Miesiąc: Marzec 2014

Craig Russell, Długi pocałunek z Glasgow


W powodzi skandynawskich powieści kryminalnych, rynek anglosaski jakby nieco osłabł. A niesłusznie, bo dzieją się tam rzeczy istotne. Istnieją ludzie, którzy piszą ciekawe książki, jak choćby dzisiejszy autor – Craig Russell. Jego książki zaczynają się pojawiać w ramach „Mrocznej serii” wydawnictwa WAB, więc jest nadzieja na całość cyklu.  Zwłaszcza, że Długi pocałunek z Glasgow to naprawdę dobra książka. Czarny kryminał rozgrywający się w szkockim mieście w połowie XX wieku – powinno brzmieć wystarczająco zachęcająco, czyż nie?

Craig Russell, Długi pocałunek z Glasgow

Craig Russell, Długi pocałunek z Glasgow

Wszystko zaczyna się w chwili, gdy prywatny detektyw Lennox zastaje zwłoki ojca dziewczyny, z którą spędził wieczór. Ojciec był bukmacherem, związanym interesami z półświatkiem. Zainteresowany prywatnie i zawodowo bohater zaczyna coraz bardziej drążyć temat śmierci „Bilona”, tym głębiej wnika w gąszcz interesów Trzech Króli – trójki gangsterów rządzących miastem. Okazuje się też, że jest jeszcze ktoś inny, znacznie potężniejszy niż wszyscy gangsterzy Glasgow razem wzięci. Jak rozwikłać tę skomplikowaną sytuację i pozostać przy życiu? Lennox ma głowę na karku, więc powinien dać radę.

Czarny kryminał to powieść o dość ściśle określonych zasadach. Russell trzyma się ich w sposób, który nie przynosi mu ujmy. Nie kombinuje, nie gra z tradycją, on ją po prostu odtwarza. Na tyle sprawnie, że czyta się to świetnie.

Lennox to twardziel, jak przystało na gościa, który ma być prywatnym detektywem, działającym na granicy prawa, wykonującym zlecenia dla gangsterów, ciągle gotowym do bójki. Jednocześnie jest miłośnikiem literatury, niejednokrotnie czyniącym literackie aluzje lub rzucającym cytaty. Jest także, jak przystało na ramy gatunku, mistrzem sarkazmu. Jednoosobowa narracja pełna jest osobliwego humoru. Posiada też coś jeszcze – przekonanie, że to udział w wojnie uczynił go właśnie takim twardzielem, zupełnie wbrew jego naturze. Nie tylko jego zresztą.

Glasgow jest tutaj pełnoprawnym bohaterem. Wraz z Lennoxem poznamy je dobrze. Pełne zjadliwej ironii komentarze dotyczące miasta i ludzi w nim mieszkającym nie powinny być jednak mylące – nie da się ukryć wielkiej atencji detektywa do miejsca, w którym zdecydował się spędzić życie. Mimo dymu fabryk, zimna i brudu, to miasto stało się jego i o tym przekonujemy się na każdej stronie.

Długi pocałunek z Glasgow daje dokładnie to, co obiecuje – czarny kryminał w szkockich realiach. Nic więcej, ale także nic mniej. Kto zatem tęskni za podobnym klimatem, powinien wyruszyć na poszukiwania książki Craiga Russella czym prędzej. Łup na pewno będzie wart tej wyprawy.

Reklamy

3 przyczyny nienawiści do poezji


Poezja gdzieś istnieje, ale nikt nie wie gdzie. Na pewno jest to miejsce niewielkie, coś w rodzaju getta. Poezja – i ludzie uprawiający poezję – powoli zyskują status, jaki udało się osiągnąć politykom. Ludzie prawie że spluwają na ich widok, a samej poezji właściwie nienawidzą. Dlaczego tak się dzieje?

