Miesiąc: Styczeń 2014

Valerio Varesi, Z pustymi rękami


Valerio Varesi, Z pustymi rękami

Valerio Varesi, Z pustymi rękami

Ostatnio nie było kryminałów, więc nadrabiam. I od razu czymś naprawdę wartym uwagi. O Varesim już zresztą pisałem, kolejna jego książka tylko umocniła mnie w przekonaniu, że pragnę więcej. Odpowiada mi jego sposób pisania (na tyle na ile jestem w stanie odczytać styl z tłumaczenia oczywiście), odpowiada sposób konstruowania fabuły kryminalnej i, nade wszystko, odpowiada mi jego zaangażowanie społeczne, które nie jest nachalne a przecież jednak bardzo wyraźne.

Tym razem Parma ogarnięta jest upałem środka lata. Kto tylko może, nie wychodzi z klimatyzowanych pomieszczeń. Stary uliczny grajek nie ma tego komfortu, musi pracować. Jednak ktoś kradnie mu akordeon. Tego samego dnia policja dostaje zawiadomienie o śmiertelnym pobiciu właściciela butiku z drogimi ciuchami. Komisarz Soneri nie łączy tych dwóch spraw, ale obie wydają mu się mocno dziwne. Komu potrzebny stary akordeon? Dlaczego zabija się jakiegoś małego przedsiębiorcę? W miarę postępów śledztwa pytań przybywa, a z każdym mijającym dniem zagadkowe przestępstwa nie stają się bliższe wyjaśnienia.

Po raz kolejny mam wrażenie, że dla Varesiego wątek kryminalny jest tylko kostiumem, w który ubiera swoją krytykę współczesnego świata. Historia zbrodni schodzi nie tyle na plan dalszy, co jest raczej efektem nowoczesnego społeczeństwa, w którym liczą się tylko pieniądze. W Parmie komisarza Soneriego odbijają się wszystkie bolączki współczesności. Brak wszelkich zasad nie jest wszakże domeną przestępców. Albo inaczej, jeszcze ostrzej – wszyscy ludzie stają się, świadomie lub nie, przestępcami, bo inaczej nie można przetrwać w brutalnym zglobalizowanym świecie. Jak wielokrotnie wspominają postaci tej książki, wszystko się zmieniło. Nikogo nie obchodzi protest robotników zamykanej piekarni, nikogo nie interesuje coraz brutalniejsza albańska mafia, nikt wreszcie nie jest zainteresowany łapaniem przestępców udających biznesmenów. Jak konstatuje gorzko Soneri, nie można już nikogo być pewnym, wszyscy zlali się w jedno ciało, obce i zachłanne.

Książka to gorzka i pełna czerni właściwej czarnemu kryminałowi. Nawet pomyślne śledztwo nie jest w stanie sprawić, że sytuacja się zmieni. Winni nie zostaną ukarani, nie tak jak na to zasługują, a życie – nowe okrutne życie, w którym nie ma miejsca na sentymenty – będzie toczyło się dalej. Nikt już nie jest w stanie powstrzymać tego procesu.

Diagnozy Varesiego nie napawają optymizmem, ale jednak czyta się to z zapartym tchem. W opisie współczesnego świata warto i ten głos uwzględnić, warto poznać punkt widzenia starzejącego się komisarza z Parmy. Niewiele takich głosów dziś, gdy wszystko zdaje się być ucieleśnieniem marzeń o nowym wspaniałym świecie.

Reklamy

Janusz Głowacki, Przyszłem


Podobno na zachodzie film Andrzeja Wajdy o Lechu Wałęsie się podoba. W Polsce jakby mniej, głównie oczywiście dlatego, że nikt nie ocenia tego filmu z punktu widzenia sztuki. Chodzi wszak o wciąż żywą legendę, a te najlepiej lubimy obrzucane błotem. Ale nie o to chodzi, nie kłóćmy się o Wałęsę, bo to spór jałowy i nierozstrzygalny. Jeśli kogoś interesuje coś na temat samego filmu pod względem artystycznym właśnie, powinien książkę Głowackiego przeczytać. Zwłaszcza zaś wówczas, gdy uważa, że film jest słaby. Słowa autora scenariusza mogą bowiem sporo wyjaśnić.

