Miesiąc: Czerwiec 2010

Patricia Briggs „Zew księżyca”


Wszyscy fani, każdej płci i wieku zresztą, książek o wampirach a la United States of America, powinni być zachwyceni. Pozwoli im to w miare bezboleśnie przetrwać okres oczekiwania na kolejną powieści Stephane Meyer. Ja jednak chyba dam juz sobie spokój z drugą częścią, mam sporą listę nieco lepszych pozycji do przeczytania, nudził się zatem nie będę.

Przyznam szczerze, że chciałem przeczytać tę powieść już od jakiegoś czasu, ale dopiero teraz się udało, z wielu różnych przyczyn. Nieistotne to zresztą, ważne jest osiągnięcie celu, nieprawdaż? W każdym bądź razie to święta i najszczersza prawda – CHCIAŁEM – przeczytać coś Patricii Briggs, zachęcony dość entuzjastycznymi recenzjami w wielu miejscach sieci. No i stało się.

Początek nie zachwycał, ale jednocześnie wprowadzał tę odrobinę niepokoju, niezbędnego w budowaniu napięcia i relacji z czytelnikiem. O ile nie powalała mnie fabuła, o tyle wciągnął mnie świat wykreowany przez Briggs. Dość stereotypowo, wręcz banalnie rozpoczęta powieść zaczęła w miarę lektury ujawniać swoje zalety, obecne zwłaszcza we fragmentach wprowadzających w zawiłości realiów tej na wskroś amerykańskiej powieści.

Mercedes, główna bohaterka powieści, jest mechanikiem samochodowym, prowadzi warsztat, gdzie remontuje niemieckie samochody. Jeśli nie wydaje się wam to dziwne – ile znacie kobiet własnoręcznie naprawiających swe auta? – to może nieco zaintryguje was wyznanie głównej bohaterki. Otóż jest ona kojotołakiem, stworem będącym magicznym przemieńcem, funkcjonującym pod postaciami kobiety lub kojota, w zależności od nastroju bądź potrzeby chwili. Do jej warsztatu trafia zabłąkany chłopak, Mac, który szuka pracy. Mercedes dzięki swoim zmysłom wyczuwa w nim wilkołaka i postanawia mu pomóc. Zanim to nastąpi, akcja nabierze niespodziewanie tempa. Mercedes uratuje Maca przed prześladowcami, skontaktuje go z miejscowym stadem wilkołaków, aby chłopak nie był zdany tylko na siebie. Gdy Mercedes idzie spać, zasypia w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Okazuje się jednak, że to dopiero początek całej długiej serii wydarzeń. Oto nieznani sprawcy z zupełnie nieznanych powodów zabijają chłopaka, napadają na dom sąsiada, będącego notabene przywódcą lokalneg0 stada i porywają mu córkę, zwyczajną ludzką nastolatkę, Jesse. Mercedes zrobi wszystko, by dowiedzieć się kto to zrobił i tym samym odnaleźć i uwolnić dziewczynę.

Cała historia poszukiwań Jesse staje się niezwykłą podróżą przez Amerykę. W świecie wykreowanym przez Briggs grupa wielkich magów zwanych Szarymi postanowiła ujawnić większą część nieludzi. Żyją oni jawnie wśród zwyczajnych ludzi.  Ale zwyczajnych ludzi mamy w powieści bardzo niewielu. Możemy za to spotkać rosyjską czarownicę, wilkołaka geja i miłego wampira. Ponadto podczas lektury poznamy bardzo wiele szczegółów z życia wszystkich przemieńców, przekonując się dobitnie, że życie pełne magii wcale nie jest łatwe i przyjemne.

Jako całość książka nie zachwyca, zwłaszcza w warstwie językowej. Nasuwające się skojarzenia z amerykańskimi serialami o wampirach są jak najbardziej na miejscu. Bohaterowie cały czas starają się mocno o to, by mówić językiem zrozumiałym dla nastoletniej młodzieży. Nawet dość ciekawie skonstruowany świat traci przez to bardzo wiele. I, biorąc to wszystko pod uwagę, tę powieść z czystym sumieniem mogę polecić jedynie zagorzałym fanom i fankom gatunku, reszta potencjalnych czytelników spokojnie może sięgnąć po coś innego.

