Miesiąc: Listopad 2013

Andrzej Wydrzyński, Czas zatrzymuje się dla umarłych


Czy można w jednej książce połączyć wszystko to, co znamy z literatury sensacyjnej bez popadania w coś zupełnie niestrawnego dla czytelnika? Dziś, w drugiej dekadzie XX wieku odpowiedź twierdząca wydaje się tak oczywista jak twierdzenie Kopernika. Z całą pewnością nie było takie czterdzieści lat temu, gdy Andrzej Wydrzyński napisał Czas zatrzymuje się dla umarłych. Moim zdaniem jego powieść wytrzymała próbę czasu.

wydW zakładach „Proton” ginie kasjer. Dziwne są jednak okoliczności tej śmierci – nie giną pieniądze przeznaczone na wypłaty dla całego zakładu (a więc spore), a ciało kasjera znajduje się w zamkniętej szafie pancernej. Kiedy kapitan Paweł Wójcik zaczyna przyglądać się osobie zabitego, nowe informacje jedynie gmatwają obraz sumiennego i uczciwego kasjera. Im więcej szczegółów, tym więcej pytań. W rezultacie zwierzchnicy decydują o zawieszeniu sprawy. Kapitan jednak nie zazna spokoju, dopóki nie złapie mordercy. A ten poczyna sobie coraz śmielej – zabija kolejne osoby, zacierając ślady. Oczywiście, sprawiedliwość ostatecznie zatryumfuje, ale nie będzie to wcale zwycięstwo, którym należałoby się chwalić.

Wydrzyński, jak już wspomniałem na wstępie, miesza gatunki, a ściślej rzecz biorąc style powieści kryminalnej jako takiej. Powieść milicyjna to oczywistość, inne nie zdarzały się w Polsce pod rządami Gomułki. Autor korzysta jednak obficie z innych źródeł. Nawiązaniem do klasyki jest zagadka zamkniętego pokoju, w którym ginie kasjer. Sama postać kapitana Wójcika to jakby polski odpowiednik Marlowe’a, choć oczywiście z uwzględnieniem realiów PRL. Wpleciony wątek szpiegowski nie razi sztucznością, niemniej jednak sam chwyt bywał ówcześnie stosowany tak powszechnie, że w gruncie rzeczy dziś wydaje się jedynie ramotą, nawet jeśli dość sprawnie opisaną. I to chyba jedyna skaza na tej powieści.

Czas zatrzymuje się dla umarłych to na pewno nie jest książka idealna, pozbawiona wad. Na tle swojej epoki jest jednak jednym z najjaśniejszych dzieł, które znamy jako literacką spuściznę określaną zbiorczo mianem powieści milicyjnej. Kto szuka czegoś odmiennego od nadmiernego psychologizmu współczesnej sensacji, książkę Wydrzyńskiego poznać musi. To jeden z tych autorów, których wstydzić się nie mamy powodu. Warto naprawdę poświęcić wieczór Wydrzyńskeimu, z jednym wszakże zastrzeżeniem – dzieło raczej nie dla ludzi nie przepadających za klasyką gatunku.

Książka została wydana w reedycji serii Klub Srebrnego Klucza z bonusem. Jest nim płyta DVD z filmem Tylko umarły odpowie, będącym ekranizacją powieści. Moim skromnym zdaniem film również jest udany, choć różni się kilkoma szczegółami. Dobre kino w stylu noir, choć z milicjantami w roli głównej. A także dla tych, co wolą ekranizacje książek:

Nadia Szagdaj, Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca


Chcesz pisać kryminał osadzony w Breslau? Musisz mieć wielką odwagę, bo przecież po książkach Marka Krajewskiego wszyscy rzucą się do porównań. W walce z ogniem komentarzy może uratować cię tylko dobry pomysł. Nadia Szagdaj pokazuje, że można przyjąć wyzwanie. I wyjść z niego obronną ręką. Jej powieść Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowca  nie poraża czytelnika zbyt mocno, ale nie przynosi autorce ujmy.

Kroniki Klary Schulz. Sprawa pechowcaWszystko zaczyna się podczas przedstawienia w operze. Ginie jeden ze śpiewaków, a będąca na przedstawieniu Klara zauważa, że to na pewno nie był wypadek. Nikt, a zwłaszcza policja, nie chce jej słuchać. Nawet mimo tego, że jest córką emerytowanego policjanta, w przeszłości próbującą dostać się do policji. A może właśnie dlatego nikt nie bierze jej poważnie. Nasza bohaterka dostaje jednak swoją szansę – prywatne śledztwo zleca jej operowy sufler, dla którego tragicznie zmarły był partnerem. Gdy zleceniodawca ginie zaledwie dwa dni później, Klara nie ma wątpliwości, że obie śmierci nie były przypadkowe. Zaczyna wyścig z czasem, a liczba ofiar dookoła niej rośnie. To, co odkryje będzie naprawdę przerażające.

