Miesiąc: Luty 2014

Paweł Szlachetko, Ballada o kuternogach


Nie ma chyba w naszym kraju nikogo, kto nie znałby filmu Vabank, będącego niezwykle udanym połączeniem kryminalnej intrygi i dużej dawki humoru. Jeśli zatem komuś odpowiada akurat taki rodzaj, może odnaleźć bardzo podobny klimat w powieści o emerytowanych przestępcach z warszawskiej Pragi. Na pewno się nie zawiedzie, powieść Pawła Szlachetki doskonale wpisuje się ten rodzaj literatury.

Paweł Szlachetko Ballada o kuternogach

Paweł Szlachetko Ballada o kuternogach

Trójka panów w wieku emerytalnym – Mateusz, Krzywy i Tolo – wychodzi z więzienia po dwudziestu latach odsiadki. Zmęczeni życiem za kratami, postanawiają nigdy więcej nie wrócić do przestępczego życia. Jednak utrzymanie się z uczciwej pracy nie jest takie łatwe. Kiedy więc nadarza się okazja do zrobienia kolejnego skoku, nie namyślają się długo. Jakoś trzeba zabezpieczyć sobie starość. Aby to zrobić, będą musieli nie tylko przechytrzyć policję, ale i ubiec innych chętnych do zgarnięcia kilku milionów. Czy ich spryt jest w stanie zapewnić im zwycięstwo w nowych czasach, których nie do końca rozumieją?

Rozwój fabuły skłania do wspomnianego na wstępie nawiązania do filmu Juliusza Machulskiego. Trójka bohaterów powieści przypomina niemalże postaci, które znamy z filmowego ekranu. Każdy ma jakieś uzdolnienia, każdy jest istotny dla planu. Motyw odegrania się na policjancie Mogielnickim również jest niemal identyczny z zemstą po latach, obecną przecież w Vabanku. Podobnie jak i ogromne pokłady humoru, tak sytuacyjnego jak i w warstwie słownej. Wszystko razem tworzy umiejętnie złożoną całość, którą czyta się bardzo dobrze.

Poza oczywistym na pierwszy rzut oka nawiązaniem jest też w powieści obecne coś jeszcze. Kto zna książki Marka Nowakowskiego, opisujące półświatek powojennej Warszawy, zrozumie bez trudu. Autor powieści także należy do grona patrzących na dawnych przestępców z dużą dozą sympatii. Wyrazy tego przewijają się na wielu stronach książki. To szczególny rodzaj nostalgii za czasami, gdy nawet w przestępczej działalności obowiązywał swoistego rodzaju kodeks honorowy. Dzisiejsi gangsterzy są jedynie brutalni i pozbawieni wszelkich zasad. Dawna szemrana Praga staje się reliktem historii, mitem obecnym jedynie we wspomnieniach garstki wciąż żyjących jej przedstawicieli. Może jeszcze w starych piosenkach.

Wspólnym elementem z prozą Nowakowskiego jest również genialne wręcz wyczucie językowe Pawła Szlachetki. Kiedy czytamy dialogi, nie mamy wątpliwości co do faktu, że jesteśmy świadkami rozmowy żywych ludzi. Nawet jeżeli postaci są nieco przerysowane, w pewien sposób będące ucieleśnieniem archetypicznych przedstawień łotrzykowskich figur, to działają i mówią przekonywająco.

Nie bez znaczenia jest też fakt umiejscowienia akcji książki w latach dziewięćdziesiątych. Transformacja ustrojowa sprawiła, że runęły dawne zasady nie tylko w półświatku. Teraz każdy jest sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem, kierowanym amerykańskim mitem o karierze od pucybuta do milionera. Mit ten nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością, w której świat nie potrzebuje już żadnych reguł, za wyjątkiem jednej. Bogacenie się za wszelką cenę to właśnie ta jedyna zasada. W nowym wspaniałym wolnym świecie przetrwają tylko jednostki najsilniejsze i pozbawione wszelkich hamulców.