Boris Akunin „Nefrytowy różaniec”


Najnowsza książka niezwykle popularnego i w naszym kraju twórcy kryminałów.

Czy jest jakiś miłośnik literatury kryminalnej nieznający przygód Erasta Fandorina, genialnego rosyjskiego detektywa? Śmiem wątpić, sądząc chociażby po stanie „zaczytania” całej serii w mojej bibliotece publicznej. Trudno jednak dziwić się tej popularności, bo powieści z Fandorinem to naprawdę wyjątkowe połączenie literatury z sensacją, nazywaną przez krytyków „literaturą środka”, cokolwiek miałoby to oznaczać. Osobiście jestem wielkim fanem prozy Akunina, przeczytałem całą serię jednym tchem.

„Nefrytowy różaniec” to spory, liczący aż 650 stron, zbiór opowieści o przygodach Fandorina przez całą jego karierę. Znalazły się tu historie rozgrywane w wielu różnych stronach całego globu – od Jokohamy poprzez Moskwę i Dziki Zachód aż po syberyjskie pustkowie. Autor zadedykował cały zbiór wielkim mistrzom gatunku, począwszy od Conan Doyle’a, poprzez Agathę Christie i Georga Simeona aż po Roberta van Gulika, holenderskiego twórcę przygód sędziego Di. Wiele z przedstawionych w tym zbiorze opowiadań, jeśli nie wszystkie, są niejako wyrazami hołdu dla klasycznych już historii, wykorzystując sam szkielet opowieści Akunin tworzy własne rozwinięcia, tworząc bardzo dobre zagadki w świetnie zarysowanych sceneriach. Mnóstwo zabawy dostarcza w ten sposób swoim czytelnikom, bo oprócz podstawowego pytania „kto zabił” nurtuje odbiorcę oryginalne pochodzenie pomysłu. Naprawdę świetne posunięcie, taki literacki hołd złożony mistrzom.

Stanisław Barańczak „Książki najgorsze”


W ramach odpoczynku od wyborów i mundialu polecam sięgnięcie po książkę Barańczaka. Wspaniała lektura, zapewniająca nie tylko rozrywkę intelektualną, ale też wiele niepowstrzymanych napadów głośnego śmiechu. Książka jest zbiorem recenzji pochodzących z końca lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku, zamieszczanych w piśmie „Student” i w drugim obiegu. Do najnowszego wydania „Znaku” dołączono także kilka tekstów pochodzących z roku 1993 i publikowanych w „Gazecie Wyborczej”. Mimo dość sporego upływu czasu zbiór ten jest nadal bardzo dobrą lekturą nie tylko dla polonistów i zainteresowanych historią polskiej literatury. Dostajemy tu sporą porcję wiadomości o życiu i kulturze PRL – u, zwłaszcza o życiu literackim. Choć trzeba przyznać, że tak naprawdę opis zachowań „ludzi pióra” popierających reżim doskonale spełnia rolę papierka lakmusowego w odniesieniu do całości społeczeństwa. Zwłaszcza teksty pochodzące z drugiego obiegu są tu bezkompromisowym świadectwem działań dziennikarzy, cenzorów, ludzi zajmujących się propagandą. Lektura tych pamfletów literackich dziś stanowi świetne źródło poznania dla młodego pokolenia, a niezwykle lekki język może być najlepszą rekomendacją. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników filmów Stanisława Barei i poszukiwaczy dobrej literatury, będącej czymś więcej niż rozrywką.

Maja Lidia Kossakowska „Siewca wiatru”


To pierwsza książka tej autorki, którą udało mi się skończyć, wcześniej próbowałem „Zakon końca świata”, i to była męka, wytrzymałem jedynie kilkanaście stron. Zraziłem się, ale nie jestem pamiętliwy, dałem więc szansę „Siewcy”. Oto garść wrażeń.

