Miesiąc: Lipiec 2013

Cena raju


Jennie Dielemans, Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym

pobraneJest taki mem internetowy, który głosi: Nieważne, dokąd pojedziecie, wszystkie pamiątki będą MADE IN CHINA. Podobne wrażenie można odnieść przeglądając foldery biur podróży. Białe ściany hotelu, palmy, basen, złoty piasek i lazurowe morze w tle. Gdziekolwiek nie pojedziemy, widok będzie taki sam. Przynajmniej ten, który zobaczymy my, turyści. Jednakowe hotele z jednakowo uprzejmą obsługą i jednakowymi basenami. Te same – nawet jeśli w różnych częściach świata – wycieczki fakultatywne i wieczory poświęcone czemuś, co ma nam dać próbkę lokalnej kultury. Wszystko allinclusive. I w promocyjnej ofercie last minute.

Książka Witajcie w raju próbuje rzucić światło na drugą stronę medalu, o której z reguły zapominamy, wchodząc do biur podróży po to, by obejrzeć zdjęcia „rajskich” plaż. Nie wiemy – lub nie chcemy wiedzieć – o realnych kosztach naszego wypoczynku. Za naszą przyjemność korzystania z plaży płacą lokalni mieszkańcy, którym zabrania się wstępu, by nie psuli swoim widokiem folderowego obrazka. Owszem, część z nich w zamian dostaje pracę w przemyśle turystycznym, ale nie to jest przecież żadne zadośćuczynienie. W poszukiwaniu wciąż nowych miejsc rozbudowuje się istniejące ośrodki w turystyczne molochy, pełne hoteli i ich otoczenia bez żadnego planu poszanowania natury czy lokalnych społeczności. Liczy się bowiem tylko zysk, jak największa stopa zwrotu inwestycji. No i oczywiście pośpiech, bo to, co jest modne dziś, jutro może być już dawno przebrzmiałą atrakcją. Wówczas pozostanie jedynie wykreować nowe modne miejsca letniego wypoczynku, pozostawiając za sobą hotele widma i zdegradowaną przyrodę.

Książka to gorzkie oskarżenie nas samych. Konsumpcjonizm, w jaki daliśmy się wtłoczyć, nakazuje nam brać i pożądać jeszcze więcej, bez żadnej refleksji o tym, że przecież nie ma nic za darmo na tym najlepszym ze światów. Lektura Dielemans na pewno nie zmusi nas do natychmiastowej zmiany przyzwyczajeń, ale może choć na chwilę potrafi nas zatrzymać i sprawić, byśmy innymi oczyma spojrzeli na kolorowe raje rodem z folderów biur podróży.

Nadbałtyckie zbrodnie


Violetta Sajkiewicz, Robert Ostaszewski, Sierpniowe kumaki

sierpniowe-kumaki-b-iext8642696Jakoś tak się utarło w powszechnej świadomości, że kryminały uważane są za lekturę wakacyjną. To na urlopie właśnie można poczytać sobie coś lekkiego i niezobowiązującego, będącego odskocznią od codziennego życia. Para autorów postanowiła zatem napisać książkę, która nie tylko będzie wakacyjną rozrywką, ale za tło powieści wzięła ostatni tydzień wakacji nad Bałtykiem. Ściślej rzecz ujmując, fala zbrodni rozbije się na Helu. Sprawę zaś rozwikła inspektor ze Śląska.

Historia rozpoczyna się banalnie. Jeden ze śląskich policjantów postanawia spędzić urlop nad polskim morzem, konkretnie w okolicach Półwyspu Helskiego. Wyrusza na urlop samotnie, z nudów zaczyna się przyglądać otoczeniu. Jego uwagę przyciąga dziwnie zachowująca się młoda kobieta. Postanawia ją śledzić i w efekcie zostaje oskarżony o morderstwo. Aby wyjaśnić sytuację potrzebny jest jego przełożony. Nadkomisarz Edmund Polański po raz kolejny udowodni, że w pełni zasłużył na miano jednego z najlepszych śledczych w kraju. Rozwikła skomplikowaną i zawiłą zagadkę, której elementami będą ekolodzy chroniący przyrodę, rybacy walczący z ekologami, miejscowi biznesmeni powiązani dziwnymi układami z władzą i stołeczni gangsterzy. A wszystko to przyjdzie mu czynić w bardzo napiętej atmosferze rodzinnej.

