Miesiąc: Lipiec 2012

Robert J. Szmidt, Ostatni zjazd przed Litwą


Ostatnio pisałem o fantastyce naprawdę sporej jakości, dziś dla odmiany coś, co nie ma takich aspiracji. Wydany kilka lat temu tom zatytułowany Ostatni zajazd przed Litwą, autorstwa Roberta J. Szmidta należy do nurtu czystej rozrywki. W sam raz na urlop, jak ktoś ma to szczęscie.

Zbiór opowiadań, których tak naprawdę nie łączy nic, poza dość szeroko rozumianą fantastyką. Z domieszką sensacji czy horroru, jak każe dzisiejsza norma gatunku, ale rdzeń pozostaje niezmienny. To światy wymyślone, choć przecież nieodległe i bardzo, naprawdę bardzo prawdopodobne. Choćby po części.

Pięć opowieści na nieco ponad trzysta stron druku wydaje się być liczbą akuratną, taką w sam raz. Opowiadania pomieszczone w zbiorze nie łączą się ze sobą w żaden sposób, ani pod względem wykreowanego świata ani pod względem poetyki. To osobne historie, z których każda chce żyć własnym życiem. Każda z nich jest też sprawnie napisana, ale czytelnik ma świadomość obcowania ze znanymi mu wcześniej motywami, podlanymi jednakże (choć bardzo skąpo) własnym sosem autora. Ten zbiór to dzieło sprawnego rzemieślnika, znającego dobrze swój fach, ale trzymającego się zasad. Nieco, jak na mój gust, zbyt kurczowo.

Zbiór zaczyna się opowiadaniem z gatunku grozy, gdzie alternatywny świat, pomieszczony na granicy wielu rzeczywistości, staje się polem walki Dobra i Zła. Nosi ono tytuł „Cicha Góra” i jest wariacją na temat dość często obecny w naszej twórczości fantastycznej. Sprawnie opowiedziana fabuła nie zawiera jednak w sobie tego czegoś, co jedni nazywają iskrą Bożą a inni talentem. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale te miejsca są już dobrze znane. Przyjemnie się to czyta, lecz po lekturze nie pozostaje żadna głębsza refleksja. To gatunek literatury, którą osobiście nazywam literaturą użytkową. Można jej użyć, można nawet poddać się jej urokowi, ale po lekturze nie pozostaje nic więcej. Ot, kolejna opowiastka rozegrana w dobrze znanych scenografiach i kostiumach.

Opowiadanie kolejne, zatytułowane tak samo jak najbardziej znana płyta Pink Floyd, próbuje połączyć hard sf z poetyką znaną z książek Philipa K. Dicka. Niestety, z tej próby nie wychodzi zwycięsko. Po raz kolejny okazuje się, że rozgrywanie klasycznych już niemalże tematów wymaga czegoś więcej niż sprawnego warsztatu. Pomysł jest zużyty niemal do przezroczystości, a przez prześwity widać całość konstrukcji, która chwieje się i kołysze nawet przy bezwietrznej pogodzie. Przypomina nieco rusztowanie, na którym rozpięto reklamę. Reklama ta niby coś zasłania, ale wszyscy wiedzą, jak wygląda budynek schowany pod nią.s

Najbardziej spodobała mi się historia zatytułowana „Mrok nad Tokyoramą”. Znów mamy do czynienia z dość w sumie banalną historią, ale tym razem sposób prowadzenia tej opowieści potrafi wciągnąć czytelnika. I trzymać w swoich rękach aż do końca, mimo iż fabuła jest aż do bólu przewidywalna i łatwa do odczytania nawet dla średniozaawansowanego czytelnika. Mimo tego opowiadanie to ma w sobie to coś, co przyciąga. Być może to zasługa dobrze oddanego egzotycznego wciąż dla nas, zwykłych polskich zjadaczy chleba, japońskiego stylu życia. Być może coś innego, ale niemniej rezultat wart jest poświęconego mu czasu. Nawet pomimo ckliwego finału, opartego o dawno zużyte schematy.

Bardzo ciekawe, choć zupełnie z innych powodów, są dwa ostatnie opowiadania. Pierwsze przemawia do nas przede wszystkim pomysłem, w którym to Polacy po raz kolejny walczą o własną niepodległość i niezależność na przekór wszystkim i wszystkiemu. Tytułowe opowiadanie budzi naszą dumę narodową i to chyba wszystko, co można o nim powiedzieć. Cała reszta to – po raz kolejny! – zlepek stereotypowych spojrzeń na możliwy rozwój sytuacji na świecie.