Ballada o kuternogach to zatem dobra sensacja z elementami humoru. Ten humor często jest dość gorzki, ale nie zmienia to jego siły oddziaływania. Dzięki temu powieść Pawła Szlachetki nie tylko świetnie bawi, ale także zmusza do chwili refleksji nad otaczającym nas światem. Dlatego przeczytać trzeba koniecznie.

Reklamy

Tadeusz Cegielski, Tajemnica pułkownika Kowadły


Po bardzo ciekawym debiucie Cegielskiego na gruncie literatury kryminalnej czekałem na część drugą. Jak to jednak czasem bywa, rozbudzony apetyt nie zostaje do końca zaspokojony. Podobnie jest niestety z kontynuacją historii o przedwojennym policjancie w szeregach Milicji Obywatelskiej. Co wcale nie znaczy, że powieść jest słaba. Na gruncie rodzimych produkcji minionego roku wyróżnia się i tak dobrą jakością. A przecież z zalewu książek kryminalnych wyróżnić się nie jest wcale tak łatwo.

Tadeusz Cegielski Tajemnica pułkownika Kowadły

Tadeusz Cegielski Tajemnica pułkownika Kowadły

Tym razem major Wirski stoi przed poważnym zadaniem. W Warszawie działa gang rabujący banki, szybko zresztą przestępcy rozszerzają swoją działalność na inne miasta. W dodatku pojawiają się sprawy z przeszłości – dawny wróg, pułkownik Kowadło, nie zostawia majora w spokoju. Jeśli dodać do tego kilka tajemniczych zwłok w miejskiej kostnicy, można spodziewać się sporego bólu głowy. Na szczęście major to człowiek dawnego, przedwojennego chowu, który niejedną beznadziejną sprawę rozwiązał. Także i tym razem powinien sobie poradzić z rozwikłaniem tajemnicy pułkownika Kowadły.

Na pozór jest tu wszystko, czego można się było spodziewać. Dość interesująca intryga kryminalna to tylko jeden z elementów sukcesu poprzedniej powieści Cegielskiego. Nadal rozwijane wątki zmagań z nieco demonicznym pułkownikiem Kowadło przynoszą zaskakujące zwroty akcji, ale jednak czegoś im brakuje. Ledwo to uchwytne braki, ale miłośnicy powieści są i na takie rzeczy wyczuleni. Na pewno szkodzi książce zbytnie nagromadzenie wątków i wydarzeń, jest ich po prostu za dużo. Kilka napadów na bank, rozgrywka między dawnymi i obecnymi agentami bezpieki, podwójni agenci i szpiedzy działający na własną rękę tworzą barwną mozaikę, w której trudno się chwilami połapać, a finał pozostawia wrażenie niedosytu.

W powieściach rozgrywanych w historycznym kostiumie – a przecież lata 50. XX wieku do takich niewątpliwie należą – ogromną rolę odgrywa dobre przedstawienie czytelnikom realiów epoki. Po raz kolejny możemy się przekonać o starannej pieczołowitości autora w tym względzie. Nie ma co ukrywać – Warszawa tamtego okresu na pewno nie jest spowita ponurą stalinowską nocą. I nie chodzi tu nawet o odniesienia do słynnej odwilży politycznej i związanym z nią fermentem społecznym. Wręcz przeciwnie nawet. Stolica jest ukazana z perspektywy zwykłych ludzi, których omija historia pisana przez duże H. Oczywiście, nie brak subtelnych aluzji, ale nie ma ich znowu tak wiele. Cegielski bardziej dba o historię życia codziennego i czyni to bardzo udanie. Bal gałganiarzy, organizowany przez studentów, opisy nowych strojów czy tańców tworzą obraz kolorowej i tętniącej życiem Warszawy. Obok lub nawet na przekór istniejącej rzeczywistości.

Jest w powieści jeszcze jeden element, który czyni z niej lekturę obowiązkową dla wszystkich miłośników literatury kryminalnej. To historia klasyki gatunku, bo jeden z wątków dotyczy właśnie kolekcjonowania przez postaci rzadkich wydań powieści kryminalnych. Dzięki temu czytelnik może spróbować na własną rękę dotrzeć do wspominanych przez autora książek. Zrobić coś w rodzaju małego własnego śledztwa, bo dotarcie do niektórych łatwe na pewno nie będzie.