Książka wydaje się posiadać wszystkie elementy potrzebne do stania się rasową przedstawicielką swego rodzaju. Niestety, w kilku miejscach jednak szwankuje i zaczyna razić stereotypami rozciągniętymi ponad miarę. W efekcie żarty stają się nieśmieszne, a cała akcja przewidywalna. A przecież czytamy literaturę kryminalną dla bycia zaskakiwanymi raczej.

Niemniej Sierpniowe kumaki w pełni zasługują na swój tytuł. Ot, wakacyjna lektura, w sam raz na sierpniowy urlop nad polskim morzem.

Kryminalna Moskwa


Aleksandry Marininy przedstawiać nikomu nie trzeba. Wydane dotychczas powieści z Anastazją Kamieńską w roli głównej zbudowały mocną pozycję tej rosyjskiej pisarce. Za wszystko trzeba płacić na pewno nie zmieni powszechnej opinii o dobrej jakości prozy wychodzącej spod jej pióra. Choć książka jest nieco odmienna od tego, do czego zdążyliśmy się już nieco przyzwyczaić.pobrane

Ta powieść jest nieco odmienna, nie każdemu zapewne przypadnie do gustu. Problem z recepcją tej książki tkwi chyba w problemie z przyswojeniem sobie jej, dość specyficznej, konstrukcji fabularnej. Tym razem mamy do czynienia z czymś odmiennym – pojawia się ofiara i zbrodniarz i cofamy się niejako w czasie do uzyskania całkowitego obrazu całości. Znamy skutki, poznajemy przyczyny. Samo w sobie jest to dość zajmujące i fascynujące. Niemniej jednak miłośnicy rozwiązywania zagadek mogą poczuć się odrobinę zawiedzeni.

Największą siłą Za wszystko trzeba płacić pozostaje jednak skrupulatnie i drobiazgowo oddany obraz Rosji połowy lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Marinina nie epatuje obrazami bogactwa Nowych Rosjan, raczej skupia się na uzyskaniu obrazu niepewności i bezwzględności nowego porządku, który być może przyniósł jakieś zmiany, ale ich ocenę pozostawia czytelnikom. Upadek komunistycznego państwa był niewątpliwie rzeczą pozytywną, niemniej jednak nie da się ukryć, że miejsce partyjnych aparatczyków zajęli bezwzględni mafiosi. A milicja, nie będąca już wszechwładną potęgą, musi sobie jakoś radzić.

Książka ta może sprawić, że choć trochę lepiej zrozumiemy tę dziwną krainę, jaką jest współczesna Moskwa. A to naprawdę wiele.

Klasyka fińskiego kryminału


Mika Waltari, Kto zabił panią Skrof?

pobraneW Helsinkach pewna starsza pani zostaje znaleziona zatruta gazem w swoim mieszkaniu. Wszystko wskazuje na nieszczęśliwy wypadek. Uważne oględziny miejsca śmierci przywodzą komisarza Fransa Palmu do pewności, że było to jednak skrupulatnie zaplanowane morderstwo. Wszak pies właścicielki sam nie skręcił sobie karku, a świadomość, że starsza pani posiadała w banku miliony, umacnia go jedynie w tym przekonaniu. Szybko okazuje się, że podejrzanych jest całkiem sporo, a rozwiązanie nie będzie takie proste.

Kryminał Miki Waltari pochodzi z roku 1939 i to się czuje. Dziś nikt nie pisze w taki sposób. Nie znajdziemy tu seryjnych morderców, szeregu strzelanin czy samochodowych pościgów. Nie oznacza to jednak, że książka jest słaba. To po prostu przedstawicielka określonego gatunku, klasycznej odmiany powieści detektywistycznej, w której pojawienie się pewnych elementów jest zwyczajnie wymagane. Dla każdego miłośnika literatury kryminalnej to będzie na pewno ciekawa lektura.

Waltari umiejętnie skorzystał z każdego elementu podręcznego zestawu chwytów, jakie były mu potrzebne do stworzenia swojej historii. Skrupulatnie buduje swoją zagadkę, wykorzystując motyw zamkniętego pokoju jako główną oś swojej książki. To oczywista gra z czytelnikiem, co w końcu powieści oświadcza sam narrator, młody i niedoświadczony asystent komisarza, Toivo Virta, który zwraca się wprost do czytelnika z pytaniem o rozwiązanie zagadki śmierci starszej pani Skrof. Czytelnik bowiem wie tyle samo, co komisarz. Stażysta Virta nie zna rozwiązania, ale komisarz nie ma cienia wątpliwości.