1. Szkoła – jeśli chodzi o budzenie świadomości poetyckiej, nasza edukacja robi więcej złego niż dobrego. To jest po prostu koszmar, fundowany dzieciom i młodzieży w sposób zupełnie nieprzemyślany i całkowicie błędny. Poezja istnieje w podręcznikach jako zabytek historyczny z jednej strony, z drugiej jako wyznaczniki wiedzy teoretycznej o wierszu,  po trzecie wreszcie jako długi spis nazwisk, z których każde wykształconą osobę „zachwyca”. Wiadomo, że tak katowane umysły nie są w stanie niczego zrozumieć, poczuć cokolwiek poza dogłębną, wbudowaną na stałe nienawiścią do każdego tekstu, który choćby układem graficznym przypomina wiersz.

2.Szkoła – na drugim miejscu jest też szkoła. Powód jest banalny wręcz. Czytanie poezji wymaga pewnych kompetencji, wiadomości, oczytania jakiegoś. Tych rzeczy szkoły nasze nie zapewniają od lat. Nikogo nie interesuje stworzenie inteligentnej, samodzielnie myślącej młodzieży. Potrzebujemy jedynie wyrobników, przetwarzających w swych umysłach jedynie program telewizyjny. Jeśli największą popularność zdobywają tak zwane kabarety, w których szczytem finezji i poczucia humoru jest rzucenie „kurwy” na żywo w telewizji, to jak ktokolwiek ma dziś zrozumieć „Ziemię jałową” na przykład? Zresztą, czy istnieje w szkolnej świadomości jej twórca? Raczej nie zmieścił się w ramach, zbyt wyrósł poza podstawy. Nie tylko on przecież. W podstawach zmieścili się tylko najłatwiejsi, najgłośniejsi, najbardziej oswojeni interpretatorsko (przez nauczycieli i ministerstwo oczywiście). Poza tym nikt już nawet nie zadaje sakramentalnego pytania: „Co poeta miał na myśli?”. Dziś pyta się jedynie: „Czy poeta myślał?” i oczekuje odpowiedzi w najmodniejszym systemie binarnym. Albo jest impuls albo nie ma, na wątpliwości i dywagacje nikt nie ma czasu.

3. Szkoła – zaszczytne trzecie miejsce także przypada naszej wspaniałej szkole. Od najmłodszych lat dzieci wkładane są w kierat wyścigu. Mają być najlepsze, bez względu na cenę. Bieg ten odbywa się na ściśle wyznaczonych torach, głównie kojarzonych z naukami nie mającymi wiele wspólnego z poezją. Owszem, matematyka bywa poezją, a same wiersze mają wiele rygorów formalnych, ale w szkole się tej zależności nie zrozumie. Nasza szkoła swoim wychowankom wskazuje się jedynie potrzeby rynku i w te stronę kieruje młodych ludzi. Jak widać po ogłoszeniach o pracę, potrzeba nam wysoko wykwalifikowanej siły roboczej zasiadającej w call centrach wielkich firm. Nastrój w nich mało poetycki, na pamięć człowiek uczy się firmowego scenariusza rozmowy, w umyśle nie ma już miejsca na poetyckie strofy. Kiedy więc kwitną kasztany, nie mówi się wierszy dziewczynie. Czas poświęca się na finalizację kolejnego szczebla kariery, wszak edukacja to już praca.

PS. Bardziej naukowo na ten temat wypowiedzą się mądrzejsi ode mnie podczas naukowej części Mikrofestiwalu – już od jutra we Wrocławiu.

Georges Simenon, Maigret i trup bez głowy


W galerii wielkich literackich detektywów nie może zabraknąć komisarza Maigreta. Ten francuski policjant przez wiele lat był symbolem kolejnego kroku milowego w rozwoju powieści kryminalnej. Dziś ma to raczej dość lekki i w gruncie rzeczy niejednokrotnie trącący myszką wydźwięk, warto jednak potowarzyszyć od czasu do czasu komisarzowi w rozwiązywaniu kolejnych zagadek kryminalnych.

