Miesiąc: Grudzień 2013

Książki najgorsze czyli podsumowanie 2013


Rzadko pisuję o książkach, ale wychodzi z moich notatek, że przeczytałem w tym roku ponad 140 tytułów. Kilka z nich było wybitnych, nieco więcej zdarzyło się tych świetnych. Niestety, były i takie, przed którymi przestrzegać trzeba. Postanowiłem wziąć to trudne zadanie na swoje barki. Oto krótka lista tego, czego nie należy brać do ręki. Jedna uwaga – to nie są książki wydane w odchodzącym roku. To książki przeze mnie przeczytane.

Maureen Jennings, Detektyw Murdoch. Biedny Tom już wystygł – może niektórzy znają serial, który początkowo i mi się podobał (przez pierwszy sezon). Przygody detektywa z Toronto początku XX wieku w wersji pisanej są jednak niestrawne. Sztampa w warstwie fabularnej, żadnej fajnej retro atmosfery i życie wewnętrzne bohaterów zrobione z jednej i mało zapisanej kartki papieru. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

Chloe Palov, Arka Ognia – o tym pisałem akurat, bo dostałem ten gniot do recenzji od redakcji polter.pl. Jeśli uważacie, tak jak niżej podpisany, że Dan Brown jest słaby, to twórczość Palov nie mieści się w żadnej kategorii. Wiecie, są pewne granice żenady w pisaniu o templariuszach i ich skarbach i spiskach.

Agata Tuszyńska, Tyrmandowie. Romans amerykański – tym razem literatura faktu, czyli rozmowy z żoną Tyrmanda. Równie słabe jak ostatnie  wystąpienia jego syna w polskiej telewizji. Strata czasu i nic ciekawego. Ani nic o twórczości ani smakowitych kąsków z życia prywatnego.

Camilla Lackberg, Niemiecki bękart – również już opisana, jest tragedią dla wszystkich miłośników kryminałów, w których nie tylko coś się dzieje, ale logika nie ustępuje miejsca akcji. A tu ani akcji ani logiki. Po prostu bardzo długie wypracowanie gimnazjalistki, w dodatku tej raczej mniej rozgarniętej. Naprawdę nie rozumiem fenomenu. A film, co ostatnio i w Polsce dostępny, jest jeszcze większym koszmarem.

Mons Kallentoff, Wodne anioły – do recenzji przymierzam się, czasu nie mam, ochoty w sumie chyba też. Ta książka to doskonały przykład na to, jak ciekawy temat i nawet znośną fabułę uczynić czytelniczym koszmarem przez stosowanie kiepskiego języka i równie marnych rozwiązań, które mają udawać jakąś wyrafinowaną pisarską sztukę .(awangardę? poetyckość?). Lepiej trzymać się z dala.

To by było na tyle, następnych kilka gniotów opisałem w tym roku, można poszperać. W nowym roku życzę i sobie i Wam, by takich lektur było jak najmniej. W końcu czyta się dla przyjemności przede wszystkim.

PS. Kolejność pojawiania się tych powieści na liście jest chronologiczna. Wszystkie są słabe, więc nie potrafię zdecydować. Choć chyba jednak Palov.

Zygmunt Zaydler – Zborowski, Spotkanie w Montevideo


W okresie PRL – u polska literatura kryminalna toczyła się w trzech nurtach. Największym był ten swojski i rodzimy, w którym dzielni milicjanci pilnowali porządku w kraju. Drugim co do wielkości był taki, w którym koncentrowano się na pisaniu o starych angielskich dworach i dziwnych w nich zgonach, garściami czerpiąc z klasyki gatunku. Trzecim, tym najmniejszym, były powieści opisujące egzotykę, głównie Amerykę Południową. Do tego nurtu należy właśnie Spotkanie w Montevideo, pióra jednego z najbardziej znanych twórców tamtego okresu – Zygmunta Zaydler – Zborowskiego.

Historia jest dość prosta. Polski pisarz przyjeżdża do Urugwaju by spotkać się z dawno niewidzianym znajomym z czasów wojny. Na miejscu dowiaduje się, że znajomy właśnie zmarł. Nie mając nic lepszego do roboty, zamieszkuje w domu przyjaciela. W ciągu kilku dni następuje szereg dziwnych wypadków, który każe podejrzewać pisarzowi, że śmierć przyjaciela nie była naturalna. Rodzą się także podejrzenia, że zmarły handlował narkotykami. Nasz bohater postanawia na własną rękę wyjaśnić sprawę. Aby to zrobić, będzie musiał zmierzyć się z gangiem narkotykowym.