Wspomniałem o pomyśle autorki i kwestia ta wymaga uzupełnienia. Książka nie jest w stanie zaskoczyć odbiorcy w warstwie fabularnej – kolejne etapy śledztwa są mniej lub bardziej przewidywalne, a niektóre nawet bardziej oczywiste dla czytelnika niż bohaterki. Nie trzeba być znawcą gatunku, by bez trudu rozpoznać rozwiązania fabularne i klisze, jakimi posługuje się Szagdaj. Opisy miasta Breslau AD 1910 również nie stanowią o jakieś wielkiej sile tej powieści. Są to raczej szkice, tworzące co prawda tło dla rozgrywanych wydarzeń, ale raczej nie są w stanie wykreować jakiegoś klimatu. Stylistycznie jest momentami naprawdę nieporadnie, zwłaszcza w początkowych rozdziałach. Zupełnie nietrafione są fragmenty dziennika Klary pisanego z jakąś manierą egzaltowanej gimnazjalistki, na dodatek opisujące po raz wtóry to, o czym właśnie przeczytaliśmy. Lista zarzutów w sumie dość długa, a jednak książkę czyta się dość dobrze.

Przyczyną jest z całą pewnością osoba Klary Schulz. Można oczywiście dywagować nad tym, na ile postać kobiety detektyw przed I wojną światową ma rację bytu, ale nie można odmówić autorce próby ukazania rodzącej się emancypacji, nawet jeśli owa emancypacja jest połowiczna i trąci momentami naiwnością. Klara wzbudza podziw swoją nieustępliwością, nawet jej nieporadności w śledztwie jesteśmy w stanie wybaczyć dość szybko. Dzieje się tak za sprawą dość wiarygodnej narracji, w której poważne problemy mieszają się z kłopotami w rodzaju doboru sukni czy konieczności zmiany diety w obawie przed utyciem. Główna bohaterka jest wiarygodna, co sprawia, że budzi naszą sympatię i w gruncie rzeczy staje się osobą bliską, której kibicujemy do ostatniej strony.

Tytuł książki sugeruje, że możemy spodziewać się kolejnych śledztw toczonych przez Klarę Schulz. Osobiście jestem ciekaw. Pierwsza część ma w sobie jakiś potencjał, byłoby miło zobaczyć jego dobre rozwinięcie.

Darren Rowse, Chris Garrett, Problogger


Mam pewien problem związany z czytaniem książek o tym, co dzieje się w sieci. Większość z nich wychodzi już jakby po fakcie, spóźniona właściwie w momencie druku. Inna część zajmuje się opisami wielkich kampanii reklamowych w korporacjach o wielomilionowych budżetach. W gruncie rzeczy obie opcje są mało przydatne do zrozumienia tego, co się dzieje. Podobne wrażenia mam po lekturze książki Problogger. Jak czerpać zyski ze swojego bloga. Czyta się to świetnie, ale na dobrą sprawę nauczyć się można raczej mało. Niemniej jednak czas jej poświęcony nie uważam za całkowicie stracony.

pobraneAutorzy – Darren Rowse i Chris Garrett – sami są blogerami. Nie tylko piszą blogi (odpowiednio: Problogger.com i chrisg.com), oni zarabiają na nich setki tysięcy dolarów rocznie. Próbują się podzielić swoim sukcesem, opisując krok po kroku własną żmudną drogę do bycia zawodowym blogerem, zarabiającym na swojej pasji. Obaj panowie przedstawiają swoją własną drogę do sukcesu, co nie powinno dziwić, bo w tym mają doświadczenie i mogą się nim podzielić. Kłopot w tym, że działają w angielskojęzycznym internecie, głównie rzecz jasna tym amerykańskim. A ma się on tak do naszego jak nasz poczciwy maluch do któregoś z krążowników szos. I nie chodzi tu tylko o prędkość. Zasięg też, a on jest przecież najważniejszy z punktu widzenia zarabiania na blogu. Więcej odsłon to większe wpływy z reklam, prawda? U nas, gdzie zarabianie na blogach dotyczy głównie szeroko pojętego lifestyle’u (przecież nie blogów o książkach, prawda?), nie ma aż tak wielkich możliwości. A i reklamodawcy po pierwszej bańce blogerskiej są już ostrożniejsi.

