Miesiąc: Czerwiec 2013

Nikt nie spodziewa się hiszpańskiego detektywa


W zalewie anglosaskich i skandynawskich kryminałów wydawnictwo Noir sur Blanc od lat stawia na pewną oryginalność. Włoskie powieści Donny Leon czy Andrei Camillerego zyskały w ciągu lat nieco popularności. Od jakiegoś czasu mamy też do dyspozycji coś innego. Hiszpańskiego detektywa. W dodatku działającego w stylu i czasach znanego Sherlocka Holmesa. Brzmi interesująco? To dobrze, bo jest naprawdę interesujące.518516i

Victor Ros to inspektor policji w Madrycie w latach osiemdziesiątych XIX wieku. W tym kostiumie klasycznego kryminału autro Jeronimo Tristante odnajduje się świetnie. Umiejętnie łączy wszystkie elementy tak, by tworzyły spójną całość. Ten zamysł widać na każdym kroku, w każdej książce cyklu. Zresztą, czyż zamiar stworzenia cyklu nie jest najlepszym dowodem przemyślenia całości?

Każda książka opisuje tak naprawdę dwie sprawy, choć połączone ze sobą w sposób misterny i skomplikowany. Nie ma sensu szczegółowe opisywanie poszczególnych fabuł, bo – nomen omen – zabije to całą przyjemność czytelnikom. Niemniej jednak każdy, kto szuka interesującej intrygi i ciekawej przygody w historycznych kostiumach i dekoracjach, na pewno nie będzie rozczarowany. Także ci, którzy lubią odrobinę grozy i niesamowitości.

Autor buduje naprawdę wspaniały nastrój w swoich powieściach. I nie chodzi tu tylko o społeczną czy kryminalno-awanturniczą część opowieści. Na kartach książek czytelnik może poznać ówczesną sytuację polityczną Hiszpanii, opisaną z dawką krytycyzmu z jednej strony i zrozumienia dla specyfiki epoki z drugiej. Nie bez znaczenia jest też zaangażowanie żony Victora, Carli, w ruch sufrażystek. Ma się wrażenie, że poglądy inspektora, umiarkowanego i trzeźwego liberała, są w pewnym sensie odzwierciedleniem ducha postępowej inteligencji nie tylko tamtego okresu.

imagesPoszczególne historie, jak sugerują to podtytuły książek, rozgrywają się w różnych miastach Hiszpanii. Podróże inspektora są dla autora kolejnym pretekstem do oszczędnych i wyczerpujących zarazem architektonicznych opisów Madrytu, Kordoby i Barcelony. Jeśli do tego dodamy odrobinę faktów historycznych, otrzymamy pełen obraz tego fascynującego kraju.

Podobnych smaczków jest zresztą dużo więcej. Dla mnie, miłośnika historii kryminalistyki, taką swoistego rodzaju wisienką na torcie są wszystkie wzmianki o wdrażaniu do śledztw nowinek technicznych. Opisy badań w rodzaju doświadczeń z włosami zwłok, gdzie domniemaną przyczyną śmierci było otrucie, jak żywo przypominają rzeczywiste badania z tamtego okresu. Kto nie wierzy, niech sięgnie choćby po książki Thornwalda, wydawane przez wydawnictwo Znak. Z kolei wzmianka o posiadanej przez inspektora umiejętności odróżniania zapachu i popiołu z kilkudziesięciu różnych rodzajów tytoniu jako żywo przypomina słynnego angielskiego detektywa. Takich odniesień jest jeszcze kilka, ale przyjemność ich odnajdywania pozostawię wszystkim tym, którzy się na lekturę zdecydują.tajemnica-domu-arandow-b-iext10062629

Uważam, że to bardzo ciekawy cykl. Nie pretenduje do wielkiej literatury, ale nie jest zbitkiem dawno zużytych klisz, odtworzonych w bezbarwny sposób. Od dawna sądzę, że z literaturą jest trochę tak, jak z gotowaniem. Nawet jeśli weźmiemy te same składniki i ten sam stary przepis, w rezultacie mogą powstać zupełnie różne potrawy. Osobiście uważam, że efekty pracy Tristante są nadzwyczaj smaczne, by trzymać się tej kulinarnej terminologii. I radzę tej potrawy spróbować każdemu, kto ceni miłą odmianę od codziennej dawki zbrodni w stylu Północy Europy.

