Miesiąc: Sierpień 2013

Propagandowa ramota


Jerzy Siewierski, Tam, gdzie diabeł ma młode.

Powieść milicyjna potrafi czasem zaskoczyć. Nie trzeba wcale tęsknić za PRL, by poczuć nić sympatii dla czasów, gdy wszystko było zwyczajnie prostsze. Wbrew pozorom oddane realia, odczytywane oczywiście z dużą dozą krytycznego spojrzenia, mogą stanowić ciekawy materiał. Większości książek kryminalnych z tamtych lat nie da się jednak dziś czytać bez uczucia ogromnego zażenowania, podobnym do tego, jaki odczuwał Stanisław Barańczak już trzy dekady temu. Z dziełem tego typu mamy do czynienia właśnie w przypadku tej konkretnej powieści Jerzego Siewierskiego.

images (1)1947 rok nie przynosi wcale powszechnego pokoju. Zwłaszcza na Ziemiach Zachodnich, wkrótce zresztą przemianowanych na Odzyskane przez komunistyczną propagandę. Szczecin, a przede wszystkim Świnoujście to miasta portowe, miasta do których uciekają ludzie z przeszłością. Jest Świnoujście także miastem przemytników, zarabiających na przerzucie ludzi do Szwecji. Losy byłego partyzanta, który nie chce mieć już nic wspólnego ze swoim dawnym oddziałem splotą się z bandą przemytników, byłym dowódcą UPA i – jakżeżby inaczej – z dzielnymi chłopcami z MO i UB. Finalna rozprawa będzie niezwykle krwawa, ale jej wynik znamy jeszcze przed rozpoczęciem lektury. Wygrać mogli tylko jedni, prawda?

Ten propagandowy schematyzm w powieści Siewierskiego zwyczajnie nudzi do bólu. Ani przez moment nie mamy wątpliwości kto jest dobry a kto zły, nie mamy także nadziei na jakiś nieoczekiwany zwrot akcji. Wszystko przebiega zgodnie z planem, jaki naszkicowano jeszcze w latach socrealizmu. Choć Tam, gdzie diabeł ma młode pochodzi z roku 1981 to jednak nie różni się zasadniczo od tego, co przedstawiano w tzw. produkcyjniakach w czasach stalinizmu. Partyzant to bandyta i element „czarnej reakcji”, przyszłość zaś jest świetlana i należy do zwolenników władzy, której zbrojnym ramieniem jest UB. Każda strona tej w sumie niewielkiej książeczki – 146 stron kieszonkowego wydania – tchnie duchem znanym z propagandy. W rezultacie sprawia, że całość fabuły przestaje być istotna. Nie jest ważne, kto i dlaczego robi to, co robi, a nawet jak się nazywa. Wiadomo, gdzie leży prawda i kto ma – historyczną, a jakże! – rację. Wszak historia nie może się mylić.

Dziś, w 2013 roku, powieść Siewierskiego jest tylko ramotą, nieudaną już w momencie swojej produkcji. Zachwycić może tylko czytelników szukających nostalgicznych wspomnień lub historyków literatury. Reszta ludzkości na pewno może sobie darować.

Retro za bardzo retro


Izabela Żukowska, Teufel,

Izabela Żukowska, Gotenhafen

Kolejny kryminał w retro dekoracjach? Mamy tego typu książek w naszym kraju tak dużo, że właściwie można przejść obojętnie wobec zdecydowanej większości. Po sukcesach Marka Krajewskiego swoje wizje przedstawia bardzo wielu autorów i autorek, z różnym zresztą skutkiem. Jest kilka powieści udanych, nieco takich sobie i cała masa takich, które zginęły w mrokach półek tuż po publikacjach. Książki Żukowskiej lokują się gdzieś pośrodku szerokiego spektrum pomiędzy wspaniałą powieścią a gniotem niewartym czytelniczej uwagi.

pobrane (1)Teufel przynosi opowieść o ostatnich dniach sierpnia 1939 roku w Wolnym Mieście Gdańsk. Już samo to usytuowanie w czasoprzestrzeni nasuwa szereg skojarzeń. Wojna wybuchnie lada chwila i tak naprawdę to najbardziej zajmuje czytelnika. A także atmosfera miasta, w którym krzyżują się nie tylko szlaki handlowe, ale przede wszystkim odmienne narodowości. W takiej scenerii zabójstwo młodej kobiety właściwie wydaje się dość banalne. Tym bardziej, że komisarz Thiedtke odlicza dni do przejścia na emeryturę. Kiedy jednak zgłasza się do niego młoda dziewczyna, która ma wątpliwości co do okoliczności śmierci i tożsamości ofiary, postanawia przeprowadzić swoje ostatnie śledztwo.