Czytelnik zostanie przeprowadzony przez wszystkie stadia tworzenia bloga, który może odnieść sukces. Począwszy od wyboru tematu i platformy poprzez wskazówki dotyczące pisania i strategii marketingowych aż po próby wyceny i sprzedaży bloga przynoszącego zyski. Jest tu teoretycznie wszystko. I w tym jest właśnie problem – teoretycznie. Praktyka nie raz już przegoniła tę teorię.

Popatrzmy choćby na same blogi książkowe. Zdecydowana większość (jeśli nie wszystkie) stosują wszystko to, o czym piszą Rowse i Garret. Wynajdywanie nisz? Proszę bardzo – jak choćby blog o dystopiach, który osobiście bardzo cenię. Obecność w społecznościówkach? Wszyscy od dawna już tam są, niejednokrotnie zresztą wykorzystując niektóre z nich jako samo medium, na przykład vlogując o książkach na YouTube. Konkursy? Zbyt wiele by wymieniać, łatwiej dziś chyba znaleźć blog książkowy bez konkursów. Wpisy aktywizujące czytelników? Wyzwań książkowych tyle, że właściwie trudno byłoby znaleźć czas, by we wszystkich wziąć udział. Reklamy i współpraca? Też jest. Kto prowadzi swojego bloga jakiś czas, nie znajdzie wielu nowych pomysłów na poprawienie swojej pozycji. W tej materii książka przedstawia największą wartość dla osób początkujących, choć ci bardziej zaawansowani mogą odnieść pewien pożytek z uporządkowania swojej wiedzy.

Warto jednak książkę Problogger przeczytać, nawet jeśli się nie jest osobą początkującą w blogosferze. Nie tylko po to, by poznać sekret zarabiania sporych pieniędzy na swojej pasji. Wręcz przeciwnie nawet. Książkę trzeba przeczytać po to, by zrozumieć, jak ciężką i żmudną pracą jest pisanie bloga. I jak niewiele osób może odnieść w niej sukces. Nie tylko finansowy, jeśli już o to chodzi.

Marian Pilot, Pióropusz


 Podróż do wnętrza pisarza

Pióropusz książką niezmiernie ważną jest, jak głoszą wielkie autorytety naszego życia literackiego. Zgodzić się czy się nie zgodzić z tą obiegową opinią, oto jest kwestia zasadnicza. Nie raz już bywało tak, że opinie krytyków i znawców zupełnie nie pokrywały się z tym, co w książce odnaleźli czytelnicy. Co można zatem znaleźć w książce Mariana Pilota?

pobrane (1)To książka mówiąca przede wszystkim o dorastaniu. Dorastaniu w trudnych warunkach powojennych, na wielkopolskiej wsi, która znalazła się po raz kolejny w granicach polskiego państwa. Wynikające z tego faktu skutki dotykają wszystkich, tak narratora i jego rodzinę, jak i resztę jego otoczenia. Sprawiają, że świat konstruuje się na nowo, nie tylko w sferze osobistej, ale także szerszej, powszechnej, dotykającą swą istotą każdego. Pióropusz jest próbą uchwycenia tego wszystkiego. To detaliczny, nierzadko brutalny zapis wydarzeń kilku lat życia bohatera-narratora, opowiedziany przy tym językiem trudnym i dość specyficznym. Niełatwa w odbiorze opowieść w miarę swojego rozwoju stanie się jednak coraz bardziej klarowna, by przywieść czytelnika do końcowej konkluzji, z jaką książka pozostawia jeszcze długo. Wszystkie bowiem elementy są konieczne dla zrozumienia jej istoty.

Świat widziany z perspektywy chłopca, pochodzącego z rodziny egzystującej niejako na marginesie wiejskiego życia, nie jest miejscem przyjaznym. Każdy dzień jest właściwie walką. Szkoła i sąsiedzi próbują wtłoczyć bohatera w koleiny normalności, tak jak ona jest postrzegana. Zmiany, zachodzące dookoła nie pomagają w tym procesie, bo szybko okazuje się, że sami dorośli nie są w stanie za nimi nadążyć, a jedność dotychczas znanego świata, doskonałego w swej osobności, rozbijana jest przez skutki wojny, czyli nową, ludową władzę i pojawienie się zabużańskich repatriantów, o zupełnie innym stylu życia. Odnalezienie się w tym wszystkim kilkunastoletniego chłopca nie jest łatwe, a droga do zrozumienia i świata i samego siebie długa i pełna cierpienia.