Akcja powieści rozgrywa się w niebie, gdzie istnieje cały bardzo skomplikowany system, wg którego urządzono Królestwo niebieskie. Poznajemy też, nieco pobieżnie wprawdzie, historię buntu Lucyfera i powstanie Abbadona, Anioła Zagłady. Autorka korzystała z Biblii i wielu innych dostępnych źródeł bardzo sumiennie i rzetelnie i ten fakt znajduje uznanie w moich oczach.

Kossakowskiej bez wątpienia udało się stworzyć bardzo ciekawą historię, unikając stereotypowych wyobrażeń. Dokonując starannej analizy źródeł, doszła do wniosku o nieobecności Pana w Niebie, a następnie przedstawiła swoją wizję rozwoju sytuacji.Akcja powieści toczy się wokół klasycznego motywu fantasy – walki Jasności i Ciemności, pradawnych wrogów, starszych od naszego Wszechświata.  Historia osnuta na wielu rozproszonych historiach o aniołach, przedstawia świat aniołów bardzo bliski naszemu. Są tu zatem i dworskie intrygi, walki o władzę, bunt przeciw prawowitemu regentowi i znajduje się nawet miejsce na wątki miłosne. W efekcie powstała solidna i dość  interesująca książka,  która na  koniec dodatkowo raczy czytelnika opisem prawdziwej natury Pana. W zasadzie wszystkie te cechy razem wzięte powinny być czymś w rodzaju przepustki nie tylko do dobrych wyników sprzedaży, ale i uzyskania pewnego rodzaju pozycji w świecie wielbicieli gatunku.

Powieść napisana jest bardzo przyjemnie, rzekłbym nawet łagodnie i  po kobiecemu. Nawet opis decydującej wielkiej bitwy nie epatuje nadmiernym rozlewem krwi i drastycznymi opisami. Moim zdaniem wyszło to powieści na dobre, bo twardy i brutalny (ludzki?) świat aniołów pozostaje jednak światem istot wyższych od człowieka, choćby tylko odrobinę.

Nie mogę jednak zgodzić się na pewne rozwiązania użyte przez pisarkę. Wydaje mi się, że nieco zbyt mocno podkreślana normalność postaci aniołów sprawiła, że oto Lucyfer staje się Lampką, Gabriel Dżibrilem, a między sobą najwięksi aniołowie mówią do siebie per „Rafałku”. Wszystko to sprawia czytelnikowi na dłuższą metę ból, zaczynający się w okolicach uszu, gdy po raz kolejny podobne określenia rozbrzmiewają z kart powieści. Być może inni przyjmują to zupełnie inaczej, ale dla mnie jest zabieg dość rażący. Podobnie wątki miłosne są przewidywalne aż do bólu, nie trzeba tu żadnych specjalnych umiejętności, aby przewidzieć, kto w kim się zakocha. To naprawdę nieco psuje przyjemność z lektury i ma wpływ na ostatecznie niższą ocenę.

Największą wadą książki jest w moich oczach ogromna przewidywalność fabuły. Autorka, skoncentrowana na swoim pomyśle, zbudowała piękny świat, ale ucierpiała na tym fabuła. Główna oś wydarzeń biegnie spokojnie od punktu A do B w linii niemalże prostej, a wątki poboczne to jedynie ozdobniki, które po prostu w powieści należało umieścić, bo tego wymaga teoria konstruowania fabuły. Zabrakło tu jeszcze doświadczenia, w końcu to debiutancka powieść.

Korzystałem co prawda z reedycji z 2007 roku w twardej okładce, ale mam też kilka uwag dotyczących ilustracji. Bo w co najmniej dwóch przypadkach nie za bardzo przedstawiały sytuacje opisywaną. Związany anioł raczej nikomu nie kojarzy się z batmanem powieszonym za szyje, a i w innym miejscu rysunek nie odpowiada do końca akcji. Niby nic, ale jednak nieco psuje w sumie dobre wrażenie twardej okładki i dość starannego wydania.

Andriej Bielanin „Moja żona wiedźma”


Kolejna pozycja pochodząca zza wschodniej granicy wydana przez lubelską Fabrykę Słów. Jako namiętny, wręcz maniakalny, miłośnik rosyjskiej literatury fantastycznej, widząc jedynie nazwisko autora nie byłem w stanie oprzeć się pokusie jak najszybszej lektury dość pokaźnego tomu.