pobrane (2)Akcja Gotenhafen rozgrywa się już w czasie wojny. Emerytowany komisarz budzi się w pokoju hotelowym z trupem. Niczego nie pamięta. Miejscowe Gestapo nie ma wątpliwości – to on zabił. Komisarzowi udaje się uciec podczas transportu i od tej pory próbuje odnaleźć sprawcę zabójstwa, a przy okazji poznać własne życie na nowo. W tej batalii jego sojuszniczką będzie polska lekarka, która wciąż wierzy, że jej mąż powróci do Gdyni.

Mam spory problem z tą dylogią Żukowskiej. Z jednej strony nie sposób nie docenić benedyktyńskich wręcz wysiłków autorki w celu odtworzenia atmosfery dawnego Gdańska i Gdyni. Mam jednak jakieś takie poczucie, że owa dbałość o historyczny realizm zabiła ducha powieści kryminalnej, zwłaszcza w odniesieniu do debiutanckiego Teufel. Druga część opowieści o komisarzu Thiedtke posiada nieco więcej akcji, więc można ją uznać za dzieło bardziej dopracowane. W pierwszej książce niestety na plan pierwszy wysuwa się dbałość o realizm. Dlaczego niestety? Sądzę, że niektórzy mogą się zachwycać, ale osobiście poczułem się zmęczony w kilku miejscach. Kiedy jedna z postaci widzi gazetę, otrzymujemy ciąg skojarzeń, tłumaczący wszystkie dostępne ówcześnie tytuły prasowe. Każdy kościół wzbudza dygresję historyczną, podobnie jak każda ulica, choćby najmniejsza. Być może nie potrafiłem docenić kunsztu autorki, ale osobiście szukam w powieści kryminalnej czegoś innego niż nadmiar historycznej wiedzy, nawet tak interesującej. Podobnie oceniam obecność zdjęć w tekście. Niby wszystko ładnie, a jednak czegoś brak. Wszak i nadmiar szkodzi zdrowiu, dlaczego zatem mielibyśmy znosić go w literaturze?

Werdykt zatem wydaję salomonowy – czytać można, ale niekoniecznie. A jeśli już, to raczej sugerowałbym Gotenhafen. Lektura jest jak najbardziej możliwa bez znajomości wcześniejszej części. Być może nawet taka lektura będzie większą przyjemnością.

Ostatni sprawiedliwy


Wiktor Hagen, Długi weekend

Jaki jest stereotyp postaci detektywa? Samotny mężczyzna w średnim wieku, nadużywający alkoholu i poświęcający się swojej pracy całkowicie. Często dziwak lub ekscentryk, wyróżnia się z tłumu posiadaniem jakieś cechy osobowości, która rzutuje na odbiór jego osoby. Bywają jednak wyjątki, potwierdzające tę regułę. Takim wyjątkiem jest Robert Nemhauser, komisarz stołecznej policji. Historyk z wykształcenia, kucharz z zamiłowania, detektyw z racji wykonywanej pracy. Do tego szczęśliwy mąż i ojciec dwóch synów, bliźniaków w wieku przedszkolnym. Czy można sobie wyobrazić w jaki sposób prowadzi śledztwa?

imagesKiedy ginie znany działacz ekologiczny, właśnie rozpoczyna się długi majowy weekend. Brak ludzi sprawia, że śledztwo toczy się powoli, a kolejne wątki wyjaśniane są żmudną policyjną pracą, którą komisarz Nemhauser wykonuje w pojedynkę. W chwili, gdy zamordowany zostaje znany profesor archeologii, sprawy się komplikują. Zwłaszcza, iż profesor był także szefem firmy zajmującej się udzielaniem ekspertyz przy budowie autostrady. Sprawa zatacza coraz szersze kręgi. A także wyższe, bo przecież zbliża się Euro2012 i oczy wszystkich skierowane będą na nasz kraj. Komisarz musi się śpieszyć.

Długi weekend to nie tylko niestereotypowy komisarz. To także – a może nawet przede wszystkim – celne i bezlitosne obserwacje polskiego życia, tak publicznego jak i prywatnego. Niezależnie gdzie prowadzi policjantów trop – fundacje ekologiczne, uniwersytet, firmy deweloperskie czy biura poselskie – wszędzie widać korupcję, chciwość i brak jakichkolwiek zasad. Liczy się tylko własny interes. Dla osiągnięcia celu wielu zrobi wszystko. W tym wszystkim trudno odnaleźć sprawiedliwych.