Georges Simenon, Maigret i trup bez głowy

Georges Simenon, Maigret i trup bez głowy

Barka płynąca jednym z kanałów utyka w miejscu. Kiedy jeden z jej właścicieli chce uwolnić śrubę, na powierzchnię wynurza się męska ręka. Policja kontynuuje poszukiwania dalszych części ciała zamordowanego. Po kilku godzinach mają już właściwie wszystko, z wyjątkiem głowy. I osoby winnej tej zbrodni, rzecz jasna. Komisarz Maigret ma jednak przeczucia co do dziwnego zachowania właścicielki jednej z okolicznych restauracji. Śledztwo będzie toczyło się szybko, choć kilka teorii zupełnie się nie sprawdzi. Niemniej jednak na pewno poznamy prawdę o tej makabrycznej zbrodni.

Jak wspomniałem, z dzisiejszej perspektywy pewne rzeczy w tej powieści zwyczajnie nie porywają. Wychowani na kolejnych odcinkach CSI widzowie nie zrozumieją pewnie, że ekipa techników nie znajduje żadnych śladów krwi w umytym wodą z chlorem mieszkaniu. Przez całe śledztwo nie dowiemy się wcale, gdzie została ukryta głowa denata. Musimy pamiętać jednak, że cykl o śledztwach komisarza Maigreta powstawał w latach 1929 – 1972 (ta konkretna zaś w 1955) i stan ówczesnej wiedzy był jednak zupełnie inny.

Kiedy jednak przymkniemy odrobinę oczy, świat zbrodni jaki wyszedł spod pióra Georgesa Simenona na pewno przypadnie nam do gustu. Docenimy nowatorstwo twórcy, który wyszedł od reguł klasycznego kryminału i dodał do niego bardziej pasującą w tamtych latach powieść policyjną. Komisarz jest genialnym detektywem, ale nie działa samotnie. Jest państwowym urzędnikiem, który korzysta z usług swoich bliskich i dalszych pracowników. Niejednokrotnie natkniemy się na opisy – mniej lub bardziej szczegółowe, mniej lub bardziej udane – policyjnych procedur. W powieści Trup bez głowy możemy na przykład odnaleźć bardzo zabawną rozmowę komisarza z młodym policjantem na temat tego, dlaczego policjanci zawsze chodzą parami. Teorii jest kilka, a całą rozmowę kończy pointa komisarza Maigreta, w której stwierdza on, że on potrzebuje towarzystwa po to, by się nie nudzić. 

Poza policyjnymi procedurami ważne jest też w książkach Simenona, widoczne także i w tej, porzucenie wartościowania ludzi. Maigret jest bardzo wyrozumiały dla ludzkich słabości, na przykład alkoholizmu, nie ocenia też w żaden sposób moralności przesłuchiwanych osób. Dzięki temu nie tylko wydaje się być bardziej sympatyczny w odbiorze czytelniczym, ale jest po prostu bardziej ludzki, mniej papierowy.

Kryminalna zagadka jest dość prosta, ale powieść ma pewien swoisty urok, który nie pozwala od niej się uwolnić. Kiedy czytamy o pracy policjantów, stawiających kieliszek wina lub kufel piwa przesłuchiwanym w kawiarni, w pewien sposób tęsknimy do czasów, w których raczej wymieniano zdania niż kule. Dżentelmen policjant w dzisiejszym świecie chyba nie przeżyłby zbyt długo, zatem tym większa radość z czytania o komisarzu Maigret.