Andriej Bielanin to uznany twórca w swoim kraju, u nas dopiero zaczynają wychodzić jego książki. Mi kojarzy się jego sposób pisania z nieodżałowanym Kiryłem Bułyczowem, legendarnym już pisarzem, który wzniósł na wyżyny nurt fantastyki humorystycznej. Zresztą, ten nurt jest niezwykle popularny na całym śwecie, wystarczy wspomnieć znanego i popularnego u nas Prachetta.  Ale wracając do powieści Bielanina muszę stwierdzić, że każdy szukający naprawde dobrej i niebanalnej fantastyki,  na dodatek pełnej humoru, nie zawiedzie się.

„Moja żona wiedźma” to historia poety Sergieja, który tuż po ślubie odkrywa, że wybranka jego życia jest wiedźmą. Przyjmuje to spokojnie, jest przecież artystą, widzi nawet i pozytywne strony tego faktu. Okazuje się jednak, że Natasza wpada w kłopoty, które mogą sprawić koniec jej małżeństwa. Na dodatek zanim zdąży opowiedzieć mężowi całą historię, znika.

Oszołomiony bohater przekonuje się, że nie jest w stanie żyć bez swej ukochanej i postanawia jej szukać za wszelką cenę. W swej kuchni poznaje dwóch osobników, będących jego duszą – jeden to anioł Ancyfer, a drugi, diabeł dla równowagi, nosi wdzięczne imię Farmazon (wszelkie skojarzenia jak najbardziej uprawnione – przecież to za pomocą wykrętnych i nie zawsze uczciwych namów). Cała trójka rozpoczyna swą fantastyczną podróż przez światy równoległe, bardzo niekiedy bliskie naszemu.

Dla opisu fantastycznych podróży bohaterów autor czerpie pełnymi garściami z baśni, legend i mitów wielu krajów. I tak spotkamy tu carewicza Iwana, Odyna i Freję, mówiące szczurony i niedźwiedzie. Pozostawię wam radość samodzielnego odkrywania wszystkich związków z innymi magicznymi opowieściami, których wiele wypełnia karty tej książki. Wszystko zaś w ogromnym tempie i ze sporą dawką humoru, na poziomie mogącym byc dla wielu innych autorów przykładem. Po lekturze powieści rozumiem fenomen popularności autora w jego ojczystym kraju. I z ogromna niecierpliwością oczekuję kolejnych książek.

Andrzej Ziemiański TOY WARS


Lektura książki Ziemiańskiego przypomina skok do głębokiej czarnej wody – nie można złapać tchu, niewidzialne siły miotają twoim ciałem, tysiące myśli przebiega umysł w ułamku sekundy, czas paradoksalnie zwalnia mimo uczucia ogromnego pędu. Nawet nie za bardzo można zarejestrować moment, w którym przewracamy ostatnią już stronę i wracamy do rzeczywistości, w której tkwimy spokojnie w fotelu. I mogłoby owe przeżycie naprawdę być wstępem do czegoś więcej, co zwykle można doświadczyć przy lekturze powieści pokazującej kawałek świata w nowy dla nas sposób. Niestety, po lekturze TOY WARS wrażenia mijają równie szybko, jak wysycha woda po skoku do basenu w upalny dzień. Albo nawet szybciej.