Cegielski napisał książkę dobrą, choć nie wybitną, słabszą niewątpliwie od debiutu. Niemniej jednak warto na pewno poznać perypetie majora Wirskiego, by na własną skonfrontować się z zapamiętanymi ze szkolnych lekcji historii obrazami Warszawy lat 50. Wnioski mogą być zadziwiające. A jeśli nawet nie będzie takich wniosków, czas lektury będzie czasem doskonałej rozrywki, co przecież nie jest zupełnie bez znaczenia.

Aneta Ponomarenko, Dom śmierci


XIX wieczny Kalisz po raz drugi. Tym razem mamy do czynienia już z książką w sumie znaną, bo sięgamy po kontynuację zachęceni pierwszą częścią. Dom śmierci jest w gruncie rzeczy udanym rozwinięciem. Czytelnik dostaje to, czego się spodziewał, choć pozostaje też pewien element zaskoczenia. Wszystko jest zatem w porządku. Trzęsienia ziemi co prawda nie ma, ale przecież trudno oczekiwać tego po małym polskim miasteczku.

Aneta Ponomarenko Dom śmierci

Aneta Ponomarenko Dom śmierci

W roku 1890 mijają dwa lata od wydarzeń opisanych w powieści Strażnik skarbu. Po raz kolejny Kalisz staje się miejscem, w którym pojawia się cały szereg zamordowanych osób. Na dodatek każdy z nich ginie w dość skomplikowany sposób. Radca Jezierski błądzi po omacku, próbując uchwycić choćby najmniejszy trop, który mógłby go doprowadzić do wykrycia sprawcy. Mijają dni, tygodnie, a on nie jest choćby o krok bliżej rozwiązania zagadki okoliczności śmierci kilku osób. Na szczęście do Kalisza powraca doktor Zaif, który chętnie pomoże przyjacielowi w śledztwie. A właściwie w dwóch śledztwach, bo miastem wstrząsa też porwanie córki jednego z miejskich rajców. Obie sprawy są skomplikowane, ale przecież nie beznadziejne. Obaj panowie na pewno będą w stanie znaleźć winnych.

Jak wcześniej wspomniałem, wszystko w tej jest na miejscu. Czytelnik bez trudu odnajdzie to, co pokochał w Strażniku skarbu. Historia miasta Kalisza? Proszę bardzo, jest nie tylko o samym mieście, ale także o ludziach z nim związanych, na czele z samym gubernatorem Daraganem. Co więcej, Dom śmierci jest pod tym względem nieco sprawniej napisany, wykłady historyczne nie tak częste i nużące, lepiej także osadzone w fabule. Zyskuje na tym czytelnik. Trochę tylko nie rozumiem rozmowy o Kubie Rozpruwaczu, zbędna jest dla fabuły zupełnie, a i nastroju chyba jednak nie buduje.

Najważniejszy w kryminale jest detektyw. Tutaj para Jezierski – Zaif jest naprawdę dopracowana już ostatecznie. Nikt nie ma wątpliwości, kto gra główne skrzypce przy szukaniu zbrodniarza. Doktor Zaif jest niezbędny, na początku powieści widać zresztą wyraźnie, że cała akcja ruszy dopiero po jego powrocie. Podoba mi się także – nie wiem na ile zamierzona – delikatna ironia w grze z dawnym schematem Conan Doyle’a. Pomocnik mądrzejszy od policjanta nie jest co prawda figurą w powieści kryminalnej nową, ale na gruncie polskim bardzo, bardzo rzadką. Tym ciekawsza lektura książki Anety Ponomarenko.

Zagadka tym razem chyba mniej udana, uważny czytelnik odgaduje ją na długo przed końcem powieści. Podobnie cała historia z porwaniem, tutaj także wszystko wydaje się być dość oczywiste od początku. Pod tym względem, niestety, Dom śmierci wydaje się być dużo mniej dopracowany. Można zresztą odnieść wrażenie, że i inny wątek, tak istotny w części pierwszej, czyli szukania żon przez obu panów, również jest dużo, dużo słabszy. Nie ma płomiennych miłości, nie ma też nawet wielu rozmów na ten temat. Nieco szkoda, bo jednak podobne sprawy uwiarygodniały bohaterów, ułatwiały też czytelnikowi identyfikację z nimi.