Andrzej Bursa, Ja chciałbym być poetą


Ja chciałbym być poetą
bo dobrze jest poecie
bo u poety nowy sweter
zamszowe buty piesek seter
i dobrze żyć na świecie

ja chciałbym być poetą
bo byczo u poety
bo u poety cztery żony
a z każdą dawno rozwiedziony
a ja lubię kobiety

ja chciałbym być poetą
może mnie przecież przyjmą
bo dla poety Zakopane
nie trzeba wcześnie wstawać rano
a wstawać rano zimno

bo fajno jest poecie
nie musi w biurze ślipić
i fuk mu cała dyscyplina
tylko gitara i dziewczyna
i złote gwiazdy liczyć

i mylić się i liczyć
i liczyć wciąż od nowa
na ziemi w drzewie i błękicie
trudnego szukać slowa

i gniewać się i martwić
bo ciągle jeszcze nie to
i ciągle baczyć ciągle patrzeć
ja nie chcę być poetą

Wiersz to wspaniały, jak zwykle wytrącający czytelnika z kolein wygodnego rozumowania zaskakującą ironiczną pointą. Jak zawsze u Bursy sielanka zamienia się w koszmar, cyniczny żart próbuje maskować wrażliwość, która tak przeszkadza normalnie żyć. Być poetą to wszakże chichot Boga, to dar i przekleństwo zarazem.

Początek odpowiada temu, co znajome, oswojone, co właściwie wdrukowane w nasze myślenie. Myślimy obrazami raczej niż słowami i te obrazy podsuwa nam Bursa, dając skojarzenia natychmiastowe, oczywiste i banalne, nie wymagające ani chwili namysłu czy zadumy. Poeta to postać w obowiązkowym swetrze, w zamszach i tweedach, z psem u boku spacerujący po parku. Poeta to także inne wcielenie, bardziej odpowiadające społecznej recepcji, podszytej delikatną zawiścią: ilość żon, w dodatku już byłych to przecież takie normalne, poetyckie właśnie, wszakże zakochanym, podobnie jak poetą, się jest i bywa zarazem. Trzeba być nim ciągle, by możliwe były te chwile największych uniesień.

Odwołanie się do zazdrości zwykłego człowieka wobec poetyckiego życia nasila się z każdym kolejnym wersem. Pojawia się Zakopane, czyli w domyśle wygodne życie za państwowe pieniądze, życie dostatnie, a przy tym wolne. Nie trzeba „w biurze ślipić”, można spacerować z dziewczynami i „złote gwiazdy liczyć”.

Tu pojawia się pewien problem, związany właśnie z tym liczeniem. To zadanie niewykonalne, a jednak nie można się od niego uwolnić. Nie jest to przecież praca w biurze, zamknięta w określonych godzinach. Pisanie poezji to ogromna męka, bo tak ciężko ułożyć odpowiednie słowa w kolejności najlepszej dla wyrażenia myśli. Wysiłek to przerażający, wysiłek to daremny, wysiłek to nieustanny. Lepiej zatem nie być poetą. Kłopot w tym, że nigdy nie można tego zrobić. Wyboru nie ma, należy jedynie poddać się losowi. I pisać poezję, choć to najgorszy wybór na świecie.
Gorzej jedynie być kimś o poezji piszącym, jeśli już o tym mowa.

Agnieszka Lingas-Łoniewska, Szósty


Na drugiej stronie okładki tej powieści możemy przeczytać, że autorka pisze książki „łączące sensację z romansem”. Przyznam, że mnie to zaintrygowało, więc książkę tę przeczytałem. I teraz już wiem, że sumą tego dodawania gatunkowego jest koszmar. Potworek zrodzony z tego związku nie powinien nigdy wyjść na światło dzienne.

Agnieszka Lingas-Łoniewska, Szósty

Agnieszka Lingas-Łoniewska, Szósty

Historia przedstawiona w książce jest w gruncie rzeczy klasyczną wariacją, zlepkiem motywów literatury sensacyjnej. Seria morderstw zielonookich blondynek, grupa policjantów próbująca złapać mordercę i pani psycholog, która im w tym pomaga. Morderca to szaleniec, który realizuje swój plan niezwykle starannie, uważając że ma wszelkie szanse na zagranie na nosie policji. Inspektor Marcin Langer, szef Śląskiej Grupy Śledczej oczywiście uważa inaczej. I dopnie swego, przy okazji zdobywając piękną panią psycholog.

