Miesiąc: Styczeń 2011

Philip Kerr Marcowe fiołki


Niemcy Hitlera w roku olimpiady, dwa spalone ciała, zaginiona biżuteria. Oto punkt wyjścia śledztwa prywatnego detektywa Bernarda Gunthera. Ten pozbawiony złudzeń, były komisarz policji kryminalnej, z całą pewnością poradzi sobie z tym zadaniem.

Prywatny detektyw Bernard Gunther dostaje pewnej nocy propozycję nie do odrzucenia. Bogaty przemysłowiec wynajmuje go, aby odnalazł zabójcę jedynej córki i jej męża. Ponadto w mieszkaniu ofiar obrabowano sejf, w którym była bezcenna brylantowa kolia. To zlecenie może zapewnić detektywowi dostatnią emeryturę.

Tempo akcji biegnie niemal bez przerwy do przodu, a ilość wątków, śladów i poszlak niekiedy przyprawia o zawrót głowy. Szybko bowiem okazuje się, że cała sprawa posiada tak zwane „drugie dno”. Jeśli dodać do tego drobiazgowy obraz Berlina połowy lat trzydziestych, najczęściej w połączeniu z pełnym czarnego humoru komentarzem głównego bohatera, równie dowcipne dialogi i nieoczekiwane zwroty akcji, otrzymamy w efekcie książkę, od której nie można się oderwać.

Philip Kerr stworzył intrygujący czytelnika thriller w konwencji czarnego kryminału, który z całą pewnością nie odstaje od najlepszych dzieł swojego gatunku. Począwszy od postaci głównego bohatera, niestroniącego od mocnych trunków, pięknych kobiet i metod nie zawsze zgodnych z prawem. Skojarzenia z Philipem Marlowe jak najbardziej słuszne, wzmacnia je nieco fabuła, mająca wiele wątków bardzo bliskich tym klasykom. Nie jest to żaden poważny zarzut, Kerr raz po raz udowadnia, że pisać interesująco potrafi.

Z całą pewnością lektura przygód prywatnego detektywa Gunthera jest świetną rozrywką, także intelektualną. Dociekliwy czytelnik może nie tylko zajmować się rozwikłaniem kryminalnej zagadki, ale także wyszukiwać w tekście mniej lub bardziej zakamuflowane odniesienia do klasyki czarnego kryminału. To naprawdę zajmująca lektura, na pewno warta poświęcenia wieczoru.

 

Helen McCabe Grajek


Czy ktoś z was pamięta z czasów dzieciństwa bajkową opowieść o fleciście z Hammelin, nikomu nieznanym młodym grajku, który uwolnił miasto od plagi szczurów, urzekając gryzonie swoją wspaniałą grą? Jeśli tak, być może przyjdzie wam łatwiej zrozumieć i polubić historię opowiedzianą w najnowszej książce Helen McCabe zatytułowaną Grajek.

Opowieść rozpoczyna się w prowincjonalnym rumuńskim szpitalu psychiatrycznym, w którym przebywa kobieta w ciężkim szoku. Doznała go po śmierci swojej nastoletniej córki, która przed śmiercią została brutalnie zgwałcona. Rozpoczęte dochodzenie ujawnia coraz więcej nowych szczegółów, ale ich odkrycia powodują raczej zaciemnienie obrazu, bo nie każdy wątek da się logicznie uzasadnić. Fakty mieszają się tu z legendami, a cała niewielka społeczność wioski dziewczyny nie zamierza z nikim dzielić się wiedzą o bardzo starym rytuale, przez który przechodzą nastoletnie dziewczynki. Niezrażony tym śledczy, wespół z lekarzem psychiatrą, szuka wytrwale wyjaśnienia zagadkowej śmierci dziewczynki.

Niestety, im dalej, tym gorzej. Z dusznej atmosfery małej wioski w górach Rumunii z początku lat 90., autorka przenosi akcję – w sposób, powiedziałbym, dość mało przekonywujący – do USA. Nie do końca zmiana ta wynika z powieści, w grę musiały wchodzić inne względy. Z całą pewnością sama McCabe czuje się zdecydowanie pewniej w takiej scenerii, co widać zwłaszcza w jej oddaniu realiów życia codziennego mieszkańców niewielkiego miasteczka, ale gdzieś po drodze gubi również ów wyjątkowy nastrój, który świadczył o sile tej powieści.

Kawałek po kawałku, niepostrzeżenie, jakby mimochodem, poznajemy postać tytułowego bohatera, legendarnego Grajka, który nosi w sobie coś w rodzaju przekleństwa, które zapewnia mu nieśmiertelność. Sam muzyk nawet wydaje się rozdarty pomiędzy resztkami człowieczeństwa a tkwiącym w nim demonie. Wszystko wskazuje na to, że nikt już nie jest w stanie powstrzymać działań tajemnych i mrocznych sił, które raz uwolnione, nie pozwolą się okiełznać na powrót.

Powieść McCabe nie daje się łatwo poddać klasyfikacji, ale nie wynika to z jej walorów literackich. Pomysł przywołania dobrze znanej legendy jest z całą pewnością czymś nietuzinkowym, ale na tym nowatorstwo tego dzieła niemal się kończy; w miarę rozwoju fabuły nastrój opada, a samo zakończenie może pozostawiać wiele do życzenia.

Książka zaskakuje czytelnika niejednokrotnie, rozwój wydarzeń potrafi być nieprzewidywalny, co trzeba niewątpliwie zapisać na plus. Autorka dość sprawnie porusza się wśród elementów zaczerpniętych z mitów, dawnych legend i opowieści ludowych, tworząc dość intrygujący obraz całości. Książka jednak w miarę lektury traci sporo ze swej początkowej dusznej atmosfery, stając się jedynie sprawnie napisanym thrillerem, który nie pozostanie raczej długo w pamięci czytelników. Wielka szkoda, zwłaszcza biorąc pod uwagę pierwotny pomysł opowieści. McCabe zdaje się koncentrować na formie bardziej niż treści i w rezultacie im bliżej końca, tym utwór słabnie. Być może autorka, debiutująca w tego rodzaju literaturze, zbyt kurczowo starała się trzymać przyjętej przez siebie konwencji, nie odciskając wyraźnie własnego śladu. Niestety, dla czytelnika, zwłaszcza będącego miłośnikiem opowieści grozy, będzie to stanowczo zbyt mało.

W gruncie rzeczy dobrze się ten utwór czyta. Z całą pewnością jest to poprawnie napisany kawałek prozy. I tyle właściwie można powiedzieć, powieść bowiem nie zapada w pamięć, nie w jakiś szczególny sposób. Można przeczytać, ale wracać do tej książki chyba raczej się nie będzie.

Tekst pierwotnie opublikowany na serwisie polter.pl