Mimo tych zastrzeżeń powieść Anety Ponomarenko ma pewną cechę, która sprawia, że lektura książki jest dużą przyjemnością. Tym czymś, co podnosi wartość Domu śmierci jest swoboda pisarska autorki. Dzięki jej językowi czytelnik ma wrażenie słuchania opowieści, a to jest bardzo rzadkie wśród rodzimych autorek i autorów nie tylko z kryminalno-sensacyjnego poletka. Kto nie wierzy, powinien przekonać się sam. Być może odkryje dla siebie to samo, co mnie urzekło w książkach o dawnym Kaliszu.

Aneta Ponomarenko, Strażnik skarbu


Trudna jest być dziś miłośnikiem retro kryminałów. Jest ich tyle, że jakość dawno przeszła w ilość i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. Zwłaszcza, że modę wspierają działy promocji miast i miasteczek, chwalący się historią i zabytkami swych miejscowości. Intryga kryminalna w takich powieściach często napisana jest według podręcznika pisania powieści kryminalnych sprzed wieku, a wykonanie na poziomie średnio rozgarniętego gimnazjalisty z zacięciem literackim. Wszystko to sprawia, że ryzyko wydobycia czegoś wartego uwagi z potoku takich powieścideł równa się często próbie obrabowania dobrze strzeżonego banku. Małe szanse na powodzenie i spędzenie udanego czasu z wyniesionym z księgarni łupem. W przypadku Strażnika skarbu Anety Ponomarenko rezultat poszukiwań nie wypada tak źle.

Aneta Ponomarenko, Strażnik skarbu

Aneta Ponomarenko, Strażnik skarbu

Kalisz w 1888 roku to małe miasteczko, w którym niewiele się dzieje. Spokojnie i cicho mijają dni, policjanci niewiele mają do roboty. Kiedy przyjeżdża tu agent specjalny carskiej policji, wydaje mu się, że jego służba upłynie na dość rutynowych zadaniach. Szybko okazuje się, że seria zgonów – o jakiej jeszcze Kalisz nie słyszał – zrewiduje jego poglądy. Tym bardziej, że zbrodniarz jest niezwykle przebiegły, nie zostawia śladów ani świadków swojej działalności. Agent Jezierski będzie musiał skorzystać z pomocy młodego doktora Zaifa, by rozwikłać zagadkę i ująć sprawcę.

Początek książki wywołał moją podejrzliwość. Oto już na drugiej stronie stróż miejski snuje rozmyślania o historii kaliskich teatrów. Obawiać się zacząłem mocno, że mam do czynienia z kolejną nieudaną próbą napisania ciekawego kryminału w historycznym kostiumie. Nudne i wkładane w co drugą stronę przewodnikowe opisy są częstą zmorą tego typu literatury. Na szczęście Ponomarenko oszczędza czytelnikowi takich wynurzeń, co nie znaczy, że mało tu historii. Można się sporo dowiedzieć, najczęściej jednak jakoś ma to związek z tym, co w powieści się dzieje. Nie przekonuje jakoś wątek masoński, ale całość jest na tyle strawna, że po lekturze nie boli brzuch.

Bardzo mi się podobał inny zabieg autorki. Oto wielki i znany detektyw policjant jest głupszy od swego pomocnika doktora. To posunięcie zaliczam do bardzo udanych, dzięki temu książka zyskuje i humoru i pewnego rodzaju wiarygodności. Przy okazji możemy też prześledzić historię nowoczesnej kryminalistyki, bo pan doktor zaczyna zbierać odciski palców przestępców, pojawiają się też fotografie miejsca zbrodni i telefon.

W gruncie rzeczy książka Ponomarenko arcydziełem nie jest, wszystkie wspomniane przeze mnie elementy każdy wielbiciel retro zbrodni na pewno zna z innych powieści. Jednocześnie trzeba uczciwie przyznać, że w swojej konwencji autorka odnalazła się dość dobrze i jej książka się czyta sama. A nawet budzi apetyt na więcej. Przynajmniej u mnie.