To także opowieść o dojrzewaniu do życiowego powołania, jakim jest pisarstwo. Z przymusu, wynikającego z obowiązku szkolnego i trudnej sytuacji życiowej, młody chłopak dostrzega pewne zmiany, które się w nim samym dokonały na tyle, że właściwie już dojrzał. Jest w stanie pisać, choć nie jest to ani łatwe ani przyjemne. Godziny spędzane nad zapisywaniem kolejnych kartek papieru jawią się jako niekończąca się tortura, z której nigdy po prostu nie ma wyzwolenia. Dopiero upływ czasu sprawi, że będzie mógł przewartościować swój sposób myślenia. Ten moment inicjacji wreszcie nadchodzi. Świetnie opisana scena założenia okularów przypomina o tym, że dopiero wówczas, gdy zrozumiemy rzeczywistość, będziemy w stanie ją opisać. Zrozumienie to nie jest procesem łatwym i przyjemnym, składa się bowiem z wielu ciężkich i wyczerpujących prób, z wielu uczuć zniechęcenia i rozczarowania, których koniec zwieńczony sukcesem jawi się jako cel osiągalny.

Wreszcie jest to powieść o języku. Wiąże się z pisarstwem, bo przecież pisarstwo jest pracą wykorzystującą język jako tworzywo, które formowane w odpowiedni sposób odda to, co twórca chce przekazać swoim odbiorcom. Język jest żywy, to dość banalne stwierdzenie, ale tym prawdziwsze w chwili, gdy chcemy je przełożyć na martwe znaki liter, zaczerniające papier. Jeśli zatem opowieść ma być przekonująca i działająca na czytelnika, musi być stworzona z odpowiednich słów. Zbyt często zapominamy o tym, zwłaszcza w odniesieniu do prozy. A przecież cała literatura wzięła się z opowiadanych historii, z żywego języka właśnie. Marian Pilot przywraca tę świadomość, ani na chwilę nie pozwalając zapomnieć o tym, czym pisarstwo jest w swojej istocie. Jak sam to określa, pisarz jest „złodziejem”, kradnącym innym ich język. Ze starannej obserwacji rzeczywistości i przebiegu procesu własnego pisarskiego dojrzewania wysnuwa wniosek, że bez owego „podkradania” słów, zwrotów, sposobu mówienia innych ludzi, pisarz nie może tworzyć. Oczywiście, nie jest to w żaden sposób umniejszanie roli twórcy, raczej konstatacja pewnej prawdy, obowiązującej właściwie z taką samą siłą jak prawa natury.

Dotąd mówiliśmy o sprawach osobistych, jednostkowych. Nie należy jednak sądzić, że jedynie do nich ogranicza się Pilot. Jego książka bowiem jest jednocześnie czymś więcej. To niezwykle udany zapis pewnego okresu życia ściśle określonej społeczności, ograniczonej terytorialnie i chronologicznie do pewnych ram, które nadają konkretny kształt całości. Rozpatrywany pod tym kątem Pióropusz stanowi bardzo wyraźne zapis dotyczący regionalnej, małej ojczyzny, która na zawsze już pozostawia ślad we wszystkich poczynaniach dorosłego już bohatera. Być może to dziedzictwo trudne i z całą pewnością obciążające, ale niemniej wciąż istotne. Co więcej, zerwanie z nim oznaczałoby katastrofę, jaką byłoby odrzucenie swojej osoby jako pisarza. Pilot wybrał jednak swój zawód i, związany z nim na dobre i na złe, nie zamierza wycofywać się z obranej niegdyś ścieżki. Dla nas, czytelników, to pocieszająca wiadomość. Oznacza bowiem, że jeszcze nie raz będziemy mogli stanąć przed możliwością poznania rzeczywistości na co dzień ukrytej przed naszymi oczyma.

