Miesiąc: Sierpień 2010

Gianrico Carofiglio Świadek mimo woli


Tym razem kryminał po włosku. Na dodatek to kryminał dość nietypowy, bo nie ma w nim detektywa, nie ma też policjantów znanych z innych książek. Nawet więcej – nie ma w powieści także osoby prokuratora, przynajmniej nie w głównej roli. Nasz bohater jest bowiem adwokatem. Panie i panowie, przed wami mecenas Guerini.

Muszę przyznać, że pomimo takiego, dość przecież niecodziennego zabiegu autora, książka jest znakomita i naprawdę przyjemnie się ją czyta. Cała fabuła rozgrywa się wokół sprawy morderstwa dziewięcioletniego chłopca. Oskarżony o tę zbrodnię czarny imigrant nie ma żadnych szans na uniknięcie dożywocia. Mecenas Guerini, przeżywający trudne chwile po rozwodzie z żoną, decyduje się bronić Senegalczyka.

Jak wspomniałem na wstępie, to książka dość różniąca się od typowych powieści kryminalnych. Nie znajdziemy tu opisu żmudnego śledztwa, nie ma też pościgów, kolejnych zbrodni, nie ma także krwi. To jednak powieść bardzo zajmująca, bowiem mocno zarysowane przeżycia głównego bohatera trzymają w napięciu przez cały czas. Bliżej może tematyce powieści psychologicznej, niż powieści kryminalnej, nie jest to jednak żaden zarzut, wręcz przeciwnie. Im lepiej poznajemy mecenasa Gueriniego, tym bardziej lektura jest wciągająca.

Powieść toczy się dość powoli, niespiesznie. Wśród większych zalet można wskazać szczerość autora, byłego prawnika. Carofiglio nie owija w bawełnę, pisząc o zawodzie adwokata, o wszystkich rozterkach moralnych, o cynizmie towarzyszącym temu zawodowi. W sposób niezwykle uczciwy zajmuje się opisem prawdziwej sytuacji wymiaru sprawiedliwości. Wydaje się, że przedstawione przesłanie tej powieści ma wymiar dość uniwersalny, bo czyż na całym świecie nie jest podobnie? Z tego też względu książka Carofiglio z całą pewnością poza walorem rozrywkowym dostarcza ponadto materiału do przemyśleń. I to stanowi o jej dużej wartości.

Nie chcąc psuć lektury, nie zdradzę więcej szczegółów, mam nadzieję jednak, że te kilka słów zaintryguje kogoś do sięgnięcia po „Świadka mimo woli”.

tekst ukazał się pierwotnie tu: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/swiadek_mimo_woli_nowy_kryminal_wloskiego_pisarza_156575.html

Andrzej Krajewski Skyliner


Uległem opisowi wydawcy i przeczytałem. Było tam porównanie do prozy Tyrmanda i Głowackiego, lokując książkowy debiut znanego (podobno, ja osobiście nie znałem twórczości Krajewskiego) grafika i plastyka, mieszkającego od lat w Stanach Zjednoczonych, wśród książek o polskich miłośnikach jazzu w ciemnych latach pięćdziesiątych. Dodatkowo pisano tam też i o tym, że to „powieść łotrzykowska”, opisująca życie półświatka we Wrocławiu tamtych lat. Nie oparłem się takiej pokusie, bo każdy z tych tematów mnie pociąga, nawet jeśli występuje w pojedynkę, co tu mówić  zaś o tak wspaniale zapowiadanym połączeniu, musiałem koniecznie jak najszybciej rozpocząć lekturę.

Jak to często bywa z podobnymi zapowiedziami, nie okazały się one w całości odpowiadające realnemu stanowi rzeczy. Co prawda wszystkie wymienione wyżej elementy występują w tej powieści, ale nie czynią z niej arcydzieła, czy choćby powieści mającej ogromne zadatki na podbicie serc i umysłów szerokich rzesz czytelników. Przypomina mi to nieco podobną sytuację w kuchni – nie ma znaczenia fakt, że korzystaliśmy z tych samych składników co mistrz kulinarnych dokonań, jeśli nie zrobiliśmy tego w odpowiedni sposób i jeśli brakuje nam „tego czegoś”, co jedni nazywają talentem, drudzy „iskrą Bożą”.

