Miesiąc: Wrzesień 2013

Ostatni sprawiedliwy w Breslau


Jacek Inglot, Wypędzony

Moda na Wrocław trwa. Zwłaszcza na jego pogmatwaną historię. Nie tylko Marek Krajewski pisał o Breslau, powstaje też wiele książek innych autorów, próbujących powtórzyć sukces najbardziej chyba popularnego obecnie autora powieści kryminalnych. Wreszcie to we Wrocławiu przecież odbywa się Festiwal Kryminalny. Książka Jacka Inglota jest jednym z jaśniejszych punktów w opisywaniu stolicy Dolnego Śląska. Choć niekoniecznie z punktu widzenia miłośnika kryminałów.

pobrane (1)Jan Korzycki to były oficer AK, po wojnie aresztowany przez UB i poddany brutalnemu śledztwu. Udaje mu się jednak uciec i za wskazówką byłego współpracownika z czasów wojny postanawia wyjechać do Wrocławia. Zamieszanie panujące w mieście powinno pozwolić mu się łatwiej ukryć przed ponownym uwięzieniem. Po przyjeździe do miasta wstępuje do Milicji Obywatelskiej, bo uznaje, że najciemniej może być pod latarnią. Jako były oficer nie ma większych problemów w mieście, w którym pozornie tylko trwa pokój. Sytuacja się zaostrza, kiedy obok wiecznie pijanych sowieckich żołnierzy i nie cofających się przed niczym szabrowników w mieście pojawia się niemiecki komendant Breslau, który zapowiada wznowienie walki. Korzycki zdecydowany jest go odszukać.

Wypędzony reklamowany jest przez wydawcę jako powieść kryminalna. Osobiście uważam, że jest to raczej klasyczny western. Dziki Zachód tużpowojennego Wrocławia, główny bohater jako ostatni sprawiedliwy w mieście, zakładający posterunek milicji niesie ze sobą skojarzenia z filmami z Johnem Wayne’m raczej. Sposób zbudowania tej postaci oczywiście ma wiele wspólnego z historią. Jest oparty o to, co działo się naprawdę. Autor wykonał dużą pracę faktograficzną, a przy tym zaprezentował własny sposób odczytania historii. I za to należą się Jackowi Inglotowi słowa uznania.

To także – a raczej przede wszystkim – opowieść o wypędzeniach. Wykorzeniony bohater, warszawiak z pochodzenia, nie ma powrotu do dawnego życia. Takiego powrotu nie mają także przesiedleni ze wschodu Polacy. Nie mają go, co oczywiste, Niemcy, którzy muszą opuścić Breslau. Ich sytuacja staje się dla Inglota punktem wyjścia do rozważań o winie i karze. Ustami głównego bohatera, a także innych postaci w powieści, snuje rozważania o sprawiedliwości, odpowiedzialności Niemców za okrucieństwa wojny, zmienne role skazanych i skazujących. Stara się w tym wszystkim pozostać wierny sobie, ale życie konfrontuje go z sytuacjami, które sprawiają zmiany sposobu myślenia. W efekcie książka zyskuje, wychodząc od powieści popularnej w stronę prozy bardziej ambitnej. Staje się rozważaniem nad wieloma istotnymi kwestiami.

Atmosfera miasta jest w powieści kluczowa. Tak naprawdę Breslau-Wrocław staje się pełnoprawnym bohaterem powieści. To miasto, tak przecież zniszczone wojną, żyje. Żyje w stanie zawieszenia, dwuwładzy (a właściwie – trójwładzy, bo oprócz Polaków i Niemców są przecież Rosjanie, czuwający nad wszystkim niejako z góry), w jakimś pęknięciu czasu, na przełomie epok, władz, historii. Żyje i ma się dobrze, odradza mimo pasożytujących na nim szabrowników i żołnierzy sowieckich, żyje jakby na przekór wszystkim. Niemcy wciąż jeszcze trwają, Polacy powoli ale nieubłaganie zdobywają coraz większe obszary zburzonego mocno miasta. Dzięki plastycznym opisom całych dzielnic, obecnych zwłaszcza w pierwszych partiach książki, dowiadujemy się wiele o tym, jak naprawdę wyglądało ówczesne życie. I to także ogromny walor tej powieści.

Warto potowarzyszyć wypędzonym. Bo tak naprawdę to historia o ludziach bezlitośnie wyrwanych z jednego miejsca i wyrzuconych w drugim. Dziś, gdy ekonomia często robi z nami to samo, zmuszając do wykorzenienia z żyjących w nas małych ojczyzn, tym bardziej lektura książki może poruszać. Warto zobaczyć, jak żyć w takich czasach, czerpiąc z przykładu, jaki daje nam historia.