Powieść to bardzo typowa dla swej odmiany. Mamy tutaj wszystkie elementy, jakich należy się spodziewać po opisie przygód detektywa amatora w egzotycznej przecież scenerii. Opisy przyrody i zwyczajów panujących w Urugwaju to oczywiście podstawa. Do tego dochodzą wyznaczniki gatunku, a zatem rozmowy prowadzone jak przesłuchania, są pościgi i walki wręcz, są wreszcie romanse głównego bohatera. Dla uwiarygodnienia jego postaci autor sięgnął po równie sprawdzony sposób – wszak były komandos na pewno nie przestraszy się jakichś oprychów i da sobie radę nawet z kilkoma naraz.

Książka dziś trąci myszką, ale może jednak być dobrą lekturą na wieczór. Poza wartościami rozrywkowymi samej książki czytanie jej dziś jest także wspaniałym wglądem w to, czym pasjonowało się pokolenie naszych rodziców czy dziadków. Choćby dlatego warto poświęcić chwilę na poznanie urugwajskich przygód dzielnego pisarza z Polski.pobrane

Krzysztof Koziołek, Trzy dni Sokoła


Powieść kryminalna bierze swoje początki z powieści awanturniczych, publikowanych w odcinkach. Jeszcze w latach 60. i 70. ubiegłego wieku swoje utwory dostarczały do gazet ówczesne tuzy tego gatunku, z Zygmuntem Zaydler – Zborowskim na czele. Krzysztof Koziołek przypomina tamte czasy metodą publikacji właśnie. Trzy opowiadania wchodzące w skład tomu Trzy dni Sokoła pierwotnie pojawiały się w pewnej gazecie. Bez obaw, ich pochodzenie nie oznacza jednak, że są słabe. Mnie osobiście autor przekonał.

pobrane (2)Książka to, jak już wspomniałem, zbiór trzech opowiadań. Pierwsze z nich, Trup w winnicy, rozgrywa się w Zielonej Górze. Pewnego dnia o poranku ktoś odkrywa zwłoki wiceprezydenta miasta z kiścią winogron w ustach. Obok ciała leży list z żądaniem okupu i groźbą zakłócenia przebiegu zbliżającego się Światowego Kongresu Winorośli i Wina, który za parę dni odbędzie się w Zielonej Górze. Dziennikarz Andrzej Sokół na spółkę z policją spróbuje wyjaśnić sprawę.

Drugim z opowiadań jest Ostateczna rozgrywka. Przypadek sprawia, że Sokół znajduje się w posiadaniu pamiętnika Franciszki Maciejków, Polki rozstrzelanej w Nowej Soli przez Rosjan tuż po opanowaniu miasta. Podobno kolaborowała z Niemcami. Z lektury pamiętnika wynika jednak, że pracowała na rzecz polskiego wywiadu. Co więcej, teraz budynkami po fabryce nici, związanej z historią kobiety, interesuje się pewien zamożny przedsiębiorca, który nie cofnie się przed łamaniem prawa w drodze do celu. O co tak naprawdę toczy się gra? Dziennikarski nos Sokoła na pewno znajdzie logiczne wytłumaczenie.

Ostatnim z opowiadań jest Zemsta absolutna. Tym razem akcja przenosi się do Wrocławia, do którego wyjeżdża Sokół. Już pierwszego wieczora wypadki potoczą się szybko i nasz bohater nie tylko będzie świadkiem czyjejś śmierci, ale zostanie oskarżony o zabójstwo. Niebawem pojawi się więcej trupów, a wszystkie będą powiązane z dziennikarzem. Ktoś bardzo mocno usiłuje go wrobić. Motywem działania tajemniczego sprawcy jest zemsta. Czy Andrzej Sokół zdoła przekonać policję, że padł ofiarą perfidnej gry?

Andrzej Sokół to nie detektyw czy policjant, to po prostu dziennikarz. Nie przeszkadza mu to jednak w robocie czysto detektywistycznej. Czyni to naprawdę świetnie, działając w stylu chandlerowskich postaci czarnego kryminału. Działa w mniejszych i większych miastach południowo-zachodniej Polski – Zielona Góra, Nowa Sól, Wrocław – co jedynie uwiarygadnia go w oczach czytelnika i sprawia, że naprawdę można poczuć te historie. Obie wymienione przeze mnie cechy śledztw Sokoła są zresztą najjaśniejszymi punktami całości.