Znajdziemy w tej powieści wszystko to, co u innych uznanych w kręgu klasyków. Para detektywów, poszukiwania sprawcy wyłącznie dzięki sile własnych umysłów, wielką miłość i wielkie pieniądze w tle. Poznamy głęboko skrywane tajemnice i dojdziemy do zaskakującego finału.

Ogólnie rzecz biorąc to książka bardzo ciepła, powolnie snująca swoją akcję. Kto tęskni za podobną lekturą na urlopie, na pewno się nie zawiedzie. Klasyka gatunku w dobrym wykonaniu.

Wojna i zbrodnia


W czasie wojny milczą muzy – mawiali starożytni Rzymianie. Czy tylko one? Co z całą plejadą bóstw? Czy na przykład Temida, zajmująca się sprawiedliwością, również milczy w czasach tak pełnych śmierci? Czy warto – w obliczu śmierci dziesiątków tysięcy w stolicy Polski zajmować się śmiercią jednej osoby? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Bartłomiej Rychter w swej ostatniej książce, zatytułowanej Ostatni dzień lipca.pobrane

Osadzenie akcji powieści w realiach Powstania Warszawskiego to nie jedyny zaskakujący pomysł autora. Równolegle prowadzone dochodzenia przez Polaka i Niemca w sprawie różnych śmierci, których nic nie łączy jest kolejnym przykładem. Przez całą powieść czytelnik czeka na spotkanie tych dwóch detektywów – amatorów, prowadzących swoje śledztwa z wewnętrznego poczucia sprawiedliwości oddanej umarłym. Rzadka to rzecz w polskiej literaturze kryminalnej, tym bardziej godna odnotowania.

Równie fascynujące są elementy składające się na odtworzenie klimatu walk w Warszawie w sierpniu i wrześniu 1944 roku. Rychter nie tylko odrobił swoją pracę domową bardzo dobrze. Faktografia, jeśli komuś przyjdzie do głowy sprawdzać, zgadza się w najdrobniejszych szczegółach. Na tych faktach jednak rozciągnięta jest opowieść, która czyni Ostatni dzień lipca naprawdę dobrą książką także i dla tych, którzy nad kryminalne zagadki preferują czytanie wojennych zmagań. Autor maluje bowiem bardzo przekonywający czytelnika obraz atmosfery powstańczej stolicy, a jego wynik zaskakuje bardzo pozytywnie. To się po prostu świetnie czyta.

Zbrodnia według schematu


Proza kobieca różni się od męskiej, to stwierdzenie właściwie mocno ocierające się o banał. W przypadku kryminału autorstwa Katarzyny Rygiel powyższy osąd ma jednak solidne podstawy. Intryga kryminalna to jeden z elementów, drugim jest wewnętrzne życie bohaterów pokazujące, że to, co ukryte, powoduje nami równie silnie jak to, co na powierzchni. I to jest główna zaleta tej książki. Niestety, także właściwie jedyna.

 Smiertelne-zlecenie_Katarzyna-Rygiel,images_big,1,978-83-7506-777-4 (1)

Historia opowiedziana w Śmiertelnym zleceniu nie jest zbyt skomplikowana. Samotna pani archeolog na urlopie w Biskupinie zostaje wplątana w historię kryminalną, w którą zamieszani są były mąż, dawny znajomy i nieobojętny sercu policjant. Sprawa produkcji replik starożytnej biżuterii zatacza coraz większe kręgi, a kolejne zabójstwa potwierdzają, że za wszystkim są ukryte wielkie pieniądze. Kto okaże się zwycięzcą w tej rozgrywce?

Powyższe krótkie streszczenie mówi właściwie wszystko to, czego potrzebujemy wiedzieć o książce. Każdy, kto czytywał Nienackiego, wie czego się spodziewać. Niestety, w tym wypadku Katarzyna Rygiel nie odniosła sukcesu, podążając nie tyle utartymi wcześniej szlakami, co po prostu idąc po śladach. W efekcie dostaliśmy do rąk coś, co – mimo pewnych naprawdę interesujących momentów – nie jest udaną realizacją powieści kryminalnej. Nie spełnia bowiem podstawowego kryterium. Brak prawdziwej zagadki kryminalnej widać bowiem na każdym kroku. To, co ma być fabułą, jest bowiem tak banalne, że nie stanowi wyzwania dla nikogo. Tu wszystko wiadomo od początku do końca.

