z pewną szkodą dla tematu. Jednostkowa narracja wybijała się z tłumu, zmuszała do myślenia, wytrącała z równowagi, waliła w łeb. W powodzi tych samych tragedii, nieważne jak strasznych i przerażających, stają się te historie takie same, wyblakłe, nijakie wręcz. Zamiast grozy mamy do czynienia z powszedniością, jak było w wypadku „Dziewczynki w zielonym sweterku” czy „Chłopca w pasiastej piżamie”. A jednak książka Orleva zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie.

Uri Orlev, Biegnij chłopcze, biegnij

Uri Orlev, Biegnij chłopcze, biegnij

Historia ta to opowieść jakich wiele. Warszawskie getto, ucieczka ojca, zniknięcie matki, samotna tułaczka po gettcie i udana z niego ucieczka. Następnie kilka lat tułaczki po okolicznych – kampinoskich, jak wynika to z końca książki – lasach. A w nich spotykani dobrzy i źli ludzie – Żydzi, Polacy, Niemcy. W końcu wyzwolenie i walka z samym sobą o własną tożsamość. Niby niewiele, zwłaszcza rozpisane na 235 stron druku dużą czcionką, a jednak jest w tej niewielkiej książeczce coś, co nie pozwala nam o niej szybko zapomnieć. I nie chodzi tutaj nawet o okropieństwa wojny.

Orlev zrobił rzecz dość prostą i w gruncie rzeczy oczywistą – jego bohater naprawdę JEST ośmioletnim chłopcem. Jako twórca literatury dziecięcej i młodzieżowej bez problemu zrozumiał opowieść Yorama Friedmana. Efekt jest znakomity, bo bohater książki żyje swoim życiem. Nie wie, co się tak naprawdę dzieje, nie rozumie świata, który go otacza. Nie chodzi nawet o zrozumienie sensu wojny czy masowej eksterminacji ludności żydowskiej. Chodzi o nieznajomość świata w ogóle. Dla niego lata wojny będą latami szybkiego dorastania, formowania się człowieka, określenia jego tożsamości. Nie bez przyczyny staje się tak, że jednym z najbardziej przejmujących scen w powieści jest wielokrotne zaprzeczanie swojej żydowskości. Mały chłopiec stał się nastolatkiem, ale przede wszystkim stał się kimś innym, by przeżyć. Tak długo zaprzeczał innym, że wreszcie zaprzeczył samemu sobie. Jeśli chcecie wiedzieć coś o tym, co wojna robi z ludźmi, to jeden z najlepiej opisanych przykładów. Zaprzeczanie samemu sobie ze strachu o własne życie nie dotyczy przecież tylko tamtej odległej sytuacji, nie ogranicza się tylko do ludzi innego wyznania. Dotyczy lub może dotyczyć każdego, o czym zbyt chętnie dzisiejsi twórcy książek czy filmów o wojnie zapominają, przedstawiając wojnę jako wielką przygodę, czas próby własnego honoru i odwagi. A przecież tuż obok odwagi czai się strach. I granica nie jest raz na zawsze ustalona.

Dobra to powieść, przypominająca nie tylko o Holocauście, ale przede wszystkim o byciu człowiekiem właśnie. Postaci z Biegnij chłopcze, biegnij mówią więcej o naturze ludzkiej niż niejedne studia psychologiczne. Nie ma w życiu czarno-białych rozwiązań, nie istnieją jedynie źli Niemcy i dobrzy Polacy. Są po prostu jednostki w czasie największej próby. Warto przyjrzeć się im oczyma małego chłopca, który po prostu chce przeżyć. Wszak obiecał to ojcu.

 

Joel Bakan, Dzieciństwo w oblężeniu


O czym myślimy najpierw, gdy pojawia się hasło zagrożenia dzieci ze strony wielkiego biznesu? Przychodzą nam na myśl gry komputerowe, śmieciowe jedzenie, jakieś programy telewizyjne, które nakręcają sprzedaż gadżetów związanych z bohaterami swoich filmów czy bajek. Joel Bakan pokazuje, że te kwestie – bardzo istotne, temu nie przeczy – są tylko jednymi z wielu zagrożeń, jakim podlegają dzieci ze strony korporacji.

Joel Bakan, Dzieciństwo w oblężeniu

Joel Bakan, Dzieciństwo w oblężeniu

Gry komputerowe wydają się być już dawno rozpoznane, zdania są wciąż podzielone. Kiedy jednak Bazan opisuje temat, nie skupia się na grach związanych z przemocą. O wiele bardziej interesują go gry, w których dzieci muszą kupować różne „usprawnienia” swoich postaci, by móc dalej być w grze. Robią to chętnie, bo chcą dalej grać. Nie tylko są uzależnione, w dodatku płacą za to. Czyż można mieć lepszy pomysł na biznes?