Spotkania ze śmiercią


Andrzej Stasiuk, Grochów

Życie zaczyna się po pięćdziesiątce,głosi popularne powiedzonko. Na pewno wiek ten otwiera pewną perspektywę, niedostępną wcześniejszym okresom życia. Nie ma tu już miejsca na młodzieńczą buńczuczność, brak też goryczy rozczarowania swoim miejscem na świecie właściwym wiekowi średniemu. Jest za to powolne godzenie się z własną śmiertelnością, coraz częstsze spoglądanie wstecz. I właśnie o tym pisze Andrzej Stasiuk w swym zbiorze opowiadań zatytułowanym Grochów. Cztery opowieści pisarza, składające się na tę niewielką rozmiarami książeczkę, zabiorą nas w podróż przez doświadczenia śmierci i upływu czasu, których doświadczamy wszyscy. I w tym tkwi pewna moc tych historii.

Kiedy patrzymy na przebieg życia ludzkiego pod kątem doświadczania śmierci, możemy dostrzec wyraźne etapy, wspólne naszemu rodzajowi. Pierwsze spotkania z umarłymi to dla większości śmierć któregoś z dziadków lub babć. Nie rozumiemy jeszcze wiele, nie przeraża nas własna śmiertelność, ale dostrzegamy – po raz pierwszy w życiu – obcość umarłych. W naszych umysłach pojawiają się obrazy związane z osobą, która odeszła, ale zawsze są to chwile, w których stykaliśmy się z żywymi.pobrane

O tego rodzaju doświadczeniu dzieciństwa pisze Stasiuk w otwierającym zbiorek opowiadaniu Babka i duchy. Postać babci, prostej wiejskiej kobiety, urasta w jego wspomnieniu do symbolu przeszłości, której właściwie nie sposób zrozumieć. Odległość pokoleniowa, z pozoru niewielka, ma tutaj wymiar nieprzebytej przepaści, która oddziela na zawsze ludzi. Wszystkie próby opisu, podejmowane z różnych perspektyw czasowych, nie mogą zakończyć się powodzeniem. Nie sposób bowiem przywrócić przeszłości, nie sposób ożywić zmarłych.

To opowiadanie ma także inny, głębszy sens. Opisuje świat miniony, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Dziś pozbyliśmy się śmierci skutecznie, nie mówimy i nie piszemy o niej na co dzień. Walczymy z oznakami starzenia – siwizną, zmarszczkami na twarzy i powolnym uwiądem naszych ciał na tyle skutecznie, że śmierć, ten nieuchronny finał owego procesu nazywanego życiem, przestała istnieć. Nie jest to zresztą jedyny problem zmian myślenia o ludzkiej egzystencji w naszej rzeczywistości. W nowoczesnym, pełnym elektronicznych gadżetów świecie, poddaliśmy się dyktatowi racjonalnego myślenia na tyle, że świat duchów zniknął z naszych umysłów równie niepostrzeżenie, co skutecznie. W efekcie żyjemy bez refleksji. Przynajmniej do momentu, w którym sami nie przekroczymy owej „smugi cienia”, poza którą pojawi się myśl o własnej słabości. Być może wówczas będziemy pilnie poszukiwać odpowiedzi, których nie będziemy w stanie wypowiedzieć okaleczonym językiem. Nasza pamięć nie będzie w stanie odnaleźć odpowiednich słów.

W miarę upływania naszego życia mamy jednak możliwości zrozumienia istoty rzeczy, nawet na przekór czasom współczesnym. Zdarza się bowiem tak, że, prędzej czy później, stajemy się świadkami powolnego odchodzenia innych. Zmiana perspektywy, jaka następuje w wyniku tego rodzaju smutnego doświadczenia, pozostaje już z nami na stałe. Poprzez obcowanie ze śmiercią nieśpieszną, śmiercią na skutek powolnej choroby, wcale jednak nie stajemy się innymi ludźmi. Stajemy się po prostu ludźmi pełnymi, którzy dotknęli – na tyle, na ile jest to możliwe w przypadku obserwatora z zewnątrz – ostatecznej tajemnicy życia. Nawet jeżeli ten dotyk zamiast przyniesienia ulgi w postaci gotowych odpowiedzi wprowadził raczej zamęt, uosabiający się w rozmnożeniu pytań i wątpliwości.