Największą zaletą tej książki jest właśnie jej osadzenie w rzeczywistości. Hagen nie idzie drogą wielu innych twórców polskiego kryminału. Nie ucieka w retro stylizację lub opisy bohaterskiej walki z układem wymyślonym przez Służbę Bezpieczeństwa. Widzi za to kraj, w którym jedyną wartością jest brak wartości. Do tego należy dodać przedstawienie współczesnej Warszawy, wedle których na pewno można zwiedzać miasto. Skojarzenia z czarnym kryminałem są tutaj jak najbardziej na miejscu. Zwłaszcza, że autor pisze świetnie także w sferze języka, co było przecież domeną Hammetta czy Chandlera. Niektóre dialogi bądź opisy są przykładem mistrzowskiego wykorzystania mówionej frazy, w której na dodatek odnajdziemy pełno zjadliwej ironii, bezlitośnie wyśmiewającej wszystko, co w naszym kraju na to zasługuje. Czyli naprawdę sporo.

Najważniejsze jest jednak na końcu. Prawda, jak odpowiada komisarz Nemhauser żonie w ostatnim zdaniu książki, nie istnieje. I ta lakoniczna, bardzo celna pointa sprawia, że do książek Hagena na pewno będę wracał. Czarny kryminał ma w naszym kraju mistrza. Nazywa się Wiktor Hagen.

Kryminał zaangażowany


Leena Lehtolainen, Na złym tropie, wyd. Rebis, Poznań 2012

Kraje skandynawskie uchodzą za jedne z najbardziej usportowionych. Sport masowy ma się tam dobrze. Kiedy jednak dochodzi do profesjonalizacji, pojawia się potrzeba wyników. Rodzi to nie tylko zdrową rywalizację, ale także cień w postaci dopingu.

pobraneDziennikarka pisząca o sportowcach biorących zakazane środki zostaje niemalże zabita w wypadku samochodowym. Wydaje się, że nie był to przypadek, ktoś najwyraźniej chciał ją zepchnąć na pobocze. Maria Kallio, była komisarz policji, bierze udział w rządowym programie mającym pomagać ofiarom przemocy domowej. Kiedy wokół cudem ocalałej dziennikarki zaczynają ginąć ludzie, Kallio chcąc nie chcąc wraca do policyjnej służby, by rozwikłać sprawę dwóch morderstw. Okazuje się, że prawda jest bardzo skomplikowana.

Jak zwykle u Lehtolainen kryminalna historia jest jedynie pretekstem do snucia opowieści o fińskiej rzeczywistości. A nawet nie tylko fińskiej, bo przecież w rywalizacji sportowej rzecz rozgrywa się na arenie międzynarodowej, z igrzyskami olimpijskimi w roli głównej. Bohaterki powieści raczej są przeciwne temu, co dzieje się z ideą szlachetnych zmagań człowieka z innymi i samym sobą. Dziś nie liczy się nic poza wynikiem, nawet kosztem własnego zdrowia. Niejednokrotnie w powieści słychać też głosy obrońców śrubowania wyników farmakologią. Wszystko to jest w oczach pisarki czymś niezrozumiałym. Najbardziej widać to w chwili gdy przemawia ustami jednej z swych bohaterek, nastolatki. Mówi wprost o tym, że sport stał się czymś dziwnym, a takie lekcje wychowania fizycznego oparte o współzawodnictwo zniechęcają dzieci i młodzież do uprawiania sportu. Mocne to oskarżenie, ale chyba dość uprawnione w dzisiejszych czasach.

Poza kwestią wyczynowego uprawiania sportu zajmuje się w Na złym tropie także przemocą w rodzinie. Ten trudny temat, o którym najczęściej się milczy, staje się jeszcze trudniejszy w chwili, gdy osobą odpowiedzialną za przemoc jest kobieta. Powieść pokazuje samotność bitych dzieci, a także bezradność tych, którzy powinni im pomagać. Autorka nie wskazuje jednoznacznych odpowiedzi mających poprawić ten stan rzeczy, ale wydaje się, że samo pisanie o istnieniu podobnych problemów jest już czymś, czego na przykład w polskich kryminałach trudno odnaleźć.