Szczepan Kopyt, iuvenes dum sumus


iuvenes dum sumus

 mój brzuch twój brzuch i wszystkie głodne brzuchy 

piszą historię która przekracza ulice rzeki mosty i miejskie parki
gdzie przykuca i wiąże sznurowadło
mogłaby się powiesić ale stawia na wkurw

tykanie w klawiaturę ze zgarbionym grzbietem
nieustanna kwarantanna w punkcie kebab
niby karawana i wakacje bez atrakcji luz
niby staż niby praca zdalna niby kwarantanna
to normalny stan co na to twój brzuch
czy to normalny stan może pomoże nam buch

http://youtu.be/KV-JJ96t6AQ

mój nos twój nos i wszystkie zasmarkane nosy
których nie obejmuje opieka kiedy zaczynasz klepać
w klawiaturę ciąć ramię kebab udawać że starzejesz się
powoli na stażu gaudeamus igitur iuvenes dum sumus

gdy jesz humus wciśnij czosnek pamiętaj o magnezie
kiedy stoisz w tłumie krzycz jak tłum domagaj się
fundamentalnych praw które już istnieją i śmierci
standardu stałej kwarantanny i monitoringu
to nie jest dobre miejsce chłopaki do tego
spójrzcie do góry patrzy na was płatne oko idźcie

moje stopy twoje stopy i tupot wszystkich stóp
wokół szklanych stup centrum i zniszczonej reszty
gdzie mieszkają bezrobotni niskopłatni studenci eks-studentki
stażystki wizażystki z szufladami pełnymi umów
wszyscy jedzący mądrze wszyscy grzejący rozsądnie
w zimie która wdziera się do naszych głów
i straszy koczowiskiem na przedmieściach ów
tupot stóp ogrzewa pisz się pisz się pisz

historio stup ze szkła i stali odpornej na real
wywindowana historio odgrodzonych osiedli
w których mieszka dziesięciu sprawiedliwych
a może tylko jeden
jeden jest strach tu i tam gdzie wyrzuca się biedę
z domów
mów

moje gardło twoje gardło i wszystkie ściśnięte gardła
mimo że park zmienia się w parking mimo że gasną światła
i miasto zaczyna show na tramwaj i lewy handel
mimo że podpis i pieczęć stanowią maskaradę praw
do których masz prawo o ile sprzedasz się cały
moje gardło twoje gardło i wszystkie ściśnięte gardła
artykułują wkurw

co na to pełny brzuch
skórzany fotel i trawa
zielona od farby

w kombinezonach na halach spawa się wzrost pkb
z milczeniem menedżerów schodzących do szalup
hip-hop zajęty jest błyskiem punk-rock wypina pierś
pod order it’s fuckin’ great new order przyjmij ten
za zgodę na bagdad za ciszę o nangar khel
prezydent uda się wkrótce na koniec półwyspu hel
rest in peace

gramy muzykę dla mas to jest ostatni krzyk komercji
aby trwał szum w mediach nie ruszą was z ulic
rozbite szyby i ogień przykryją informacje o spadkach  indeksów

zjednoczona partia wyobcowanej pracy i wyobcowanego (boga)
rest in peace

iuvenes dum sumus
iuvenes dum sumus
dum
dum
dum

Szczepan Kopyt nie ukrywa swojego zaangażowania. Ma ambicję pisania o rzeczach dotyczących każdego młodego człowieka w dzisiejszym świecie. Stąd wybór tytułu wiersza, zaczerpnięty ze studenckiego hymnu. To zapożyczenie spełnia tutaj dwie role. Po pierwsze jest wskazówką dla odbiorcy – tekst jest przeznaczony do melorecytacji. Po drugie – tworzy umiejscawia autora w rzędzie młodych ludzi. Użycie liczby mnogiej jest bowiem znaczące. Poszczególne części wiersza nie pozostawiają wątpliwości – powtarzalna fraza moje…, twoje… i wszystkie… jest tu bezpośrednim odwołaniem się do wspólnoty pokoleniowego doświadczenia.