O tego rodzaju towarzyszeniu w umieraniu mówi Stasiuk w pozostałych trzech opowiadaniach składających się na Grochów. Każde z nich opisuje jednak nieco inną sytuację, zatem warto przyjrzeć się im osobno.

Augustyn to krótka historia umierania nauczyciela i pisarza z Pogórza Sudeckiego. To pewien rodzaj dotykania śmierci w sposób przypadkowy, nieciągły. Stary człowiek po wylewie, sparaliżowany i niemy, jest tutaj kimś w rodzaju figury buntownika, nie zgadzającego się na śmierć, walczącego do końca na własnych zasadach. Nie on jest jednak najważniejszy, dużo więcej dzieje się bowiem w warstwie opisywania zderzenia – a ściślej: całego szeregu zderzeń ze śmiercią drugiego człowieka. Nie jest to bliska osoba w rozumieniu więzów krwi, nie jest także wieloletnim przyjacielem, z którymi łączy narratora wiele wspólnych przeżyć. Niemniej doświadczanie powolnej śmierci, przerywanej momentami poprawy stanu zdrowia, jest tym, co wyciska swoje piętno na tyle silnie, że może być odczytane przez odbiorcę nawet w chwili, gdy ułomny język nie jest w stanie powiedzieć wszystkiego do końca.

W tym krótkim, zaledwie kilkunastostronicowym opowiadaniu, udało się Stasiukowi pokazać dwie prawdy, oczywiste na pozór, wiadome jakby „od zawsze”, nawet przez tę oczywistość ocierające się o banał. Zwłaszcza pierwsze spostrzeżenie – „Pięć, sześć, siedem spotkań w życiu. Zawsze potem jest za mało. Zawsze potem widać, że trzeba było częściej.” Powyższe zdania układają się właściwie w prozatorską translację słynnych, powtarzanych zupełnie bezmyślnie, niczym slogan reklamowy, słów o konieczności kochania ludzi, którzy odchodzą tak szybko. Gdy jednak spojrzeć na to nieco dłużej, z nieco większą uwagą, prostota uderza swoją celnością. I znów możemy, choćby przez chwilę, poczuć się ludźmi.

Drugie spostrzeżenie, dotyczące własnej niemocy podczas odwiedzin śmiertelnie chorego, nie jest już tak oczywiste. Wstydliwa prawda o chęci ucieczki od szpitalnego łóżka jest bowiem tyleż powszechna, co skrzętnie ukrywana. W obliczu ostatecznej chwili nie znajdujemy ani słów ani gestów. Często czujemy się winni, na przykład z powodu własnej bezsilności, czasem może zwyczajnie znudzeni. Niezależnie od pobudek nie potrafimy jednak wymyślić roli, w którą moglibyśmy wejść. Ratujemy się więc ucieczką, łudząc samych siebie pokonywaniem fizycznej odległości, która zastąpi bliskość współodczuwania i nie pozwoli dostrzec naszego zażenowania.

Tematykę towarzyszenia umieraniu kontynuuje Stasiuk w opowiadaniu następnym, zatytułowanym Suka. Przejmujący opis zdychającego psa jest naprawdę poruszający. To już nie jest przyglądanie się przypadkowe, przerywane w czasie. Suka jest mieszkanką domu, widywaną codziennie, nie da się od niej uciec. Obraz starzenia się, choroby, umierania jest tak przekonujący, że niezwykle łatwo przyjdzie nam zgodzić się z innymi przemyśleniami narratora opowieści. Widok starości, choroby, zniedołężnienia wywołuje bowiem różne odczucia. Niekiedy jest to obojętność, przechodząca niemal w gniew. Niekiedy zaś tkliwość.

Niezależnie jednak od uczuć, pojawiają się refleksje ogólniejszej natury. Najbardziej dojmujące są te poświęcone eutanazji. Suka to zwierzę, więc w gestii jej pana, człowieka, jest podjąć decyzję o skróceniu jej cierpienia, o zabiciu jej po prostu. Stasiuk celnie zauważa, że w przypadku zwierząt mówimy o usypianiu jedynie, jakby miałyby z tego snu obudzić się po jakimś czasie. To jednak zabicie, nawet jeśli wynika ze szlachetnych pobudek. Przenosząc zaś problem na rodzaj ludzki łatwo dostrzeżemy, że skoro próbujemy ze wszelkich sił przedłużać życie, to szybko dojdziemy do wniosku, że skracanie tegoż też powinno znaleźć się w naszych rękach. W końcu to my jesteśmy panami natury.