Niestety, jedyną wartością tej książki jest owo kobiece spojrzenie. Całość intrygi kryminalnej ociera się o banał, a momenty zwrotne powieści zapowiadane są niczym przyjazd pociągu na stację. Nie ma tu żadnych zaskoczeń – związki między osobami, mimo otoczki tajemnicy, dla czytelnika tajemnicą nie są. Ociekają bowiem oczywistością, co bardzo przeszkadza w lekturze. Autorce niestety nie udało się nie tylko w jakiś sposób wyjść poza sztywny schemat kanonicznego wzorca gatunku, ale nie potrafiła nawet dobrze go odegrać. Po raz kolejny okazało się, że sama znajomość elementów kryminalnego sztafażu nie wystarcza do tego, by połączyć je w dobrą całość. Szkoda, bo w gruncie rzeczy podjęta tematyka mogłaby być ciekawa.

W ogóle mam takie wrażenie, że książka jest taką nostalgiczną próbą przywrócenia dawnej magii, którą autorka odczuwała przed laty, czytując powieści Nienackiego. Niestety, dziś już się tak po prostu nie pisze, a i podobne fabuły zwyczajnie zużyły się tak mocno, że trudno sprzedawać je jako coś świeżego. Wszystko to razem sprawia, że książka Katarzyny Rygiel po prostu nudzi. Autorce zwyczajnie nie wyszło, co nie znaczy jednak, że powinna zarzucić pisanie. Bo w powieści są też i dobre momenty. Do odniesienia sukcesu potrzeba jednak czegoś, czego na razie nie widać. Zwykłej odwagi do tego, by uwolnić się z gorsetu kanonu. Jeśli to się uda, nowa powieść Katarzyny Rygiel może naprawdę zaskoczyć. Na razie jednak jest po prostu sztampowo. Przeczytać oczywiście można, ale nie spodziewajmy się fajerwerków. Ot, kolejna z szeregu przeciętnych powieści, czytywanych dla zabicia czasu. I nic ponadto.

Pierwiastki człowieka


 Primo Levi, Układ okresowy

O książkach Primo Leviego pisałem już wcześniej. Zrobiły na mnie takie wrażenie, że nie mogłem nie sięgnąć po kolejną. I nie zawiodłem się. Po raz kolejny dane mi było przeżyć coś, co pozostało na długo w mojej pamięci. Na tyle długo i mocno, by zdecydować o napisaniu o tym.images

To – od strony formalnej przynajmniej – zbiór opowiadań. Zbiór nietypowy jednak, bo swoim układem opisujący konkretną historię. Historię życia autora. Mimo tego, że nie tylko z autobiograficznych wątków się składa. Co więcej, wszystkie opowiadania mają tytuły zaczerpnięte od nazw pierwiastków chemicznych. Ten fakt mniej będzie dziwił, gdy przypomnimy sobie, że autor był z wykształcenia chemikiem właśnie.

Levi wziął tytuły swoich historii od nazw pierwiastków nie bez szczególnej przyczyny. Jego zabieg ma sens większy, niż mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. W codziennym życiu zapominamy o tym, że jesteśmy – między innymi – zbiorem, który mógłby zapełnić większą część tablicy Mendelejewa. Właściwości zaś pierwiastków odpowiadają bardzo często ludzkim charakterom. Jedne są twarde, inne miękkie. Jedne bardzo rzadkie, drugie pospolite. Zupełnie tak samo jak my.

Dostrzeżenie tej analogii, która przecież nie przychodzi automatycznie na myśl, staje się oczywistością już w trakcie lektury Leviego. Doskonale napisane opowiadania umacniają w nas owo przeczucie, które powoduje, że patrzymy na świat z większym zrozumieniem i większą pokorą jednocześnie. O zwykłej radości istnienia nie wspominając.

Dodać też nie zaszkodzi, że wszystko jest napisane bardzo pięknym językiem. Przyjemność płynąca z lektury w ten sposób zwiększa się ogromnie. Połączenie niezwykle zajmującej treści z kunsztownie precyzyjną formą jest prawdziwą siłą tej książki.