Reklamy

A to Polska właśnie


Wiktor Hagen, Dzień zwycięstwa

Trzecia część przygód komisarza Roberta Nemhausera przynosi to, do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić podczas lektury poprzednich tomów. Książka jest sprawnie napisana, pełna humoru, a przede wszystkim pełnego dystansu realizmu w opisywaniu naszej nadwiślańskiej rzeczywistości. Coś jednak zgrzyta, jakby cudowna formuła na napisanie dobrej powieści detektywistycznej nieco się autorowi wytarła. Chyba zabrakło w tym wszystkim dobrej zagadki kryminalnej. A to grzech w kryminale niewybaczalny, można powiedzieć nawet że śmiertelny.

pobrane (1)Zbliża się rocznica bitwy warszawskiej. W małej miejscowości kilkadziesiąt kilometrów od stolicy organizowane są obchody jednego z elementów wielkiego zwycięstwa polskiego oręża. Atak konnej jazdy miał być decydujący dla tego odcinka frontu, zatem lokalne władze postanawiają wykorzystać to do promowania okolicy w mediach. Huczne obchody, na które składają się między innymi inscenizacje bitwy i artystyczna instalacja, zostają zakłócone zabójstwem. Ofiarą jest kombatant, uczestnik II wojny światowej, mający brać udział w święcie. Szybko okazuje się, że wrogów miał wielu.

Na pozór wszystko w Dniu zwycięstwa jest takie, jakie być powinno. Po raz kolejny czytelnik dostaje bardzo dobry opis realiów polskiego życia. Tym razem Wiktor Hagen przyjrzał się środowiskom kombatanckim, artystom, prowincjonalnym dziennikarzom i ludziom władzy. Postaci malowane przez niego są typowe i nietypowe zarazem. Jeśli mamy przesłuchania dziennikarza, piszącego antysemickie teksty do gazety sprzedawanej w przykościelnym sklepiku, to na ogół wiemy, czego się spodziewać. Hagen pokazuje jednak drugie dno całej sytuacji – z czegoś trzeba przecież żyć, a jak mówi ów dziennikarz „inni kurwią się bardziej”. Podobnych sytuacji i scen znajdziemy w powieści wiele. Nic nie jest jednoznaczne, nic nie jest oczywiste, a świat nie do końca czarno-biały. W momencie rozwiązania całej intrygi przekonujemy się o tym najdobitniej. Znów prawda ustalona w czasie śledztwa jest prawdą znaną jedynie wąskiemu kręgowi wtajemniczonych, a opinia publiczna dostaje wiadomości spreparowane pod kątem ich politycznej wymowy i partykularnych interesów ludzi polityki i biznesu. Jak we wcześniejszych powieściach, pewnych ludzi po prostu ruszyć nie można.

Mam wrażenie, że szaty kryminału, powieści popularnej w gruncie rzeczy, są dla Hagena jedynie kostiumem, w który próbuje ubrać swoje spostrzeżenia na temat polskiej rzeczywistości początku XXI wieku. Dlatego też i konstrukcja fabuły bardziej skupiona jest na opisywaniu niż pokazaniu pracy pary detektywów. Skoro dziś czytane są tylko kryminały, to na pewno dobre posunięcie. Tym bardziej że Wiktor Hagen zna się na rzeczy. Dzięki sięgnięciu po klasyczny już motyw serii przesłuchań mamy do czynienia z szeregiem postaci, zanurzonych w różnorakie środowiska. Obraz, jaki przedstawiają na pierwszy rzut oka te postaci jest jednostronny, ale autor pokazuje nam też ich drugie, najczęściej ciemne oblicza. Każdy ma coś do ukrycia, a jedynym motorem działań jest ludzka żądza pieniądza. Idee i szczytne hasła są głoszone na użytek publiczny, w zaciszu gabinetów trwa zaś brutalna wojna. Jej ofiarami nie są jednak jedynie trupy odnajdywane przez policję. W czas wojny nie tylko giną ludzie, giną także wyższe wartości. I ten wniosek niesie z sobą Dzień zwycięstwa. Ironia zapewne zamierzona.

Napisałem na wstępie, że książka nie jest tak dobra, jak jej poprzedniczki. Mimo to i tak Hagen w średniej formie jest o klasę lepszy od wielu autorów polskiej literatury kryminalnej. I dlatego też warto poświęcić mu czas.