Fabuła ma kilka wątków, z których tak naprawdę jakiś potencjał ma jedynie ten kryminalny. Pewne elementy są oczywiście dobrze znane, autorka nie tworzy jakichś nowych czy choćby odrobinę oryginalnych pomysłów, ale jej połączenie w całość jest dość zgrabne i właściwie prawie przekonuje. Piszę prawie, bo ostateczne ustalenie miejsca przetrzymywania zakładniczki odbywa się drogą… telepatyczną. Zakochani przesyłają sobie myślami słowa. Wzruszyłem się do łez. Ze śmiechu.

Jeśli już o tym mowa. Wątek romansowy jest także wątkiem „paranormal”. Para inspektor-profilerka jest bowiem sobie przeznaczona wolą ducha, który obojgu się objawia. Zmarły zaledwie po kilku dniach od ślubu mąż pani psycholog odwiedza będącego po zawale komisarza i oddaje mu w opiekę swoją własność, czyli żonę. Ona też ochoczo na to przystaje, bo przecież sama w życiu sobie nie poradzi. Jak to, bez mężczyzny?

Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Pisarka przedstawia kobiety jako puste idiotki, które marzą tylko o złapaniu męża, który je obroni przed złym światem. Wykształcona psycholożka, profilerka po kursie w Quantico rozmawia ze swoim wybrankiem jedynie o seksie (co jeszcze może być zrozumiałe, wszak obserwujemy początek ich znajomości). Nie ma swojego zdania w żadnej sprawie, a tematy ich rozmów – inspektor też nie jest idiotą wszakże – nie dotyczą ani sztuki ani polityki ani nawet recesji gospodarczej. Szczytem fantazji kobiety, która właśnie spotkała miłość swojego życia jest „pójście ze swoim facetem na zwyczajne sobotnie zakupy”. Zapewne istnieją i takie marzenia, ale zupełnie nie przekonują w tej postaci, która wcześniej przedstawiona jest całkowicie odmiennie.

Ogólnie rzecz biorąc z romansu jest też zaczerpnięty afektowany język. Panowie mają „silne męskie dłonie”, kobiety tylko wyobrażają sobie, jak to jest być przez nie dotykane. Jeśli ktoś lubi tego typu literaturę, będzie zachwycony. Mam jednak przeczucie, że w tym wypadku autorka nieco za nisko oceniła poziom swoich czytelniczek. Choć niewykluczone, że to ja się mylę. I na próżno doszukuję się logiki w uczuciach.

Wspieraj swoją bibliotekę


Czytam tak sobie te liczne i przeróżne książkowe blogi i jednym z częstszych coraz bardziej tematów jest pisanie blogerskiej braci o tym,  że nie ma już miejsca na książki. Mam podobny problem, ale znalazłem rozwiązanie, którego próżno raczej szukać w sieci, przynajmniej ja nie natknąłem się na taki pomysł. Nie, żebym się jakoś szczególnie upierał przy prawach autorskich, ale mam wrażenie, że chyba nikt jeszcze nie wspominał o tym.

Książki, które w ten czy inny sposób dostajemy – bo nie ukrywam, że głównie o te pozycje chodzi – nie zawsze jakoś tam nam pasują. W efekcie kończy się na próbach handlu w sieci, ewentualnie jakichś tam wymianach pomiędzy innymi maniakami i maniaczkami zadrukowanych kartek papieru. Brakuje mi w tym wszystkim podejścia bardziej wspólnotowego, obywatelskiego. Książka, co widać w blogosferze bardzo wyraźnie, stała się jedynie towarem, na którym można zarobić. I wiele osób chce to zrobić. Dla mnie osobiście nie ma to większego znaczenia, nie traktuję bloga jako inwestycji w przyszłość, która zapewni mi pracę i willę z basenem. Nie potępiam jednak tych, którzy myślą inaczej. Byłoby strasznie nudno, gdyby wszyscy myśleli tak samo.