Jak zwykle w serii o komisarz Marii Kallio tematyki kobiecej jest wiele. W każdym tomie dużo się mówi także o tym, jak radzą sobie kobiety w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Lehtolainen dostrzega zmiany zaszłe w ostatnich dwóch dziesięcioleciach, ale wskazuje także, że wbrew oficjalnym zapowiedziom prowadzenie polityki równościowej nadal szwankuje. W sporcie, podobnie jak w policji, nadal rządzą mężczyźni. I nikt nie ma pomysłu na to, by tę sytuację zmienić.

Książka Na złym tropie to powieść wychodząca poza kanon typowej literatury kryminalnej. Wątki związane z popełnianymi przestępstwami służą pisarce przede wszystkim do pokazania rzeczywistości dostrzeganej zza okna. Jeśli zatem ktoś lubi trochę pomyśleć o świecie przy okazji czytania, to proza Lehtolainen jak najbardziej przypadnie mu do gustu.

Zemsta jest rozkoszą kobiet


Juhasia Kalada, Traktor albo błąd w sztuce, Korporacja Ha!art, Kraków 2007.

Co robi kobieta porzucona? Płacze cicho w kąciku albo objada się czekoladą? Nic podobnego. Kobieta w takim wypadku myśli. Obmyśla wyrafinowaną i bezlitosną zemstę. Książka Juhasi Kalady pokazuje, że nie warto ryzykować starcia.

6075e0d7bd80f78152628afb8ff7bdb178947Początek książki jest dość banalny. Prosta historia dwóch studentek, z których jedna opowiada drugiej historię własnego nieudanego związku. Z długiej rozmowy zakrapianej kilkoma piwami rodzi się pomysł napisania opowiadania o tym, co zrobić w chwili porzucenia. Dziewczyny zatem piszą. Ich opowiadanie to historia miłosna bez happy endu.

Afanasij, czterdziestoletni wykładowca akademicki, pedant i ekscentryk nie potrafiący żyć z innymi, podejmuje postanowienie. Chce się zakochać, ale tak tylko na chwilę. Wybranką jego serca zostaje Masza Traktor, malarka i nauczycielka akademicka. Ich związek ma przebiegać według planu Afanasija. Okazuje się jednak, że tym razem mężczyzna się pomylił. Porzucona Masza nie ma zamiaru cierpieć w milczeniu. Tworzy wyjątkowo misterny plan odpłacenia pięknym za nadobne.

Całość fabuły w takim skróconym opisie może brzmieć nieco banalnie, ale wykonanie sprawia, że książka nie jest wcale ckliwym romansidłem albo historią odwiecznych zmagań między płciami. Kalada pisze bowiem w sposób przemawiający do czytelnika, choć czyni to w formie do jakiej przyzwyczajeni nie jesteśmy. Bawi się konwencją romansową i samą teorią literatury, zacierając granice między narratorem, bohaterami i autorką. Wszystko jest na pozór oczywiste, ale pod powierzchnią takie być przestaje. Pisanie zanurzone w pisaniu, opowieść w opowieści, zacierają granicę pomiędzy rzeczywistością i fikcją. Świat powieści, o czym autorka przypomina wprost przemawiając do czytelnika, jest tylko fantazją, złożoną z liter. A dzięki fantazji wszystko jest przecież możliwe. Efekt tego eksperymentu jest zaskakująco dobry.

Ta niewielka książeczka sprawia, że czytanie na powrót staje się przyjemnością. I wyzwaniem intelektualnym jednocześnie. Wszystko na tyle sprawnie napisane, że nie trzeba być znawcą teorii literatury, by docenić powieść białoruskiej pisarki. Być może nie jest to – jak zapewnia wydawca – „skandal literacki dziesięciolecia”, jak podobno okrzyknięto powieść na Białorusi, ale na pewno warto poświęcić czas na spotkanie z wizją literatury według Kalady. Traktor albo błąd w sztuce jest bowiem literaturą, a to chyba więcej niż można powiedzieć o tak wielu książkach obecnych na księgarskich półkach.

Thriller pełną gębą


Małgorzata i Michał Koźmińscy, Klątwa Konstantyna

Jak stworzyć ciekawą książkę sensacyjną? Wziąć sporo gry wywiadów rodem z powieści szpiegowskiej od Johna le Carre’a, dorzucić odrobinę poszukiwań historycznych artefaktów w rodzaju Dana Browna i zaprawić wszystko wiernym oddaniem realiów tuż powojennego miasta jak czyni to na przykład Marcin Wroński. Wymieszać wszystko dokładnie, nie zapominając o dodaniu skomplikowanych relacji uczuciowych między bohaterami. Przepis wydaje się prosty, a jednak nie każdemu wychodzi strawne danie. Parze krakowskich autorów ta trudna sztuka się udała.pobrane (1)

W połowie 1945 roku nic nie jest jeszcze przesądzone. Jedni uważają, że niebawem rozpocznie się III wojna światowa. Sowieci instalują się w Polsce, osadzając zależne od siebie władze. Partyzanci wciąż jeszcze walczą w lasach. Na wolności przebywają zarówno dawni kolaboranci jak i niemieccy szpiedzy. Wojna się skończyła, ale dawni sojusznicy już po cichu walczą ze sobą. Po cichu, to znaczy za pomocą gry wywiadów.

