Jak pisać?

Pierwsze dni listopada nastrajają do głębszych refleksji. Mi też nie udało się od tego uciec. Myślałem o wielu poważnych sprawach, także i o tym, jak pisać dziś o literaturze. A dokładniej – jak pisać, by być czytanym? Wszak o to nam wszystkim chodzi.

Dyskusja na ten temat nie jest niczym nowym, pojawia się od czasu do czasu tu i ówdzie. Z grubsza można chyba wyodrębnić dwa główne obozy. Jedni są wierni dawnemu stylowi i piszą rozwlekłe recenzje, w których obowiązkowo musi się znaleźć mniej lub bardziej szczegółowa informacja o autorze, szczegółowa analiza treści książki i umiejscowienie jej na mapie gatunku. Drudzy – i tych znacznie więcej wydaje się być na blogach właśnie – skupiają się na krótszych formach, w których dominuje coś w rodzaju streszczenia fabuły i garści osobistych wrażeń, nie mających zazwyczaj wiele wspólnego z akademicką wiedzą o literaturze. Oba obozy istnieją i mają swych przeciwników w głębokiej pogardzie. Czy jednak takie rozgraniczanie ma jakiś większy sens w 2013 roku?

Mam różne doświadczenia, pisuję w różnych miejscach i formach. Zawsze staram się po prostu dotrzeć do odbiorcy. Czym innym zatem będzie mój tekst na blogu, czym innym zaś recenzja „papierowa”, opublikowana w czasopiśmie kulturalnym. Piszę do innych osób, więc piszę inaczej. Podobnie jest w życiu – inaczej rozmawiam z kumplami, inaczej z przełożonymi, jeszcze inaczej z moim synem w wieku przedszkolnym. Moim zdaniem dopasowanie do odbiorcy ma duże znaczenie dla powodzenia komunikacji. Dlatego na blogu staram się pisać zwięźle, choć w tej zwięzłości chcę – co oczywiście nie zawsze mi wychodzi – zawrzeć jakąś istotną myśl, która powie coś o opisywanej książce.

Oczywiście, można się spierać, czy to autorzy powinni równać (w domyśle – w dół) do swych odbiorców czy też może jednak próbować ich edukować, jak to bywało jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Moim zdaniem trzeba przede wszystkim być słyszalnym i rozumianym, potem można zajmować się popularyzacją literatury. Zresztą, czyż nawet najsłabsza pisanina nie jest ową popularyzacją? W końcu wiele blogowych wpisów, mało być może mających wspólnego z akademicką wiedzą o literaturze sprawiło, że ich czytelnicy sięgnęli po omawiane utwory. I to uważam za zaletę, nie wadę.

Ciekawi mnie wasze zdanie, bo z dotychczasowej praktyki wiem, że ile autorów i autorek blogów tyle różnych podejść do tematu.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s