Nie jest to kompletny gniot, ale bywają momenty naprawdę mało strawne. Prowadzona w pierwszej osobie narracja, a także sama postać bohatera – młodego rysownika z dawnego „dobrego domu”, konstestującego siermiężną rzeczywistość głównie za pomocą namiętności do jazzu, którego słucha cały czas, i wielka miłość do wszystkiego co amerykańskie, pozwala zobaczyć alter ego autora. Nie byłoby może w tym nic szczególnego nawet, gdyby nie ciągle podkreślana, nawet jeśli jedynie w duchu, wyższość bohatera nad wszystkimi niemalże. Nie przeczę, że sporo ludzi z tak zwanego „awansu społecznego” nie grzeszyła ani intelektem, ani wiedzą, ani nawet odpowiednimi manierami, ale nie chcę też wierzyć w to, że nagle przestali istnieć zwykli ludzie, którym ani nie podobał się nowy ustrój, ani nie zachwycał swymi wspaniałościami Zachód. Na dodatek ciągłe powtórzenia, niemalże wyznania swej ogromnej miłości do jazzu, ciągłe podkreślanie własnej przebiegłości w kontaktach z innymi, nieustanne drobiazgowe wyliczenia kolejnych miłosnych podbojów i szczegółowe opisy własnych kreacji (oczywiście, wszystkie ciuchy były MADE IN USA) powodują znużenie i zirytowanie czytelnika. Bardzo ciężko jest wytrzymać ten ciągły zachwyt nad własną osobą, szybko się zresztą zaczyna wydawać, jakby był to jedyny powód powstania tej książki.

Akcja nie jest zbyt skomplikowana. Oto młody chłopak nie dostaje się na studia z powodu niewłaściwego pochodzenia, naturalną koleją rzeczy staje na komisji wojskowej. Na skutek przypadku zostaje wyznaczony mu termin powtórnej komisji, ma jednak pewność, że zostanie wcielony do armii. Postanawia uciec z Polski. Okazuje się, że jest to możliwe, kosztuje jednak niebagatelną sumę stu tysięcy złotych, którą trzeba zdobyć w kilka tygodni. Przy pomocy własnej pomysłowości i odrobinie szczęścia, udaje mu się nie tylko zdobyć wymaganą sumę, ale i kilka razy więcej. W oczekiwaniu na przerzut do zachodnich Niemiec, młody człowiek używa życia, słuchając jazzu, jeżdżąc luksusowym mercedesem i zdobywając kolejne kobiety. Opisywane zdarzenia przeplatane często są reminiscencjami z przeszłości, różnego rodzaju dygresjami i, przede wszystkim, opisami wspaniałości i świetności głównego bohatera.

Cierpliwy czytelnik zostanie jednak nagrodzony, bo ostatnie kilkadziesiąt stron powieści jest naprawdę dobrą literaturą. Odniosłem wrażenie, jakby był to zapis albo najbliższy rzeczywistemu obrazowi wnętrza autora albo powstał po prostu najwcześniej. Zresztą, może obie te kwestie nie wykluczają się wzajemnie, a raczej uzupełniają. przyszło mi na myśl, że książka pana w podeszłym już wieku (rocznik 1934) była swego rodzaju zapisem wspomnień młodości, w której czas wrocławski, przeżyty samodzielnie u progu dorosłości był właśnie takim życiem, pełnym przygód, zabawy i dbałością o własny wizerunek. Wiele osób podobnie przeżywa pierwszy okres opuszczenia rodzicielskiego domu, zachłystując się nagle otrzymaną wolnością, dopiero później nadchodzi poczucie odpowiedzialności, plany na przyszłość i dążenie do stabilizacji. I widać to wyraźnie pod koniec powieści, kiedy bohater wspomina swoje dzieciństwo, przypadające na czas wojny, tułaczki po wsiach i dworach, poczuciu straty i zagubienia z jednej strony i chęci zbudowania zwykłego, chłopięcego świata gier i zabaw, zwariowanych planów podróży i prób wchodzenia w świat dorosłych. I dla tych fragmentów warto po tę książkę sięgnąć, pomimo jej wad może się okazać, że ulegliśmy czarowi świata, którego już nie ma.