Amerykanie wysyłają do Krakowa dwóch szpiegów – Polaka i Rosjanina, aby ci odszukali testament cesarza Konstantyna. Podobno zawiera on klątwę rzymskiego cesarza, rzuconą na każdego, kto będzie próbował zjednoczyć Europę pod własnym panowaniem. Jednocześnie do dawnej stolicy przybywa Awner Koen, który ma zrealizować misję zemsty na szmalcownikach i konfidentach gestapo, wydających Żydów w czasie wojny. Ich tropem porusza się agent NKWD, również zainteresowany w odnalezieniu mitycznego artefaktu.

Książka jest napisana naprawdę dobrze. Począwszy od realiów powojennych czasów, poprzez opisy wykładni tajemniczych znaków zawartych w wystroju średniowiecznych budowli i dawnych dokumentach, aż po sensacyjną akcję, pełną nieoczekiwanych zwrotów. Tu naprawdę krzyżują się gatunki, splatając w jedną całość, która naprawdę może się podobać. Klątwa Konstantyna to dobry przykład tego, że i w naszym kraju mogą powstawać ciekawe thrillery, dalekie od sztampy i kalkomanii amerykańskiej literatury tego typu. Czekam na więcej tej pary autorskiej.

Wiktoriańska nuda


Anne Perry, Śmierć we fiolecie

pogrzeb_we_fiolecie_IMAGE1_233459_jpg_2Książki kryminalne rozgrywane w wiktoriańskiej Anglii mają ogromne wzięcie na całym świecie. Skojarzenia z Sherlockiem Holmesem i Kubą Rozpruwaczem, wszechobecna mgła i piękna architektura zdają się sprzedawać większość z tego rodzaju powieści. Nie wszystkie jednak na to zasługują.

Śmierć we fiolecie rozczarowała mnie mocno. W tej książce dzieje się tak niewiele, że właściwie zamiast ponad 350 stron mogłaby liczyć trzy setki mniej. Byłoby to z ogromnym pożytkiem dla czytelnika. Rzadziej zapadałby w sen po prostu.

Intryga jest, jak na powieść kryminalną, właściwie żadna. W atelier malarskim zostają zabite dwie kobiety. Jedna z nich była modelką malarza, co w ówczesnym świecie sytuowało ją bardzo nisko. Drugą z ofiar była dama z towarzystwa, córka kandydata do parlamentu. Wyjaśnienie tej sprawy musi zatem nastąpić szybko, a przy okazji może się okazać, że prawda nie wszystkim będzie na rękę. W gruncie rzeczy to wszystko już było, to wszystko już skądś znamy. Każdy, kto przeczytał kilkadziesiąt kryminałów, bez trudu będzie poruszał się pomiędzy rozsianymi przez autorkę poszlakami i odgadnie mordercę na długo przed detektywem. Zwłaszcza, że William Monk nie należy do najbystrzejszych umysłów.

Najwięcej w książce zajmują przemyślenia bohaterów. Są tak trywialne, że muszą budzić nie tylko znudzenie, ale także wręcz zażenowanie czytelnika. Wielokrotnie wspominanie utraty więzów rodzinnych między różnymi osobami prowadzi do konkluzji o potrzebie pielęgnacji związków. Nieustannie przewijają się też wątki uczuciowe, tak w relacjach damsko-męskich, jak i rodzinnych właśnie. Wszystkie okraszone są prawdami rodem z popularnych poradników psychologicznych. Takich cudownie „odkrywczych” prawd znajdziemy w książce dużo więcej. Podobnie jak krytykę epoki wiktoriańskiej ze względu na sztywne prawa – pisane i niepisane pospołu – dotyczące kobiet.

Książkę można polecić miłośnikom powieści obyczajowych raczej niż kryminalnych. Jeśli ktoś poszukuje ciekawej intrygi i krwawej zbrodni, Pogrzeb we fiolecie powinien omijać szerokim łukiem.