Seria zbrodni we Wrocławiu

Paweł Pollak, Gdzie mól i rdza

Znowu książka dziejąca się we Wrocławiu. Zupełny przypadek – przyrzekam – nie zacząłem nagle poszukiwać wyłącznie książek dziejących się w mieście, w którym mieszkam. Niemniej jednak nie tylko umiejscowienie akcji zdecydowało o tym, że – mówiąc banalnie – od książki nie mogłem się oderwać. Przeczytałem szybko, kończąc z uczuciem niedosytu. Mam nadzieję, że to nie ostatnie spotkanie z komisarzem Markiem Przygodnym.

gdzie mol i rdzaKiedy w centrum miasta od zatrutej kurarą strzały ginie samotny staruszek, po śmierci na dodatek oskalpowany, wszystko zdaje się wskazywać na jakieś trudne do wytłumaczenia motywy zbrodniarza. Do czasu, gdy pojawia się nowa ofiara, policjanci właściwie kręcą się w kółko. Druga ofiara pozwala im na pójście dalej. Czy w mieście szaleje seryjny morderca? Dziennikarze już stawiają taką tezę, szukając sensacji, która pozwoli im na podniesienie sprzedaży swoich tytułów. Komisarz i jego ludzie muszą działać naprawdę szybko.

Trudno, naprawdę trudno pisać mi o tym, dlaczego ta książka jest dobra. Być może dlatego, że Pollak w gruncie rzeczy nie wymyśla prochu. Trzyma się reguł gatunku dość mocno. Widać to zresztą nie tylko w fabule powieści. Popatrzmy na bohaterów. Komisarz Przygodny to archetyp detektywa policjanta. Lat czterdzieści i cztery, marzący o rozwodzie z żoną, pochłonięty pracą. A przecież nie czuje się stary, z żoną rozwodzi się z powodu wygasłej miłości, nie nadużywa alkoholu. Podobnie z innymi postaciami. W iluż to kryminałach znajdujemy niezbyt rozgarniętego pomocnika detektywa, w iluż powieściach przyjaźń między stróżem prawa a dziennikarzem przynosi znaczące przełomy w śledztwie, w iluż wreszcie znajdziemy figurę cynicznego do szpiku kości lekarza sądowego czy kompletnie głupich posterunkowych. Pytanie retoryczne nawet dla umiarkowanych zwolenników gatunku. A jednak w Gdzie mól i rdza jest inaczej. Niby znane już z niezliczonych odtworzeń schematy zdają się ożywać na nowo, tworząc coś więcej niż sumę swoich istnień. Autor pisze książkę, którą się czyta jak opowieść znajomego. Nie ma upiększeń, nie ma niepotrzebnych fajerwerków. Jest za to żmudna policyjna robota i zwykły przypadek. Są także ludzie, z krwi i kości.

Po dłuższym zastanowieniu wiem, co jest – przynajmniej dla mnie – największą siłą tej powieści. To jej humor, który wiele razy doprowadzał mnie do głośnego śmiechu (często czytam w miejscach publicznych, więc rozumiecie…). Humor związany z tym, że żyjemy w tym dziwnym kraju, w którym urzędniczka pocztowa bez trudu przekonuje, że regulamin jej instytucji jest czymś nadrzędnym nie tylko wobec innych aktów prawnych, ale także zdrowego rozsądku. Takich smaczków jest wiele, ale ich odkrywanie pozostawię przyszłym czytelnikom książki Pawła Pollaka. Autor dowiódł, że połączenie niezbędnego pisarzowi wyczulenia na szczegół z wyczuele

Książka naprawdę dobra i dziwi mnie tylko jedno – dlaczego o niej tak cicho? Czy naprawdę tylko dwie lub trzy firmy wydawnicze obecnie są w stanie przyciągnąć uwagę czytelników? Czy tylko wysokość środków na promocję ma stanowić o sile danej powieści czy rozpoznawalności danego twórcy? Mam nadzieję, że nie. Być może nadzieja w blogach właśnie?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s