Smutna to konstatacja, ale jakże prawdziwa. Coraz mniej dziś wątpliwości co do tego, że mamy prawo ingerować w każdy przejaw natury tylko dlatego, że tak nam się podoba. Albo dlatego, że boimy się bólu, strachu, niepewności. Jesteśmy bowiem w takim momencie rozwoju, w którym po raz kolejny ustanowiliśmy się niekwestionowanymi panami świata.

Ostatnie opowiadanie zbioru, zatytułowane Grochów, przynosi jeszcze jeden sposób przeżywania śmierci. Tym razem jest to śmierć wieloletniego przyjaciela. Stasiuk pisze tutaj najdojrzalszą, najbardziej przejmującą relację z własnych przeżyć. Wspomnienia młodzieńczych lat pomieszane z opisem wspólnej podróży tuż przed końcem życia bliskiego człowieka, przytłoczonego świadomością nadchodzącego końca, stanowią naprawdę doskonale napisane stadium ludzkiej bezradności wobec śmierci. W jej obliczu nie tylko brakuje słów, ale zmienia się cała sytuacja komunikacyjna. Dla osoby z wyrokiem niedługiej śmierci ludzie bliscy stają się sobie zupełnie obcy, cały świat staje się obcy. U drugiej strony zaś pojawia się strach. Przez niego nie sposób mówić, nie sposób także słuchać. A może nawet zwłaszcza słuchać. W efekcie uciekamy, próbując gorączkowo wspominać dawne, beztroskie dni lub skupiamy się na swoim własnym tu i teraz. Jak każda ucieczka, i ta także nie przynosi ukojenia, ale daje choćby cień nadziei, odwlekając spotkanie z własnym przeznaczeniem.

Jest zatem Grochów zapisem ułomności ludzkiej kondycji, która wciąż jeszcze nie potrafi odpowiedzieć na żadne z najbardziej istotnych pytań. Cała nasza wiedza, ujarzmianie natury i rozwój cywilizacyjny nie są bowiem wystarczające. Koniec końców przecież – rodzimy się i umieramy w samotności. Samotnie zatem musimy odpowiedzieć sobie na to, co i dlaczego ważne w naszym życiu. Ta niewielka książeczka nie daje odpowiedzi, raczej mnoży pytania. Dzięki temu możemy jednak choć na chwilę stanąć i spojrzeć na siebie w świecie zupełnie innym okiem. To chyba najlepsza z możliwych rekomendacji.

Pisarz, który ukradł zbrodnię


Michał Witkowski, Drwal

Michał Witkowski, jak zapowiadał to wszem i wobec w każdym dostępnym sobie medium, zapragnął stworzyć kryminał. Literaturę, jak sam niejednokrotnie podkreślał, lekką, łatwą i przyjemną – jednym słowem dla wszystkich. W efekcie otrzymaliśmy opasłą księgę zatytułowaną Drwal, która miała być ucieleśnieniem owego zniżenia się do czytelniczego ludu. Czy jednak zamierzenie autora nie przerosło cokolwiek jego osoby? I czy naprawdę dostaliśmy świetny kryminał, którego lektura będzie wspaniałą rozrywką w długie zimowe wieczory?drwal_witkowski

Początek książki jest naprawdę dobry. Pisarz, znany i rozpoznawany tu i ówdzie, w miejscach często nieoczekiwanych, zmierza do odludnego domku gdzieś w pobliżu Międzyzdrojów, by tam napisać dzieło, mające mu przynieść sławę i pieniądze. Niekoniecznie zresztą w tej kolejności. Wybiera odludzie i wybrzeże w zimie, dla lepszej koncentracji pisarskiej weny. Liczy również na to, że temat powieści objawi mu się już w trakcie pisania. Zamieszkuje u poznanego wcześniej odludka, który ma zapewnić twórcy dach nad głową podczas twórczego procesu przelewania na papier stanu ducha. Szybko okazuje się, że jest postacią na tyle intrygującą, by stać się główną zagadką tej książki. Autor-narrator zaczyna z pasją odtwarzać tajemniczą historię swojego gospodarza.