Prawda jest taka, że nie wiem, jak ocenić tę książkę. Z jednej strony to po prostu coś w rodzaju dziennika, co mogłoby mieć pewną wartość historyczną. Głowacki jednak jest pisarzem, nie kronikarzem i wierzyć mu nie warto. Nie dlatego nawet, bym miał coś przeciw temu pisarzowi. On po prostu opowiada historie i interesuje go efekt, nie prawda. A efekty mu wychodzą, to prawda.

Jest też i tak, że Głowacki się tłumaczy. Znajdziemy w książce fragmenty wprost cytujące nie tylko sceny pominięte w filmie czy wręcz odrzucone przez reżysera w pierwotnych wersjach scenariusza, znajdziemy też jednak coś więcej. Niejednokrotnie przytacza też argumenty w swoich sporach z Wajdą. Główna oś tego sporu jest w skrócie taka – robimy film psychologiczny (Głowacki) lub robimy film historyczny z konkretnym przesłaniem (Wajda). Wydaje się, że efekt końcowy wspiera zdanie Głowackiego – film byłby dużo lepszy, gdyby opowiadał historię istoty ludzkiej a nie tworzył pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Janusz Głowacki, Przyszłem

Janusz Głowacki, Przyszłem

Może być wreszcie i tak, że Głowacki z nas nieco kpi, biorąc pieniądze za to samo po raz drugi. Coś tam może dopisał, jakoś posklejał, ale w sumie to zakpił ze wszystkich. Trzeba jednak dodać, że – jeśli to założenie jest trafne – należałoby mieć nadzieję, że wszyscy nasi pisarze będą takimi kpiarzami. Wówczas nie bylibyśmy skazywani na czytanie Joanny Bator, byłoby co czytać. Dlatego należy się cieszyć, że Głowacki znowu coś napisał. Mało takich jak on, zbyt mało.

Leszek Miller, Anatomia siły


Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, że wielką historię poznajemy z drugiej ręki, a większość jej twórców od dawna nie żyje. Trochę inaczej jest z historią najnowszą. Tym tropem odkurzania dawnych-niedawnych spraw poszedł Robert Krasowski. Forma wywiadu jest naprawdę dobrym pomysłem, być może tylko trochę ściągniętym od śp. Teresy Torańskiej. Czymś oryginalnym jest natomiast napisanie trzech książek – wywiadów rzek z Leszkiem Millerem, Ludwikiem Dornem i Janem Marią Rokitą. Dziś tylko szef SLD, inni (mam nadzieję) niebawem.

Leszek Miller, Anatomia siłyKrasowski podzielił okres III RP na części związane z wyborami. To dobra formuła, bo sprawdza się w wypadku czołowego polityka. Prześledzimy losy Leszka Millera i jego (w sumie przecież kilku) formacji politycznych. Od upadku do zwycięstwa i z powrotem na dół, a potem znów do góry, by zostać strącony w polityczny niebyt. I mozolna, ale skuteczna kolejna droga do szefostwa w SLD. Można Millera nie lubić, ale nie ma chyba innego polskiego polityka, który byłby w stanie pozbierać się po takich ciosach. Dowiemy się trochę o wchodzeniu do Unii Europejskiej i o tym, jak wygląda rządzenie od środka. Będziemy mogli przyjrzeć się też owej słynnej „szorstkiej przyjaźni” między byłym premierem a prezydentem Kwaśniewskim. Zobaczymy trochę tego, czego na co dzień nie widać, czyli kulis sprawowania władzy.

Niestety, nie ma w tej książce tyle, ile by się chciało. Naprawdę sądzę, że można było nieco więcej informacji wydobyć, o wielu sprawach powiedzieć szerzej. Miałem takie wrażenie chwilami, że to Leszek Miller przeprowadza wywiad, mówi właściwie jedynie o tym, o czym chce powiedzieć. Zabrakło mi jakiegoś zwarcia, dziennikarskiego pazura, który by bardziej może dociekał, drążył, przygważdżał interlokutora. Byłoby niewątpliwie ciekawiej. Jest kilka takich momentów, ale to naprawdę zbyt mało.

Każdy, kto chce bądź lubi poczytać sobie o najnowszej historii Polski, powinien zainteresować się Anatomią siły. Tak naprawdę jednak uważam, że o wiele bardziej wartościowa będzie to lektura dla tych, którzy na co dzień z polityką czy historią – choćby najnowszą – nie mają wiele wspólnego. Książka Millera/Krasowskiego pomaga bowiem, mimo wszystkich moich zastrzeżeń, odrobinkę jaśniej postrzegać świat za oknem.