Koziołek nie udaje i to mi się podoba. Nie pretenduje do miana odkrywcy, korzysta z historii gatunku w sposób najbardziej dosłowny. Krótkie zdania, szybka akcja, opisy ograniczone do minimum to żelazna podstawa, na której buduje swoje historie. A te są dość ciekawe, poprawnie skonstruowane i trzymające w napięciu. To chyba wszystko, czego oczekuje odbiorca sięgający po tego typu książkę. Jasne, że wprawne oko wychwyci drobne nieścisłości, pewne klisze fabularne czy po prostu potknięcia Koziołka. Być może zabrzmi to paradoksalnie, ale dzięki temu jego pisarstwo jest jeszcze bardziej wiarygodne. Jego opowieść jest bowiem naturalna, z wszelkimi tego konsekwencjami. Mało tego w naszej zbrodniczej literaturze.

Trzy dni Sokoła przeczytać na pewno nie zaszkodzi. Ciekawe przygody dziennikarza są wciągające. Ja już szukam kolejnych książek tego autora. O którym chyba ciągle za mało słychać.

Piotr Schmandt, Gdański depozyt


Rodzimi miłośnicy i miłośniczki literatury kryminalnej zmuszeni są do życia w dwóch wymiarach. W wymiarze pierwszym jest nowocześnie i europejsko, bo półki księgarni i bibliotek uginają się od skandynawskich książek. W wymiarze drugim jest staroświecko i polsko, bo najwięcej pisze się u nas tak zwanych kryminałów retro. Często – mimo tej ilości, a może właśnie przez nią – wybór pomiędzy tymi wymiarami przypomina wybór między dżumą a cholerą. Jak byśmy się nie obrócili to i tak najczęściej skończymy na lekturze co najwyżej średniej powieści, którą zapomnimy w kwadrans po zamknięciu ostatniej strony. Gdański depozyt Piotra Schmandta należy właśnie do grona takich książek. Sprawdza się jako rozrywka zajmująca jakiś zimowy wieczór tudzież skracająca podróż, ale niczego więcej po niej spodziewać się nie należy.

pobranePrzedwojenne Wolne Miasto Gdańsk to miejsce gorące nie tylko z uwagi na majowe i czerwcowe upały. Ostatnie przedwojenne miesiące przynoszą coraz większą agresję nazistów na ulicach, dramatyczne czasem podziały na tle narodowościowym i schowaną przed opinią publiczną walkę wywiadów. W takim niespokojnym czasie wieść o dawnym skarbie, ukrywanym gdzieś przez prawie dwa stulecia, jawić się może jako mało elektryzująca. Sprawa staje się jednak bardzo ważna w chwili, gdy okazuje się, że pomiędzy kosztownościami znajduje się rzecz bezcenna. Rozpoczyna się skomplikowana i zwodząca czytelnika intryga. A właściwie cała sieć intryg. Rozsupłanie tego w sposób logiczny zajmuje sporo czasu, co odbywa się z korzyścią dla czytelnika.

Sama fabuła jest, to trzeba autorowi oddać, dość wciągająca. Począwszy od pierwszych stron każda postać nie tylko posiada własną historię, ale także będzie aktywnie działać w sposób, którego byśmy w chwili jej poznania nawet nie podejrzewali. To oczywista zaleta, szkoda właściwie że jedyna.

Przedwojenny Gdańsk już tyle razy widział zbrodnię, że stało się to zwyczajnie nudne. I trzeba naprawdę mistrzowskiego pióra, by przełamać to, co już znamy i naprawdę przykuć uwagę. Piotrowi Schmandtowi się to nie udaje. Ciekawa historia miasta nie ma tutaj większego znaczenia, opisy ówczesnych realiów raczej oszczędne i nie tworzące, wbrew zapewne zamierzeniom autora, specyficznego klimatu. A już przeczucia jednej z bohaterek, dumającej przy zabytkowym nabrzeżu nad nadchodzącym końcem miasta w kształcie, jaki zna, są sztampowe aż do bólu zębów. Można tak pisać w gimnazjalnej rozprawce, ale nie w powieści.