Marek Ołdakowski, We mgle


Powieść milicyjna w XXI wieku? Dlaczego nie, jak dowodzą coraz liczniejsze przypadki. Po książkach między innymi Ryszarda Ćwirleja czy Tadeusza Cegielskiego, także i Marek Ołdakowski sięga po tę stylistykę. I – przynajmniej wśród tych wyżej wymienionych – najbardziej trzyma się od dawna już ustalonych reguł kanonu gatunku. Co rzecz jasna wcale nie znaczy, że jego książka jest kiepska.

we-mgle-b-iext22022304Porucznik Piotr Skonar cieszy się na nadchodzący urlop i możliwość wyrwania się z codziennej harówki w stołecznej komendzie. Jak to jednak w życiu oficera Milicji Obywatelskiej bywa, zbrodnia towarzyszy mu wszędzie, gdziekolwiek by się nie udał. Mała nadmorska wioska nawet pod koniec sezonu pełna jest ludzi. Gdy ginie jedna z wczasowiczek wszystko zdaje się wskazywać na jej adoratora, studenta z Warszawy. Chcąc nie chcąc porucznik pomaga miejscowym milicjantom w śledztwie. Kiedy zostaje zamordowany jeden z potencjalnych świadków a podejrzany student znika, rozwiązanie zagadki wydaje się oczywiste. Porucznik Skonar ma jednak coraz większe wątpliwości. Postanawia sprawdzić jeszcze inne wątki tej sprawy.

Ten krótki opis mówi chyba wystarczająco wiele. Marek Ołdakowski żadnego prochu nie wymyśla. Robi za to przegląd najczęstszych motywów obecnych w powieści milicyjnej i miksuje je ze sobą tak, by uczynić strawnym dla czytelnika mu współczesnego. Rezultat końcowy ma niewątpliwie pewien urok. Zwłaszcza, że sprawna żonglerka nie wszystko, czym dysponuje pisarz. Każdy miłośnik milicyjnych śledztw bez trudu zauważy nie tylko sprawne posługiwanie się motywami. Najbardziej udaną częścią autorskiej roboty jest bowiem specyficzny język powieści, wręcz wprost zaczerpnięty z klasyków gatunku w rodzaju Edigey’a czy Zborowskiego. Język, fabuła, bohaterowie – wszystko tak, jak dawniej, a przecież jednak jakoś fascynują. Być może właśnie dzięki temu drobiazgowemu oddaniu realiów minionej epoki, czytelnik może trzymać w ręce naprawdę interesującą książkę.

Polecam nie tylko fanom gatunku. We mgle to po prostu dobry polski kryminał, nie przynoszący ujmy autorowi i zdecydowanie lepszy od wielu innych na naszym rynku. Aby się nim delektować nie trzeba też unosić się na – narastającej od jakiegoś czasu przecież – fali nostalgicznego obrazu PRL, w którym było fajnie. Nie było, ale śledztwa na pewno wydawały się łatwiejsze. Wszak nad wszystkim czuwała ludowa władza.

Valerio Varesi, Pokoje do wynajęcia


„Oto Italia, jakiej nie znamy” – pisze wydawca na tylnej stronie okładki. Intrygujące, ale wymagało sprawdzenia. I werdykt jest połowiczny – znamy taką Italię, znamy dobrze, jeśli przeczytaliśmy jakiś twórców włoskiego kryminału. Niemniej jednak książka Varesiego jest ze wszech miar godna polecenia.

pobraneKoniec roku to okres świąt Bożego Narodzenia. W północnych Włoszech pogoda zbliżona jest do naszej, mgła otula szczelnie całą Parmę. Jednej z takich długich i ciemnych nocy ktoś zabija starszą panią, właścicielkę niewielkiego pensjonatu. Komisarz Soneri podejmuje się śledztwa. Za czasów studenckich to właśnie w tym pensjonacie mieszkała jego narzeczona. Z każdym dniem śledztwa mnożą się nie tylko tropy i podejrzani, ale także wspomnienia z przeszłości. Rozwiązanie tajemnicy morderstwa będzie wymagało tyle samo policyjnej roboty co i uporania się z własnymi zmorami komisarza.

Varesi napisał wspaniały kryminał, który można zresztą nazwać pewną wariacją na temat czarnego kryminału. Przyczyny morderstwa są znane, ale niczego to tak naprawdę nie zmienia. Zbrodniarze odchodzą w chwale lub zostają świadkami koronnymi., Przełożeni zbierają zaszczyty za pracę, której nie wykonali, a sam komisarz otrzymuje uściski dłoni. Miasto toczy nieuleczalna choroba korupcji, oparta na chciwości kilku bogatych obywateli. Sprawiedliwość jest tylko pustym słowem, jakim ewentualnie szermują politycy przy okazji wyborów. Komisarz Soneri nie ma żadnych złudzeń. Nie jest nawet ostatnim sprawiedliwym – chce jedynie ocalić choć część własnej wizji porządku w mieście.