Robert Conquest Lenin.Prawda o wodzu rewolucji


Robert Conquest to jeden z najbardziej znanych badaczy historii Związku Radzieckiego. W naszym kraju wydano kilka z jego książek, z oczywistych powodów dopiero w latach 90-tych. Najsłynniejsza z nich to monumentalna praca „Wielki Terror”, po raz pierwszy opublikowana w 1969 roku. Jednak dzisiaj chcę napisać kilka słów o innej książce, nie tak monumentalnej, ale bez wątpienia jednej z bardzo zajmujących książek historycznych, zajmujących się biografiami wielkich dyktatorów w dziejach świata.

Na pewno każdy czytał choć raz biografię kogoś znanego. Najczęściej autor zaczyna opowieść od rysu dzieciństwa, niejednokrotnie zajmując się wprowadzeniem w epokę, ukazując obraz ówczesnej sytuacji w kraju ojczystym swego bohatera, albo odmalowuje nam realia miasta rodzinnego tej wielkiej postaci. Bywa jednak najczęściej tak, że pierwsze strony biografii poświęcane są rodzinie bohatera książki, jej drobiazgowej historii na przestrzeni dwóch lub trzech pokoleń przed narodzinami przyszłego człowieka, któremu w ten czy inny sposób udało się podbić świat i zostawić w nim swój trwały ślad. Dopiero potem następuje śledzenie kolei losu, mniej lub bardziej rozbudowane (lub mniej lub bardziej udane) próby odmalowania rzeczywistych wydarzeń, oddzielanie zmyślonych opowieści od tych prawdziwych, częste cytaty rozmów lub spisanych wspomnień krewnych, znajomych i wszystkich tych, którzy zetknęli się w jakiś sposób z opisywaną postacią.

Conquest pisze inaczej, zajmując się bardziej wpływem Lenina na innych, przy czym o wiele bardziej interesuje go on jako polityk, filozof i teoretyk niż jako istota ludzka. Owszem, wspomina tu i ówdzie różne ciekawostki czy anegdoty związane z Leninem, ale nie stanowią one dla niego wartości same w sobie, a raczej są jedynie potwierdzeniem stawianych przez historyka hipotez. I z tego właśnie względu uważam tę książkę za godną szczególnej uwagi, nawet jeśli ktoś niezbyt interesuje się historią czy polityką. Bo to nie jest nudne dzieło historyczne, gdzie wprost roi się od dat, przypisów i konkretnych faktów ukazanych jako niewątpliwie potwierdzone, choć rozmaicie interpretowane.

W książce Conquesta znajdziemy odrobinę historii podanej wprost, jest to raczej jedynie w pewnym sensie konieczny szkielet, istotny dla zrozumienia całości, ale nie najważniejszy. Autora bardziej zajmuje próba poznania poglądów Lenina, uchwycenie momentów przełomowych dla jego biografii, momentów tworzących osobę znaną powszechnie jako „Wódz rewolucji”. O ile można zrozumieć niechęć do osoby Lenina, autorowi udaje się utrzymać naukową bezstronność, a nawet i uznanie dla tych elementów pism Lenina, które w jakiś sposób wnosiły świeży powiew do doktryny marksistowskiej. Nie może to dziwić, skoro w młodości Conquest był członkiem partii komunistycznej, walczył w Hiszpanii i dopiero po latach II wojny światowej, po zetknięciu się z „realnym socjalizmem” typu sowieckiego w Bułgarii, odszedł od komunizmu i stał się wrogiem obozu państw socjalistycznych.

Warto tę książkę przeczytać także i dlatego, że jest to  po prostu świetnie napisana rzecz, która sama się broni nawet po tylu latach od jej pierwszego wydania.

Rafał A. Ziemkiewicz Czas wrzeszczących staruszków


Kolejna książka znanego pisarza i publicysty. Po raz kolejny Ziemkiewicz sięga po tematykę polityczną. Osobiście wolę jego prozatorskie dokonania, zwłaszcza te na gruncie fantastyki, ale lubię też jego teksty publicystyczne. Regularnie czytam rzeczy pisane w „Rzeczpospolitej”, uważnie przeczytałem też wszystkie wcześniejsze książki publicystyczne.