Kiedy byłem jeszcze w szkole podstawowej, policyjne radiowozy, pochodzące jeszcze z darów niemieckich podatników, zaczęły się pojawiać z takimi nalepkami „Popieraj swoją policję”. Hasło był żywcem zerżnięte z amerykańskich akcji ocieplających wizerunek sił prawa i porządku. Wszyscy się z tego śmiali, więc akcję dość szybko zarzucono. Przypomniało mi się o tym właśnie w związku z książkami. Przecież te niechciane już książki można ofiarować swojej – lub po prostu najbliższej – bibliotece publicznej. Od lat niedoinwestowane, podupadające biblioteki – te, które ocalały z pogromów cięć kolejnych rządów i samorządów – dla wielu są jednak jedynymi źródłami literatury. W proponowany przeze mnie sposób osiągnąć można cel, któremu chyba blogi o książkach służą, a mianowicie popularyzację czytelnictwa. Prawda, że taki właśnie mamy cel, droga blogerska braci?

Bernhard Jaumann, Żmije z Montesecco


Dziś kolejny kryminał prowincjonalny. Tym razem włoski, a ściślej rzecz biorąc toskański. Właściwie zaś można by powiedzieć, że niemiecko-toskański, bo autor spędza w Montesecco kilka miesięcy w roku. Nie przeszkadza mu to jednak w tym, by naprawdę precyzyjnie odmalować życie małej miejscowości, w której wszyscy się znają. I w której decydują o wszystkim. Możemy się tylko z tego cieszyć, bo Żmije z Montesecco to naprawdę dobra literatura, która dostarcza nie tylko rozrywki, ale także materiału do przemyśleń o ludzkiej kondycji.

Bernhard Jaumann Żmije z Montesecco

Bernhard Jaumann,           Żmije z Montesecco

Wszystko zaczyna się od powrotu Matteo Vannoniego do domu. Przed laty zabił zdradzającą go żonę, teraz wyszedł z więzienia. Gdy po dwóch dniach ginie od ukąszenia żmiji Giorgio Lucarelli, wszyscy zdają się myśleć, że oto dokonał ostatecznej zemsty. Mateo próbuje udowodnić swej niewinności, a w międzyczasie w wypadku ginie ojciec Lucarelliego. Mieszkańcy wioski są przekonani, że obie sprawy się łączą nie tylko więzami krwi. Zaczynają podejrzewać niemal wszystkich.

W tej powieści nie sama zbrodnia jest najważniejsza. To przede wszystkim doskonałe studium życia małej społeczności, która decyduje o wszystkim. We współczesnym świecie, odgrodzeni od siebie w wielkich miastach i ich strzeżonych osiedlach, zapomnieliśmy o wspólnotowym życiu, które przez wieki było podstawą ludzkiej egzystencji. Nieprzypadkowo kolejne rozdziały opisane są cytatami z Antygony Sofoklesa. W małej toskańskiej miejscowości również rozgrywa się dramat obowiązku wobec własnych zmarłych a prawem. Tutaj policja nie ma czego szukać, bo mieszkańcy sami podjęli śledztwo. Detektyw jest niepotrzebny, a raczej to wspólnota jest tym detektywem. A także sędzią i katem. Nie może się mylić, bo stoi za nią siła i potęga tradycji.

Można się z wymową książki Żmije z Montesecco nie zgadzać, można się nawet oburzać na opis brutalnego samosądu. Nie sposób jednak zaprzeczyć, że jest to książka wspaniała, odkrywająca przed czytelnikiem nieznane lądy ludzkiej aktywności, nieobecne – zdawałoby się – w XXI wieku. I za opisanie tego należy się nisko pokłonić Jaumannowi. Po czym jak najszybciej przeczytać także kolejne dwa tomy tzw. „trylogii toskańskiej”.