Podobne obrazki jak ten powyżej zresztą często pojawiają się we włoskich kryminałach. Dla mnie pewnym odkryciem jest uczucie, które nie chce mnie opuścić z jakiegoś powodu. Mam wrażenie, że bohaterowie Varesiego przypominają nieco dzisiejszych Polaków. Włosi zaangażowani byli w lewicowe ruchy przez całe lata 70. ubiegłego stulecia, w Polsce część dzisiejszych ludzi na stanowiskach pochodzi z szeregów opozycji antykomunistycznej. U Varesiego widać jak na dłoni rozczarowanie nie tyle dawnymi ideałami co postawami niektórych jego dawnych znajomych, którzy dziś są po zupełnie innej stronie barykady. Sprawiedliwość sądowa czy społeczna zostały porzucone, ideały zdradzone w imię kariery i pieniędzy. I u nas powstają książki, które opisują podobne rozczarowanie rzeczywistością dawnych opozycjonistów. Ale to już opowieść na zupełnie inną okazję.

Pokoje do wynajęcia są pierwszą częścią dłuższego cyklu. Całość będzie wychodzić w Polsce stopniowo. Mam nadzieję, że reszta części będzie trzymać poziom pierwszej. Włosi szalejąc za pisarstwem Varesiego przysięgają, że tak.

Kobiecy kryminał


Joanna Jodełka, Grzechotka

W nowej polskiej literaturze kryminalnej pojawia się coraz więcej książek pisanych przez kobiety. Nie mamy jeszcze gwiazd na skalę Agathy Christie czy Aleksandry Marininy, ale jest kilka nazwisk, które warto zapamiętać. Obok książek Gai Grzegorzewskiej na pewno wypada poznać także te sygnowane przez Joannę Jodełkę. Grzechotka to jej druga powieść.

Grzechotka_Joanna-Jodelka,images_big,19,978-83-7414-901-3Edyta Skomorowska budzi się z koszmarnego snu. Śniło się jej, że ktoś wykradł jej dziecko, dokonując porodu, którego zupełnie nie pamięta. Chwilę potem konstatuje, że to wcale nie był sen. Co więcej, policja podejrzewa ją o dzieciobójstwo, wszak znane są takie przypadki działania w szoku okołoporodowym. Wezwana w celu konsultacji psycholog Weronika Król również podziela to zdanie. Kłopot ma jedynie z ustaleniem, czy podejrzana była w pełni poczytalna. Kiedy jednak poznaje Edytę i kilka faktów z jej przeszłości, zaczyna prowadzić swoje własne śledztwo.

Grzechotka to bardzo kobieca powieść. I to nie tylko ze względu na temat przestępstwa dzieciobójstwa, zabiegów aborcji dokonywanych w podziemiu, miłości do własnego dziecka i bólu po jego stracie. Również na pewno nie z powodu opisów rozterek egzystencjalnych doświadczanych przez singielki w średnim wieku albo scenom brutalnej przemocy wobec kobiet, zmuszanych do prostytucji i aborcji przez swoich „opiekunów”. Zaryzykuję nawet tezę, że sam temat mógłby być zupełnie inny, a nadal książka byłaby zdecydowanie żeńską odmianą prozy. Dzieje się tak ze względu na osobisty ton narracji. Wszechwiedzący narrator – a ściślej rzecz biorąc narratorka – opisuje świat w sposób właściwy głównie kobietom. Detal ubrania, wyczuwanie nastroju chwili, refleksje nad ludzkim zachowaniem to elementy, które tworzą spójną całość, którą czyta się po prostu świetnie. Dodajmy do tego mocno ironiczny i momentami czarny wręcz humor, a uzyskany obraz będzie i tak namiastką tego, co na kartach książki Jodełki przeczytać można. Być może dla niektórych wejście w ten świat będzie czymś trudnym na początku, gwarantuję jednak, że o wiele trudniej będzie się z nim rozstać po skończonej lekturze. Zwyczajnie nie chce się opuszczać Weroniki Król, psychologa z osobistymi problemami.

Książka niewątpliwie niełatwa, ale w moim odczuciu owa trudność jedynie wzmaga przyjemność płynącą z jej lektury. Wszyscy ci, którzy w kryminale szukają opisu rzeczywistości w krytycznym zwierciadle, na pewno się nie zawiodą. Bo głównym przesłaniem tej powieści jest to, że tego typu historie dzieją się cały czas. Tuż obok nas.