Bohaterowie wymagają osobnego opisu. Wiele postaci pojawia się na kartach tej książki, ale żadnej naprawdę oryginalnej. Oficer polskiego wywiadu, słynnej dwójki, to dawny legionista, dziś więcej pijący niż naprawdę robiący. Przystojny i młody szlachcic z Ukrainy i jego jowialny dyrektor, trzymany krótko przez żonę, nawet czarne charaktery są w tej powieści jak spod sztancy. Najbardziej rzuca się to w oczy przy postaciach kobiecych, w których oryginalnego nie ma zupełnie nic. Żona zamożnego gdańszczanina jest zatem obfita i niezbyt lotnego umysłu, a maszynistka dyrektora głupia i naiwna, myśląca tylko o znalezieniu męża.

Trzeba wyraźnie powiedzieć sobie, że Gdański depozyt książką wybitną nie jest. Nie jest też powieścią dobrą. Najwłaściwiej byłoby rzecz – jest książką poprawną. Mamy wszystko to, czego możemy spodziewać się po literaturze sensacyjnej i tyle. Nic szczególnego w tej powieści Piotra Schmandta zwyczajnie nie ma. Z tego punktu widzenia okładkowe zapowiedzi wydawcy o „pasjonującym kryminale” są raczej sporo na wyrost. I dlatego polecam jedynie tym, którzy są pasjonatami tego typu historii.

Gustaw Herling-Grudziński, Najkrótszy przewodnik po sobie samym


Od czasu do czasu wpadam w osłupienie. Może już nie powinienem, bo jednak podobnych razów było wiele i w gruncie rzeczy nadal dawać się zaskakiwać jest czynnością naiwną. A jednak wciąż mi się to zdarza. Ostatnio przy okazji „ostatniej książki Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w pierwszą rocznicę śmierci wielkiego pisarza”.

Najkrotszy-przewodnik-po-sobie-samym_Gustaw-Herling-Grudzinski,images_big,15,978-83-08-04362-2Takich książek pogrobowych jest bez liku. Wystarczy przypomnieć jakieś odnajdywane strzępki opowiadań Tolkiena, by zobaczyć o co chodzi. Nie musi przecież taka książka mieć wartości literackiej, ona ma się po prostu sprzedać. Na rodzimym podwórku nieudany kryminał Stanisława Lema czy – tak fetowana ostatnio – cudem odnaleziona „powieść kryminalna” Wisławy Szymborskiej, która popełniła to dzieło w początkach szkoły podstawowej. Co to mówi o tych twórcach, nie wiadomo. Wydawcy jedynie liczą zyski, oczywiście tłumacząc się spuścizną etc.

Podobnie jest z ową ostatnią książką Herlinga-Grudzińskiego. Czytamy ją sobie powoli, niespiesznie. Jest krótka, tekst duży, mnóstwo zdjęć. Czyta się przyjemnie, bo autor porusza się nie tylko po swoim życiu w sensie faktograficznym. Mówi także o swoich gustach malarskich, poglądach na wiarę czy opowiada o pisarzach, których ceni. Jest to naprawdę przyjemne w lekturze, niczym opowieść przy kominku. Właśnie – opowieść. Na końcu dowiadujemy się bowiem, że to nie słynny autor Innego świata napisał to wszystko i zostało odnalezione po jego śmierci. Nie, zrobił to pan redaktor, Włodzimierz Bolecki. I to zrobił przemyślnie – wziął fragmenty wypowiedzi zawartych w filmie pt. Rozważania o cnotach, coś tam dodał z własnych rozmów z pisarzem i, podobnież za jego zgodą, wydaje właśnie. O ową zgodę trudno pytać rok po śmierci, ale mimo wszystko umieszczenie na okładce słów o „ostatniej książce” wydaje się być od prawdy nieco oddalone, oględnie mówiąc. Ale czyż rozmowy z pisarzem podpisane nazwiskiem rozmówcy sprzedałyby się równie dobrze?

Nie, to nie jest książka zła. Zwłaszcza dla kogoś, kogo Herling-Grudziński niegdyś interesował, bo szkole nie udało się zniechęcić do niego przy okazji bezmyślnego powtarzania formułek o „człowieku złagrowanym”. Jego Dziennik pisany nocą czytałem jeszcze w licealnych czasach z prawdziwym zainteresowaniem. Ten człowiek zwyczajnie miał coś do powiedzenia innym i starał się robić to najlepiej jak potrafił. I za to chociażby należy mu się szacunek. Lub choćby poznanie tak niedoskonałe, jak przy okazji tej książeczki. Bo – mimo wspomnianej próby naciągnięcia czytelnika – to jednak duch pisarza jest w niej obecny. I to jest wystarczający powód, by po książkę jednak sięgnąć.