Uważam, że czas poświęcony na lekturę Ziemkiewicza nie jest z całą pewnością czasem straconym. Można się z nim nie zgadzać, można nie lubić jego poglądów, ale poznać na pewno warto. Tym bardziej, że talentu pisarskiego z całą pewnością nie można mu odmówić i lektura jest czymś przyjemnym. Na pewno stanowi też, w jakimś stopniu przynajmniej, świetny przyczynek do obrazu polskiej sceny politycznej i mechanizmów nią rządzących, zazwyczaj będących w cieniu.

Jednym słowem – wartościowa książka pod wieloma względami. Względy te brane pojedynczo stanowią moim zdaniem wystarczające powody do sięgnięcia po tę pozycję. Jeśli ktoś lubi politykę – z całą pewnością warto. Jeśli kogoś bardziej interesuje stan polskiego społeczeństwa – na pewno trzeba przeczytać tę książkę. A jeśli ktoś lubi dobrą publicystykę napisaną świetnym i żywym językiem – zdecydowanie warto.

Łukasz Orbitowski Nadchodzi


Nowa książka Orbitowskiego, przez wielu już okrzykniętego królem polskiego horroru, to zbiór pięciu opowiadań, połączonych poruszaną tematyką. Nie jest to jednak ani konkretny cykl, ani też brak tu wspólnego bohatera. Autor używa wielu kostiumów i wielu scenerii, akcent kładąc na takie meta-tematyczne połączenie, w rodzaju tego, którego używali Borowski i Nałkowska pisząc swe wojenne zbiory. „Nadchodzi” to zbiór opowiadań z takim swego rodzaju motywem przewodnim, którym jest zdrada. A także cena, jaką za zdradę przychodzi zapłacić.

Otwierający zbiór „Popiel Armeńczyk” to przejmujący i bardzo dobrze napisany monolog partyzanta, opowiadającego dzieje własnego oddziału i jego rozbicie przez Niemców. Moim zdaniem jego największą siłą jest język bohatera-narratora, co nie tylko pomaga czytelnikowi całkowicie zanurzyć się w realia opowieści, ale stanowi o wielkiej sile oddziaływania fabuły, niezbyt formalnie skomplikowanej. Całość stanowi wspaniałe preludium, zapowiadając wspaniałe przeżycia na następnych stronach.

„Strzeż się gwiazd, w dymie się kryj” w moim rankingu historii zamieszczonych w tym tomie zajmuje miejsce ostatnie. Nawet nie dlatego, że jest naprawdę kiepskie. Uważam po prostu, że zdaje się niezbyt pasować do całości, nie tyle treścią nawet, a formą. Historia pobytu w szpitalu opowiedziana znów w pierwszej osobie, tym razem bohaterki, stanowi zapis czegoś w rodzaju postępującej choroby psychicznej lub dość onirycznego marzenia sennego, co pomaga zbudować mocno oddziałującą plastycznie opowieść, ale zupełnie nie pasuje klimatem do reszty utworów. Pisząc te słowa mam jednakże świadomość ogromnej subiektywności mojej oceny i jestem przekonany, że inni czytelnicy mogą mieć zupełnie odmienne zdanie na temat tego opowiadania.

Kolejna historia to „Cichy dom”. Oto trójka znajomych wyrusza nocą na poszukiwania samotnego domu w lesie. Chcą tam ukryć zwłoki anioła, którego jeden z nich zabił. Ta noc sprawi, że każdy z nich przemyśli całe swoje dotychczasowe życie, próbując na nowo odnaleźć dawno zagubiony sens. To naprawdę świetnie skonstruowana i napisana historia, która pochłania czytelnika bez reszty, nie pozwalając nie tylko na odłożenie lektury, ale nawet na zaczerpnięcie tchu. Każdy wielbiciel prozy Orbitowskiego znajdzie w tym opowiadaniu wszystko to, co spowodowało jego uwielbienie dla tego autora.

Przedostatnim utworem jest krótka „Zatoka Tęczy”, znów opowiedziana w pierwszej osobie, historia dziwnego Rosjanina, który był kosmonautą. Tylko tyle można opowiedzieć o fabule bez odsłaniania jej zbyt mocno, ale uważam, że to zdanie stanowi wystarczającą zachętę. Tu pisarz po raz kolejny zmienia diametralnie styl pisania, tworząc naprawdę interesującą historię. Właściwie jedynym minusem był w moich oczach dość szybki koniec. Naprawdę szczerze żałowałem, kiedy przewróciłem ostatnią kartkę.

