Miesiąc: Maj 2010

Ewa Zachara „Cajtfikser”


Któż z nas nie marzył, by choć jeden, jedyny raz móc cofnąć czas? Któż nie wyobrażał sobie, jak wiele mógłby zmienić, coś poprawić, czegoś innego w ogóle nie zrobić? Wyobraźmy sobie więc, że istnieje powszechnie dostępne urządzenie, które potrafi cofnąć – lub przyśpieszyć ! – czas. To właśnie jest cajtfikser ( od niemieckich słów Zeit – czas i fixeren – naprawiać). Dzięki temu wspaniałemu urządzeniu już nie ma wypadków i przestępców, znikają także kłótnie rodzinne i sąsiedzkie. Gdy chcesz coś zmienić, po prostu cofasz czas. Mało tego – będąc skazany/-a na ciężki ośmiogodzinny czas pracy możesz czas przyśpieszyć i juz po chwili jesteś już po pracy. Brzmi jak przyjemna wizja przyszłości ?

Niestety, tak tylko brzmi w naszej głowie, kiedy sięgamy w księgarni po książkę i czytamy zapowiedź z czwartej strony okładki. Sama lektura nie jest już jednak tak przyjemna i w efekcie część czytelników może się poczuć w jakimś tam stopniu zawiedziona. Oczekiwali przecież lekkiej i zabawnej literatury, która pozwoliłaby oderwać się od spraw codziennych, a książka im tego nie zapewniła, wbrew zapowiedzi. Świetny skądinąd pomysł, który naprawdę zaintrygował mnie na tyle, bym powieść zdecydował się przeczytać, został jednak zwyczajnie „zamordowany” przez autorkę podczas pisania. Z założenia lekka i przyjemna, pełna komizmu i żartobliwych dialogów powieść po prostu irytuje zamiast bawić. Mało tam wątków w ogóle jest ze sobą powiązanych, konstrukcja świata przedstawionego strasznie trzeszczy w posadach. Co gorsza, następuje to już w połowie utworu, nieco odstręczając od dalszej lektury.

W moim subiektywnym odczuciu debiut ten nastąpił nieco przedwcześnie. Naprawdę świetny pomysł i nieźle wykreowany, niezwykle barwnie urządzony świat to składniki bardzo dobrego opowiadania, według mnie forma powieści zupełnie im nie posłużyła. Szkoda, bo przy odrobinie szczęścia, które jest niezbędne każdemu przedsięwzięciu, mogło być to jedno z tych wspaniałych i szeroko omawianych opowiadań, a wyszło z tego dość mało atrakcyjne dziełko, niezapadające w pamięć. Nie przekreślałbym jednak autorki, która udowodniła posiadanie zmysłu obserwacji i umiejętność wymyślenia ciekawych pomysłów. Jeżeli popracuje nad pisarskim warsztatem, może nas jeszcze zaskoczyć.

Reklamy

Stanisław Mackiewicz „Europa in flagranti”


Wiedziony nieustannym pożądaniem odkrywania nowych interesujących książek natrafiłem w swych  poszukiwaniach bibliotecznych na dzieło autorstwa jednego z najbardziej znanych historyków okresu międzywojennego, który został nieco zapomniany i dopiero zaczyna odzyskiwać należne sobie miejsce w świadomości Polaków. Chciałem i ja przekonać się o jego wartości, doświadczenie uczy bowiem, że tylko samemu czytając można wyrobić sobie zdanie o jakości danej książki czy o klasie autora.

„Europa in flagranti” to książka na temat wielce historyków zajmujący. Wieloletni już spór dotyczy kwestii na pozór błahej: mianowicie kiedy zakończył się wiek XIX ? Odpowiedź na to pytanie tylko z pozoru wydaje się taka oczywista, bo już ludzie współcześnie mieli spore wątpliwości i od zakończenia I wojny światowej spór ten istnieje nie tylko w świadomości historyków. Wielu uważa, że tak naprawdę „stulecie pokoju” zakończyło się dopiero w chwili wybuchu wielkiej wojny, którą później nazwano światową. Jako argument koronny stawiają wojnę jako początek końca porządku europejskiego ustalonego na Kongresie Wiedeńskim i upadek monarchii w wielu krajach, z Austrią i Rosją na czele. Inni stawiają tezę, która pokazuje wybuch Wielkiej Wojny jako jedynie koniec pewnego procesu, który trwał już od kilkunastu lat.

Mam wrażenie, że Mackiewicz opowiada się za tą druga tezą. Jego opowieść zaczyna się w roku 1900 i wiedzie nas aż do wydarzeń z sierpnia 1914. Robi to tak zajmująco, że lektura jest czystą przyjemnością. Sam pisze o tym, opisując swój styl jako pisarstwo „sposobem felietonowym, gawędziarskim”, odpierając przy tym krytykę swoich prac. Czyni to zresztą wielokrotnie, co jest w moich oczach dość ujmujące, teraz już się tak po prostu nie pisze, współcześni autorzy, szczególnie autorzy esejów historycznych, nie wchodzą w tak bliskie relacje z czytelnikiem, nie czynią nawet prób takiej „familiaryzacji”. A szkoda, bo wydaje mi się, że pisząc w podobny sposób można łatwiej porozumieć się z czytelnikiem, przekazać mu swój punkt widzenia, czy też po prostu zapewnić mu przyjemność z lektury, co przecież także nie jest bez znaczenia.