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to literatura rozrywkowa i jej celem jest dostarczenie czytelnikowi owej rozrywki na czas lektury i nic poza tym. Zdaję sobie także sprawę z istnienia licznych fanów, tak gatunku en masse, jak i tego właśnie pisarza. Ale staram się patrzeć obiektywnym okiem i nadal nie mam tak naprawdę pojęcia, z jakiego powodu to jest dobra literatura. Dialogi, mających sprawiać wrażenie „mięsistych” są po prostu mówione w nieistniejący nigdzie sposób, gdzie skumulowanie bluzgów, niewybrednych epitetów i pieszczotliwych(?) zdrobnień ma prawdopodobnie  wpędzić w kompleksy zawodowych żołnierzy lub ludzi z półświatka. Zresztą, TOY WARS opowiada o ludziach pochodzących ze styku obu. Postaci głównych bohaterów, najemników światowej klasy, dla których prawdziwym życiem jest walka,  sprawiają mocno karykaturalne wrażenie, jakby miały parodiować samych siebie. Widać to zwłaszcza w przestrzeganiu niemalże uświęconego przekonania o tym, iż  prawdziwą przyjaźń można spotkać tylko na polu bitwy, choć i to nie zawsze, bo zaufanie to delikatna sprawa, jak wiadomo z tylu innych dzieł, nie tylko literackich, przedstawiających życie żołnierzy do wynajęcia. Nie jestem jednak przekonany, czy wymienione wyżej grupy społeczne zdecydują się poświęcić swój cenny czas na lekturę TOY WARS. Wątpię bowiem, by były one „targetem” autora. Jak sam bowiem wspomina – dość często! – w wywiadach, on chce być czytany przez biznesmenów w trakcie podróży i chce dać im poczucie przeżycia czegoś, o czym w głębi serca marzy każdy facet. I chyba z tego względu tematem wiodący jest seks, zabijanie i narkotyki.

Niestety, właśnie ów słynny odbiór grupy docelowej zaważył mocno nad tą powieścią. Wszyscy przyciągnięci sławą „Achai”, będą rozczarowani mocno. Jedyną wspólną rzeczą między tymi dwoma utworami jest obsadzenie kobiety w roli głównej bohaterki. Cała reszta to podrzędna próba napisania thrillera, gdzie próżno szukać nie tylko opisów przyrody, ale także dowodów na odczuwanie uczuć przez bohaterów. W dodatku postaci kobiece są opisane w tak szowinistyczny sposób, że autor powinien wystrzegać się spotkań z feministkami, choć wątpliwe, by TOY WARS stało się lekturą z zakresu gender studies. Całość zaś sprawia wrażenie skleconej na siłę opowieści, z której nic nie wynika. A przecież mogłoby być lepiej, nieprawdaż?

Artur Górski „Al Capone w Berlinie”


Druga część przygód pary pary komisarzy Polskiej Policji Państwowej w międzywojennej Warszawie. Tym razem komisarz Wars i podkomisarz Sawicka przypadkowo trafiają na ślad handlarzy żywym towarem. Akcja znowu toczy się wartko, dialogi nadal skrzą się od dowcipnych i ciętych ripost, a dodatkowo dostajemy i opis niemieckiej stolicy, do której udaje się komisarz Wars, a jako specjalny dodatek, reklamowany na czwartej stronie okładki, książka zawiera przedruki oryginalnych reklam prasowych epoki, co faktycznie „czyni lekturę jeszcze przyjemniejszą”.Artur Górski "Al Capone w Berlinie"

Faktem jest, że znów pojawiają się drobne nieścisłości historycznych realiów, ale nie rażą one zbytnio w trakcie lektury. Dla miłośników akcji książka ta, podobnie zresztą jak i pierwsza część tomu, może wydać się mało atrakcyjna, a to z uwagi na brak strzelanin i pościgów. Zamysł twórcy, jeżeli mogę cokolwiek uznać za pewnik, wydaje się podążać bardziej w stronę odmalowania atmosfery miasta stołecznego Anno Domini 1938 niż budowania akcji rodem z thrillerów. I muszę przyznać, że temu zadaniu Górski podołał w stopniu zadowalającym nawet najbardziej wytrawnych koneserów kryminałów w stylu retro. Umiejętne budowanie zachowania postaci, w połączeniu z ich wewnętrznym monologiem nie tylko ożywia bohaterów, ale nadaje im cechy autentyzmu, co przecież nie każdemu autorowi wychodzi. Dla miłośników gatunku konieczność, a i osoby nie przepadające za kryminalnymi historiami mogą przeżyć naprawdę miły wieczór w towarzystwie pary policjantów. I dopiero po zamknięciu ostatniej strony odkryć największą wadę powieści – jej niewielki rozmiar.