Opowiadanie ostatnie dało tytuł całemu zbiorowi, co nie powinno dziwić przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze jest to opowiadanie najdłuższe, prawie dwustu stronicowe, bardziej rozmiaru niewielkiej powieści. Po drugie zaś jest to opowiadanie zdecydowanie najlepsze, które ukazuje nam talent pisarza w całej swej krasie, którą znamy od debiutanckiego „Horror show”. Dość zwyczajna opowieść pracownika naukowego w średnim wieku zamienia się w wielowątkowy i wielobarwny horror, który nie jest ani pretensjonalny, ani nudny. Do tego nowatorskie ujęcie tematu, opartego na klasycznym motywie „domu, w którym straszy”, zasługuje na najwyższe uznanie. To literatura naprawdę wysokiej próby, która z całą pewnością może znaleźć uznanie w oczach tych czytelników, którzy nie sięgają po powieści fantastycznych twórców. Tym dziełem Orbitowski podkreśla nie tylko swoją pozycję w fandomowym światku, ale przede wszystkim pokazuje wszystkim innym, że jest pisarzem godnym tego miana.

Naprawdę gorąco polecam, w tym roku jeszcze nie czytałem lepszej książki polskiego twórcy.

Scott Lynch Kłamstwa Locke’a Lamory


Wspaniały przykład powieści łotrzykowskiej, rozegrany w na poły realnym, na poły baśniowym świecie. Na pewno nikt nie będzie żałowal czasu spędzonego na lekturze tej książki. To naprawdę trzeba przeczytać.

Powieść opowiada losy grupy złodziei, żyjących z wielkich skoków, które są mistrzowsko zaplanowanymi oszustwami najbogatszych arystokratów. Narracja rozpoczyna się w chwili, kiedy jeden z niezliczonych złodziei Camorry, zwany Złodziejmistrzem, chce sprzedać do złodziejskiego „terminu” kilkuletniego chłopca. Złodziejmistrz jest przywódcą gangu małych chłopców, których zbiera z ulicy i kształci w złodziejskim fachu. Dzieci uczą się szybko, nie tylko sztuki rzezania mieszków, ale także poznają cały, mocno rozbudowany i dość skomplikowany, półświatek Camorry. Mały Locke Lamora bardzo się na ich tle wyróżnia, ma bowiem ogromny talent. Trafia zatem do kogoś, kto będzie mógł nauczyć go wszystkiego, co może być przydatne w złodziejskim fachu.

Kolejny rozdział opisuje już historię dojrzałego Lamory, który razem z czwórką przyjaciół tworzy paczkę mistrzowskich złodziei. Kradną tak ogromne sumy, że nie wiedzą, jak je wydawać, ale nagle w ich dotychczasowe życie wdziera się ktoś, kogo nie mogą oszukać. Zostają zmuszeni do walki o własne życie, a także do walki o ocalenie Camorry.

Książka napisana jest świetnie. Czyta się ją z wypiekami na twarzy, nie mogąc się oderwać. Nie tylko perypetie bohaterów są zajmujące. Lynch w sposób zupełnie mistrzowski prowadzi narrację, umiejętnie wplatając opisy wykreowanego przez siebie świata. Camorra jest miastem żywym, posiadającym wiele różnych twarzy, wiele różnych miejsc połączonych w jeden nierozdzielny organizm. Niektórym kojarzy się z Wenecją, z uwagi na swoje położenie na kilkunastu wyspach, między którymi pływają łodzie. Mi jednak bardziej przypomina Korsykę sprzed pięciuset lat, będącą wówczas siedliskiem wielu band i pirackich załóg, niepodzielnie rządzących na Morzu Śródziemnym. Jakkolwiek by nie było, mimo całego niebezpieczeństwa na ulicach Camorry, nie można odmówić sobie towarzyszenia Lockiemu i jego kompanom w ich nocnych wędrówkach po najgorszych dzielnicach. Naprawdę trzeba to przeczytać samemu.