Piotr Schmandt, Gdański depozyt

Rodzimi miłośnicy i miłośniczki literatury kryminalnej zmuszeni są do życia w dwóch wymiarach. W wymiarze pierwszym jest nowocześnie i europejsko, bo półki księgarni i bibliotek uginają się od skandynawskich książek. W wymiarze drugim jest staroświecko i polsko, bo najwięcej pisze się u nas tak zwanych kryminałów retro. Często – mimo tej ilości, a może właśnie przez nią – wybór pomiędzy tymi wymiarami przypomina wybór między dżumą a cholerą. Jak byśmy się nie obrócili to i tak najczęściej skończymy na lekturze co najwyżej średniej powieści, którą zapomnimy w kwadrans po zamknięciu ostatniej strony. Gdański depozyt Piotra Schmandta należy właśnie do grona takich książek. Sprawdza się jako rozrywka zajmująca jakiś zimowy wieczór tudzież skracająca podróż, ale niczego więcej po niej spodziewać się nie należy.

pobranePrzedwojenne Wolne Miasto Gdańsk to miejsce gorące nie tylko z uwagi na majowe i czerwcowe upały. Ostatnie przedwojenne miesiące przynoszą coraz większą agresję nazistów na ulicach, dramatyczne czasem podziały na tle narodowościowym i schowaną przed opinią publiczną walkę wywiadów. W takim niespokojnym czasie wieść o dawnym skarbie, ukrywanym gdzieś przez prawie dwa stulecia, jawić się może jako mało elektryzująca. Sprawa staje się jednak bardzo ważna w chwili, gdy okazuje się, że pomiędzy kosztownościami znajduje się rzecz bezcenna. Rozpoczyna się skomplikowana i zwodząca czytelnika intryga. A właściwie cała sieć intryg. Rozsupłanie tego w sposób logiczny zajmuje sporo czasu, co odbywa się z korzyścią dla czytelnika.

Sama fabuła jest, to trzeba autorowi oddać, dość wciągająca. Począwszy od pierwszych stron każda postać nie tylko posiada własną historię, ale także będzie aktywnie działać w sposób, którego byśmy w chwili jej poznania nawet nie podejrzewali. To oczywista zaleta, szkoda właściwie że jedyna.

Przedwojenny Gdańsk już tyle razy widział zbrodnię, że stało się to zwyczajnie nudne. I trzeba naprawdę mistrzowskiego pióra, by przełamać to, co już znamy i naprawdę przykuć uwagę. Piotrowi Schmandtowi się to nie udaje. Ciekawa historia miasta nie ma tutaj większego znaczenia, opisy ówczesnych realiów raczej oszczędne i nie tworzące, wbrew zapewne zamierzeniom autora, specyficznego klimatu. A już przeczucia jednej z bohaterek, dumającej przy zabytkowym nabrzeżu nad nadchodzącym końcem miasta w kształcie, jaki zna, są sztampowe aż do bólu zębów. Można tak pisać w gimnazjalnej rozprawce, ale nie w powieści.

Bohaterowie wymagają osobnego opisu. Wiele postaci pojawia się na kartach tej książki, ale żadnej naprawdę oryginalnej. Oficer polskiego wywiadu, słynnej dwójki, to dawny legionista, dziś więcej pijący niż naprawdę robiący. Przystojny i młody szlachcic z Ukrainy i jego jowialny dyrektor, trzymany krótko przez żonę, nawet czarne charaktery są w tej powieści jak spod sztancy. Najbardziej rzuca się to w oczy przy postaciach kobiecych, w których oryginalnego nie ma zupełnie nic. Żona zamożnego gdańszczanina jest zatem obfita i niezbyt lotnego umysłu, a maszynistka dyrektora głupia i naiwna, myśląca tylko o znalezieniu męża.

Trzeba wyraźnie powiedzieć sobie, że Gdański depozyt książką wybitną nie jest. Nie jest też powieścią dobrą. Najwłaściwiej byłoby rzecz – jest książką poprawną. Mamy wszystko to, czego możemy spodziewać się po literaturze sensacyjnej i tyle. Nic szczególnego w tej powieści Piotra Schmandta zwyczajnie nie ma. Z tego punktu widzenia okładkowe zapowiedzi wydawcy o „pasjonującym kryminale” są raczej sporo na wyrost. I dlatego polecam jedynie tym, którzy są pasjonatami tego typu historii.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s