Doświadczenie to uzewnętrznia się poprzez umiejętne żonglowanie frazami tworzącymi dzisiejszy język. Staż, monitoring, praca zdalna stają się tutaj synonimami systemu, w którym park zamienia się w parking a na wszystko patrzy […] płatne oko. Ucieczka z tego świata nie wydaje się możliwa, bo nawet niegdysiejsze symbole buntowniczej kontrkultury – hip-hop, punk-rock – stały się częścią establishmentu. Skomercjalizowane i ugłaskane, nie niosą ze sobą żadnej nadziei na zmianę.

Bunt zwyczajowo zdaje się być przypisany młodości, ale trwałość tej obiegowej prawdy również jest zagrożona. Potrzeba przecież kogoś, kto będzie umiał ten sprzeciw wyartykułować. Osoba mówiąca w wierszu zwraca uwagę na rosnące niezadowolenie społeczne, stąd opisuje sytuację bez zbędnych upiększeń. Wydaje się, że widzi swoją rolę jako pewnego rodzaju trybuna ludowego. Przemawia zatem językiem prostym, codziennym, silnie zrytmizowanym. Wszystkie te zabiegi mają wspomagać oddziaływanie słów na odbiorcę.

Opis sytuacji nie napawa optymizmem, bierność i słabość dzisiejszej młodzieży widoczna jest gołym okiem. W tym wszystkim pojawia się promień nadziei, a może tylko zawoalowana sugestia Krwawą walkę z zastanym status quo może zapowiadać ostatnia strofa, w której forma graficzna nadaje wieloznaczny sens. Dum/ dum to nie tylko odgłos uderzeń, to także nawiązanie do specjalnego rodzaju karabinowej kuli. W ten sposób zakończenie wiersza nie dopowiada wszystkiego, pozostawiając czytelnikowi wybór własnej odpowiedzi na apel.

Robert Ziółkowski, Łowcy głów


Ostatnio poznęcałem się trochę nad książką byłego policjanta, co opisał życie naszych rodzimych „psów” w sposób tak płytki, że nie dało się tego czytać bez zażenowania. Dla zachowania duchowej równowagi polecam debiut Roberta Ziółkowskiego. Jego Łowcy głów to książka uczciwa. Po prostu.

Fabuła to rzecz prosta i jednocześnie intrygująca w swojej prostocie. Trzy różne opowieści, które łączy jedno – policyjne poszukiwania mordercy. Powieść policyjna Ziółkowskiego nie opiera się jednak na schematyzmie wymyślonym za biurkiem.

Robert Ziółkowski, Łowcy główy

Robert Ziółkowski, Łowcy głów

 Ziółkowski daje nam historie z życia wzięte, bez większych upiększeń mówiące o nas więcej, niż tomy psychologicznych analiz. Pierwsza opowieść to rzecz o tym, jak zazdrosny mąż szuka krwawej zemsty, a policjanci szukają jego. Niby nic wielkiego, zwykła policyjna robota i jej blaski i cienie, ale Ziółkowskiemu udaje się przedstawić to, czego nikt przed nim nie zrobił. Jego bohaterowie to nie tylko ludzie z krwi i kości, ale to przede wszystkim zwyczajni ludzie.

Druga, najobszerniejsza historia dwóch braci i dawnego morderstwa jest opowieścią o tym, jak łatwo przypadek decyduje o wszystkim, zmieniając nasze życie diametralnie. Dwóch zwykłych młodych ludzi musi uciekać, stosować przemoc, staje się nieczułymi zabójcami i bezwzględnymi zabójcami. Przypadek niczym z antycznej tragedii, w której tak naprawdę nie ma wygranych.

Ostatnia historia opowiada nie tylko o poszukiwaniu zbrodniarza, który morduje kilkuletniego chłopca. Jej główną historią jest reakcja jednego z policjantów, który tak się angażuje w sprawę, że chce po prostu zabić sprawcę. Ten cały proces opisany jest bez zbędnych ozdobników, bez wielkich teorii tłumaczących takie czy inne zachowanie. To po prostu opowieść o tym, jak łatwo w tej pracy się załamać, stać się kimś zupełnie innym w sposób zupełnie niezauważalny dla samego siebie. Stąd te wszystkie rozwody, rodzinne tragedie, nałogi.