Powieść, tu się powtórzę, zaczyna się świetnie. Odpowiedni nastrój grozy udaje się pisarzowi zbudować niemal od pierwszej strony. Niestety, im dalej tym gorzej, nie tylko z nastrojem. Rozłazi się w szwach akcja, pękając niczym zbyt mały garnitur. W efekcie przechodzimy do czegoś w rodzaju powieści o powieści, metanarracyjnej „poważnej” literatury, ale przejście to nie jest ani łagodne ani nawet uzasadnione czymś więcej, niż dziecinnym pragnieniem autora, który chciałby dorównać twórcom swych idoli z okresu dorastania. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że pisanie powieści popularnych nie jest takie proste. Być może przeszkadza w tym wcześniejszy dorobek, być może zaś zwyczajnie trzeba mieć do tego talent. Witkowski w swej książce pokazuje, że do pisania w stylistyce literatury popularnej zwyczajnie się nie nadaje.

Witkowski usiłuje grać wieloma konwencjami. Ta gra na wielu bębenkach nie jest jednak prosta, o czym przekonać się może na własne oczy czytelnik jego książki. Obok naprawdę dobrych momentów dostajemy dłużyzny i formy, które po prostu są nieudanymi próbami, stojącymi gdzieś na pograniczu dziennika i felietonu, niekoniecznie zasługującymi na okazanie publiczności. Z jakąś wewnętrzną perwersją, bliską niemal duchowemu ekshibicjonizmowi, autor obnaża się w najbardziej intymnych momentach procesu twórczego, co w żaden sposób nie ratuje jednak wyraźnie kulejącej fabuły. Ten brak zdecydowania, owo poszukiwanie, jest zapewne ciekawe z punktu widzenia badaczy literatury lub krytyków patrzących z wyżyn uniwersyteckich katedr, ale nijak ma się do docierania do masowego odbiorcy, oczekującego zupełnie innej prozy. Z tego punktu widzenia należy zatem wysiłek Witkowskiego uznać za zmarnowany, a jego zamysł za zupełnie chybiony.

Wszyscy ci, którzy zaczną czytać Drwala z uwagi na osobę autora, mogą podczas lektury poczuć się w miarę usatysfakcjonowani. Znajdą tam sporo tego, za co cenią dotychczasowe pisarstwo Witkowskiego. Dobre wyczucie melodyczności języka, surrealistyczny nastrój przeżywany przez bohaterów właściwie jako część życia, momenty odniesień do tu i teraz. Cała reszta jednak, zwabiona potencjalną zbrodnią, na pewno poczuje się zawiedziona. Bo Drwal to właśnie książka, która z kryminałem nie ma nic wspólnego. A całą zbrodnię popełnił tutaj pisarz, kradnąc czytelnikom owe przestępstwo i związane z nim dochodzenie do prawdy o tym, co wydarzyło się w przeszłości.

Oczywiście, można odczytywać Drwala jako zabawę właśnie, jako próbę skierowania wytartej nieco stylistyki literatury popularnej w stronę czegoś więcej niż zwykła rozrywka. W tej formie zapewne powieść broni racji swego istnienia. To jednak niewielkie pocieszenie w chwili uświadomienia sobie, że kupiliśmy coś, co nie spełnia swej podstawowej funkcji., jaką miała być proza lekka, łatwa i przyjemna. Wynikające z tego faktu rozczarowanie może bowiem sprawić, że zaprzestaniemy poszukiwań w ogóle, nie ufając już nikomu, kto mówi czy pisze o książkach. Skoro sam autor okpił nasze oczekiwania, nie pozostanie nic innego, jak powrót do bezpiecznych i utrwalonych nazwisk, które dostarczą to, czego się po nich spodziewamy. I w tym sensie największa to porażka Witkowskiego. Niezrozumienie jego podejścia będzie bowiem rzutować na wszystko, co napisze teraz. Nie będzie już bowiem wiarygodny ani jako obrazoburczy pisarz ani jako twórca dla szerokich mas. Czas pokaże, czy moja diagnoza jest słuszna.

Krzysztof Mroczko