Piotr Pochuro, Cena za honor

Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce. Czy jednak po tytule już można? Wydaje mi się, że tak. No bo chyba od razu wiadomo, czego się spodziewać po mocnych słowach Cena za honor? W książce o której dziś wszystko jest zresztą dopasowane – tytuł podkreśla okładka, na której widnieje pistolet Walther, parę nabojów i jakieś odpryski krwi. Tak, tak, o pomyłce nie może być mowy, to proza męska aż do bólu. Do wielu bólów, szczerze mówiąc.

pobrane (1)Kiedy policjanci zatrzymują hurtownika narkotyków wraz z jego wytwórnią amfetaminy, dla aspiranta Bzyka nie oznacza to wcale końca długiego i żmudnego śledztwa. Nasz bohater dopiero teraz chce naprawdę rozwinąć skrzydła i zająć się rozpracowywaniem całości gangu, w którym zatrzymany odgrywał tylko jedną z ról, wcale zresztą nie najważniejszą. Okazuje się jednak, że to nie będzie takie łatwe. Im więcej dowiaduje się ze śledztwa, tym bardziej ktoś chce go od sprawy odsunąć. Rozgrywka między policjantem a gangsterem zamienia się w personalny pojedynek. I zwycięstwo sprawiedliwości wcale nie jest takie pewne…

Wspomniałem na początku o okładce, a raczej o strasznej sztampie bijącej z niej w oczy. Niestety, takiej sztampy jest w pomiędzy okładkami jeszcze więcej, w dość sporych ilościach. Piotr Pochuro wziął się za pisanie książki o twardych policjantach zgodnie ze starym schematem i w gruncie rzeczy nie ma w nim nic do powiedzenia. Wszystko jest znane, ograne, właściwie banalne. Być może takie jest życie prawdziwych policjantów, ale nie wierzę, że wszyscy są aż tak przewidywalni. Tacy ludzie po prostu nie istnieją, nie istnieje czarno-biały świat.

Ileż można czytać o ostatnim sprawiedliwym, który dla pracy policjanta poświęca rodzinę, znajomych, całe życie? Ileż można zaczytywać się tym, jak to policjanci mało zarabiają, a jednak trwają na posterunkach? Ileż wreszcie można czytać tę samą historię o układzie, który dotyka samej góry? W tej książce mamy wszystko to, co znane z powieści policyjnej (nie tylko zresztą polskiej) w pigułce. Twardy gliniarz i wyrozumiały szef to figury do cna zgrane, jednowymiarowe i w gruncie rzeczy nudne. Owszem, twardość i nieustępliwość aspiranta zajmuje nas przez chwilę, nawet możemy mu trochę współczuć, ale w gruncie rzeczy nuży nas kowbojski scenariusz. Jakieś uczucia – jak choćby cały wątek rodziny naszego nieustraszonego – jest łzawy i żenujący w sposób tak nieprawdopodobny, że dawno już takiego nie czytałem. Humor niby też jest, ale śmieszniejszy wydaje się być proces śledzenia budowania tychże żartów, bo poziom ich niewart jest wspomnienia.

Jedna, jedyna niespodzianka znajduje się na końcu powieści. W związku z tym, że jest na końcu, zdradzał nie będę, ale wydaje mi się, że to jedyna w pełni pozytywna rzecz, którą można powiedzieć o tej powieści. Reszta  jest niestety żmudną powtórką z rozrywki. Jeśli ktoś lubi tego typu rzeczy, to można, ale ostrzegam, że to raczej czytanie dawno już napisanych książek.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s