Najbardziej wstrząsające są w książce Bakana rozdziały poświęcone przemysłowi farmaceutycznemu. Autor pokazuje, jak całym procesem powstawania i istnienia psychiatrii dziecięcej sterowały korporacje. Nie czyniły tego z dobrej woli rozwoju tej dziedziny medycyny, ale ze zwykłej chęci zysku. Powstały zatem nowe jednostki chorobowe, tylko po to, by być w stanie spełniać jedną rolę – napędzać sprzedaż leków. Schizofrenia u dwulatka? Dlaczego nie, wszak im szybciej zacznie, tym większa szansa na to, by jak najdłużej związać go z określonym specyfikiem. A jeśli mali pacjenci umierają? Wina leży po ich stronie.

Zacząłem od pytania o to, co kojarzy się nam z zagrożeniem dzieci. A co wiąże się w naszych głowach z pojęciem „praca dzieci”? Czy oczyma swej wyobraźni widzimy biedne azjatyckie dzieci, pracujące w nieludzkich warunkach? Skojarzenie słuszne, ale nie do końca. Bakan pisze wprost o tym, że w USA i Kanadzie legalne jest zatrudnianie 12 letnich dzieci. Tak, to nie błąd, pod tym względem Ameryka Północna nadal tkwi w XIX wieku. Pracują najczęściej na farmach, pracują ponad siły, porzucają szkołę i tracą tym samym nadzieję na lepszą przyszłość.

Co do nadziei, związanych z edukacją, Bakan też nie ma jej zbyt wiele. Oczywiście, ufa w potęgę wiedzy, ale zauważa, co zrobiono w USA. Urynkowienie edukacji sprawia, że coraz większa liczba dzieci nie ma możliwości uzyskania edukacji. Jeśli mieszkają w biednej okolicy, to szkoła również jest biedna. Koło się zamyka.

Podtytuł tej książki głosi: „Łatwy cel dla wielkiego biznesu”. Nie chodzi tu – moim zdaniem – nawet o to, że dzieci najłatwiej oszukać. Bardziej istotne jest to, że jednak w większości korporacje żerują na nas, rodzicach. Przecież to my mamy pieniądze, które wydajemy na dziecko. I to my chcemy dla niego jak najlepiej. Dlatego to nas się wykorzystuje, nas ogłupia. Co świetnie pokazuje ta książka.

Warto czytać Bakana choćby z tego jednego powodu, jako ostrzeżenie dla nas samych, tu nad Wisłą i Odrą. Zapatrzenie naszych rodaków w „wolność” obowiązującą w USA jest właściwie zaślepieniem. Kopiujemy rozwiązania, które nie działają, wmuszając w nasze dzieci coraz więcej leków i ucząc je mechanicznego rozwiązywania testów zamiast używania własnej głowy. Być może niebawem obniżymy wiek zatrudnienia. Choć oczywiście wolałbym się mylić.

Wiosenne porządki


Sobotni poranek w kwietniu, tydzień do Wielkanocy. Wypadałoby zająć się porządkami, zatem robię. Co chyba można zauważyć, bo to spore zmiany.

Przede wszystkim – Facebook. Podobno, jeśli czegoś nie ma w Google, to dana rzecz nie istnieje. Z Facebookiem jest nawet gorzej – możesz sobie istnieć, a i tak nikt Cię nie zauważy, bo nie promujesz się tam, gdzie wszyscy. Niezależnie od tego, co kto myśli, jeśli chce być czytany/czytana, musi poświęcić trochę czasu na zbudowanie bazy oddanych czytelników (nie fanów, na miłość boską, nie jestem celebrytą z Pudelka). Ma to też i tę zaletę, że się sprawdzi w krótkiej formie. Nie zawsze jest czas, by opisać wszystkie książki. A tu można napisać 3-4 zdania i gotowe. Tym samym częściej dać znać, że się istnieje, nawet jeśli to istnienie polega na przeżywaniu cudzych żyć na papierze.

Druga zmiana to Goodreads. Jestem tam od lat, uzupełniam profil zrywami, ale i tak warto. Głównie ze względu na to, że czasem zdarza mi się czytać książki, jakich nie ma w naszym pięknym kraju. No i pisać o nich można też krótko;) Co, oczywiście, będzie się działo.

Być może za czas jakiś kanałów pojawi się więcej, na razie jednak wystarczy. Wszak wiosenne porządki trzeba robić nie tylko wirtualnie.