Ziółkowski nie moralizuje, nie demonizuje, nie straszy. Pisze jak jest, ni mniej ni więcej. Jasne, że czasem robi to nieco nieporadnie językowo, bo niektóre zwroty rażą nieco gimnazjalnym natchnieniem, ale ma przy tym coś, czego nie mają autorzy sensacyjnych powieści. Autentyzm wzięty z życia na ulicy. Jeśli ktoś nie boi się stanąć twarzą w twarz z rzeczywistością, książkę Ziółkowskiego przeczytać musi.

Piotr Pochuro, Cena za honor


Podobno nie powinno się oceniać książki po okładce. Czy jednak po tytule już można? Wydaje mi się, że tak. No bo chyba od razu wiadomo, czego się spodziewać po mocnych słowach Cena za honor? W książce o której dziś wszystko jest zresztą dopasowane – tytuł podkreśla okładka, na której widnieje pistolet Walther, parę nabojów i jakieś odpryski krwi. Tak, tak, o pomyłce nie może być mowy, to proza męska aż do bólu. Do wielu bólów, szczerze mówiąc.

pobrane (1)Kiedy policjanci zatrzymują hurtownika narkotyków wraz z jego wytwórnią amfetaminy, dla aspiranta Bzyka nie oznacza to wcale końca długiego i żmudnego śledztwa. Nasz bohater dopiero teraz chce naprawdę rozwinąć skrzydła i zająć się rozpracowywaniem całości gangu, w którym zatrzymany odgrywał tylko jedną z ról, wcale zresztą nie najważniejszą. Okazuje się jednak, że to nie będzie takie łatwe. Im więcej dowiaduje się ze śledztwa, tym bardziej ktoś chce go od sprawy odsunąć. Rozgrywka między policjantem a gangsterem zamienia się w personalny pojedynek. I zwycięstwo sprawiedliwości wcale nie jest takie pewne…

Wspomniałem na początku o okładce, a raczej o strasznej sztampie bijącej z niej w oczy. Niestety, takiej sztampy jest w pomiędzy okładkami jeszcze więcej, w dość sporych ilościach. Piotr Pochuro wziął się za pisanie książki o twardych policjantach zgodnie ze starym schematem i w gruncie rzeczy nie ma w nim nic do powiedzenia. Wszystko jest znane, ograne, właściwie banalne. Być może takie jest życie prawdziwych policjantów, ale nie wierzę, że wszyscy są aż tak przewidywalni. Tacy ludzie po prostu nie istnieją, nie istnieje czarno-biały świat.

Ileż można czytać o ostatnim sprawiedliwym, który dla pracy policjanta poświęca rodzinę, znajomych, całe życie? Ileż można zaczytywać się tym, jak to policjanci mało zarabiają, a jednak trwają na posterunkach? Ileż wreszcie można czytać tę samą historię o układzie, który dotyka samej góry? W tej książce mamy wszystko to, co znane z powieści policyjnej (nie tylko zresztą polskiej) w pigułce. Twardy gliniarz i wyrozumiały szef to figury do cna zgrane, jednowymiarowe i w gruncie rzeczy nudne. Owszem, twardość i nieustępliwość aspiranta zajmuje nas przez chwilę, nawet możemy mu trochę współczuć, ale w gruncie rzeczy nuży nas kowbojski scenariusz. Jakieś uczucia – jak choćby cały wątek rodziny naszego nieustraszonego – jest łzawy i żenujący w sposób tak nieprawdopodobny, że dawno już takiego nie czytałem. Humor niby też jest, ale śmieszniejszy wydaje się być proces śledzenia budowania tychże żartów, bo poziom ich niewart jest wspomnienia.

Jedna, jedyna niespodzianka znajduje się na końcu powieści. W związku z tym, że jest na końcu, zdradzał nie będę, ale wydaje mi się, że to jedyna w pełni pozytywna rzecz, którą można powiedzieć o tej powieści. Reszta  jest niestety żmudną powtórką z rozrywki. Jeśli ktoś lubi tego typu rzeczy, to można, ale ostrzegam, że to raczej czytanie dawno już napisanych książek.