Opowiadanie ostatnie próbuje natomiast czegoś innego. Również i tutaj znajdziemy odwołania bliskie naszemu polskiemu sercu, ale są one czymś innym. Akcje tajnych służb i ich związki z polityką, zbudowane na zaskakującej i oczywistej jednocześnie puencie, stanowią naprawdę wisienkę na torcie upieczonym przez autora. Choć ciągle nie mogę pozbyć się wrażenia, że siłę oddziaływania tej historii oceniam poprzez pryzmat jej odbicia w realnym świecie, w którym walka wywiadów i zakulisowe potyczki są na porządku dziennym nie tylko w oczach zwolenników teorii spiskowych. Niemniej jednak „Polowanie na jednorożca” to kawałek dobrej, sprawnie napisanej prozy, którą da się czytać bez poczucia zmarnowanego czasu.

W całości zbiór nadaje się do czytania, zwłaszcza w porównaniu do wielu innych, które nie zasługują nawet na poświęcenie im czasu. Jest to jednak właśnie literatura rozrywkowa sensu stricte. Nic więcej nie należy od niej oczekiwać. Po skończonej podróży odejdzie w niepamięć.

 

Reklamy

Rafał Kosik Vertical


Korzystając z niedawnej  reedycji książki Rafała Kosika postanowiłem wreszcie nadrobić braki i zapoznać się z dziełem, które wysoko ocenia wielu. Na okładce czytanego przeze mnie pierwszego wydania, pochodzącego z 2006 roku, zacytowano zdanie z recenzji zamieszczonej bodajże na portalu Gildia.pl. Sens był taki, że jeśli ktoś zwątpił już w literaturę fantastyczno-naukową, ta książka może przywrócić tę wiarę. Nie wiem, czy lektura Vertical zadziała tak na innych czytelników, ale mnie na pewno zwróciła na nowo na dawno już nie uczęszczaną ścieżkę.

Korzystając ze swobody bloga nie mam zamiaru opisywać fabuły czy analizować utworu od strony formalnej. Nie chcę tworzyć sztywnej od zasad formalnych recenzji. Kto chce poznać osobę autora lub dowiedzieć się czegoś więcej, ma do wyboru sporą liczbę miejsc w sieci. To tylko moje luźne przemyślenia na kilka spraw, które już zostały chyba nieco zapomniane. Chcę opowiedzieć jedynie o wrażeniu, jakie na mnie wywarła książka. I, być może trafnie, odgadnąć zamiary autora. Być może zaś nie.

Prawdziwa literatura zawiera Tajemnicę. Żadne to odkrycie, a jednak jakoś rzadko ostatnio o tym się mówi i pisze w sytuacjach rozmów o książkach. Opowiadamy o książkach, bo są nowe, bo sprzedały się w jakiejś tam ilości egzemplarzy, bo autor czy autorka słynie ze skandalicznego życia. A przecież literatura to książki o ludzkiej kondycji przede wszystkim. Dokładniej rzecz ujmując – o zrozumieniu ludzkiego doświadczenia. Opisywanie rzeczywistości to jedno, ale opisanie człowieka wobec tejże rzeczywistości to już zupełnie coś innego. I to, jak sobie autor czy autorka radzi z podobnym zadaniem jest dla mnie wyznacznikiem jakości książki. Jeśli tego brakuje, książka pozostaje zwykłym czytadłem, literaturą konsumpcyjną, która pozwala co prawda dobrze spędzić czas, ale nic po sobie nie zostawia.

Może popełnię teraz coś w rodzaju świętokradztwa, ale dla mnie Vertical jest momentami tak dobry, jak książki Lema, by wymienić choćby Solaris. Stawia czytelnika przed nowymi ujęciami spraw, pytając o poszukiwania granic znanej nam rzeczywistości i skutki owego poznania. W chwili, gdy wydaje nam się, że świat jest już właściwie podporządkowany człowiekowi, to ważne i aktualne pytania. Zresztą, ten typ pytań po prostu pozostanie z naszym gatunkiem tak długo, jak długo przetrwamy. Postęp przynoszą bowiem uzyskane odpowiedzi, nawet jeśli błędnie je interpretujemy.

Moja wiara w fantastykę wróciła. W fantastykę rozumianą jako tę część literatury, która pozostawia czytelnika z większą ilością pytań niż udzielonych odpowiedzi. I która zmusza do dalszych poszukiwań na własną rękę. A powiedzieć coś takiego o książce to powiedzieć chyba wszystko. Zatem nie mam już nic do dodania.